Sportretowali niebo, czyli niezależna superprodukcja

Rozmawiałem z twórcami realizowanego w Gliwicach filmu „Portrety nieba”. Za kilka miesięcy będziemy już mogli obejrzeć go w kinach. W jakich? Póki co nie wiadomo. Na pewno jednak warto przeczytać, co mieli nam do powiedzenia Tomasz Namiota i Krzysztof Płużek.

 Ja: Gdybyście mieli krótko przekonać widzów żeby obejrzeli Wasz film, to…

 Oni: …powiedzielibyśmy, że naszym zdaniem warto zobaczyć coś nowego. Nawet nie w sensie samej treści. Raczej dla zaspokojenia ciekawości w jaki sposób „zwykli ludzie z ulicy”, bez budżetu, wsparcia, sponsora, metodami prawdziwie amatorskimi, zmierzyli się z filmem pełnometrażowym. I zrobili to od przysłowiowego „A” do „Z”. Sami napisali scenariusz, zorganizowali casting, plany, zdjęcia, znaleźli kompozytora, zmontowali i udźwiękowili film. Podobnych projektów jest sporo… ale sęk właśnie w tym, że „podobnych”… Nie udało się nam znaleźć naprawdę pełnometrażowej produkcji zrobionej takimi metodami. Uważamy, że warto zobaczyć efekt starcia zwykłych ludzi z tak gigantycznym przedsięwzięciem.

 Ja: Postprodukcja trwa już dość długo. Z czym to się wiąże? A może po prostu film będzie przygotowany perfekcyjnie?

 Oni: Postprodukcja zawsze trwa kilkakrotnie dłużej niż zdjęcia, które w przypadku „Portretów nieba” pochłonęły 3 miesiące. Nasz film jest produkcją w pełni amatorską. Piszę „w pełni”, gdyż często spotykamy się z tzw. kinem amatorskim, lub niezależnym, które realizowane jest przez zawodowe ekipy, posiada całkiem poważne wsparcie finansowe, lub budżet i biorą w nim udział znane postacie świata aktorskiego. W naszym przypadku tak nie jest. Jak na realia produkcji filmowej – jest to film bezbudżetowy. Na pewno nie można więc będzie mówić o perfekcji. Postprodukcja ciągnie się również z innego powodu. Robiona jest „po godzinach”. Każdy z nas ma normalne życie, pracę, obowiązki i dom, który musi możliwie normalnie funkcjonować. Wielokrotnie wyobrażaliśmy sobie jak pięknie byłoby móc przeznaczać dziennie 8 do 12 godzin na tę pracę… jak szybko osiągnęlibyśmy to, co teraz trwa tak długo i o ile lepiej mogłoby być to zrobione. Póki co jednak, twarde realia nie pozwalają nam na taką pracę. Coś trzeba jeść.

 Ja: Kiedy i gdzie będziemy mogli film obejrzeć?

 Oni: Obecnie jesteśmy mniej więcej w połowie drugiego montażu, w którym obwieszamy przygotowany wcześniej „goły pień” „liśćmi i kwiatami”. Chcielibyśmy bardzo zdążyć jeszcze w tym roku, ale doświadczenie, które już nabyliśmy, nauczyło nas ostrożnego prognozowania. Na pytanie gdzie? – chciałbym odpowiedzieć „oczywiście w Gliwicach”. Jednak problemem może okazać się sfera techniczna. Film zapisany będzie na dysku twardym. Nie stać nas na wykonanie kopii na taśmie 35mm. W grę wchodzi więc tylko rzutnik z projektorem i odtwarzaczem cyfrowym. Z tego co nam wiadomo zorganizowanie odpowiedniej sali kinowej z takim sprzętem może okazać się kłopotliwe. Ale z całą pewnością będziemy szukać i starać się to zorganizować w Naszym Mieście.

 Ja: Jakie są wasze plany w związku z dystrybucją filmu? Festiwale? Przeglądy?

 Oni: Na pewno będziemy chcieli wyświetlać nasz film na tych festiwalach i przeglądach, które będą to umożliwiały. Większość imprez tego typu dopuszcza obrazy maksymalnie kilkudziesięciominutowe. Nasz film, na razie w wersji roboczej, trwa grubo ponad dwie godziny. W wersji finalnej będzie oczywiście krótszy, natomiast w żaden sposób nie uda się skrócić go aż tak, by odpowiadał takim kryteriom. Nie jesteśmy zresztą tym zainteresowani. Nie chcieliśmy robić kolejnego filmu krótkometrażowego. Tej historii po prostu nie da się opowiedzieć szybko. Jej „smak” w dużej mierze zamknięty jest w powoli sączącej się, rozbudowanej historii. Co do dystrybucji – sami zadajemy sobie to pytanie. Bylibyśmy szczęśliwi gdyby ktoś zainteresował się naszym filmem pod tym kątem. Z tego, co dowiedzieliśmy się na ten temat – jest to bardzo trudne w przypadku takich produkcji w Polsce. Najczęściej nie stoją one po prostu na wystarczającym poziomie. I to jest punkt krytyczny rozważań na ten temat. Zobaczymy, czy uda się nam utrzymać „nad poprzeczką”. Dodatkową trudność stanowi dość niekomercyjny charakter i temat filmu. Na razie nie chcemy mówić więcej na ten temat. Zresztą chyba nam nie wypada.

 Ja: A dalsze plany artystyczne całej ekipy, aktorów, reżysera…?

 Oni: Trudno mówić nam o planach wszystkich. Każdy, z kim mieliśmy przyjemność pracować, okazał temu projektowi wiele osobistego zaangażowania, a często nawet serca. Mamy wrażenie, że w wielu osobach udział w tym projekcie obudził zainteresowanie filmem, aktorstwem oraz pewien rodzaj śmiałości. Odtwórcy głównych ról pojawiają się w różnych przedsięwzięciach artystyczno-wizualnych, Twórca muzyki realizuje się na wielu innych muzycznych polach i wszystko to cieszy nas to ogromnie. Ja sam, jako reżyser, mam dość konkretne plany dotyczące przyszłości. Dzielę je na dwa etapy: Po pierwsze chciałbym solidnie odpocząć. Po drugie, jeśli zdrowie i twarda rzeczywistość pozwolą – zrobić kolejny film. „Portrety” są pierwszym tak dużym przedsięwzięciem w moim życiu. Przez to siłą rzeczy swoistym „poligonem doświadczalnym”. Myślę, że praktyka, to najlepsza ze szkół i lekcję tę chciałbym dobrze wykorzystać w przyszłości.

Ja: Możemy mówić o jakimś filmowym objawieniu roku? Komu z ekipy wróżycie karierę?

 Oni: To bardzo trudne pytanie. Głównie ze względu na to, że jestem tak samo wdzięczny za udział w filmie aktorom epizodycznym jak tym, którzy grali główne role, a siłą rzeczy to Ci ostatni mają największe szanse na zauważenie. Ale nie jest to na szczęście regułą potwierdzającą się bez wyjątków. Ze względu na szaleńcze tempo realizacji zdjęć nie mieliśmy czasu na solidne próby i przygotowanie z aktorami. Dlatego szczególną wagę w ocenie ma tu cecha, którą pozwalam sobie nazywać „śmiałością aktorską”, albo po prostu „luzem”. Z całą pewnością na uwagę zasługują główne postacie grane przez Agnieszkę Batóg, Kasię Makarowską, Damiana Stępienia i Iwonę Duchewicz. To czwórka młodych, zdolnych i obdarzonych pozytywnym „luzem” ludzi, z którymi spędziłem najwięcej czasu. Czułbym ogromną satysfakcję osobistą, gdyby ktokolwiek z nich został zauważony. Oprócz młodej kadry mieliśmy również przyjemność pracować z seniorem. Mimo wielu naszych obaw związanych z postacią Leona (bardzo długo szukaliśmy odpowiedniego kandydata), Pan Bolesław Pasek bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Wniósł w graną przez siebie postać ciepło, a jednocześnie mądrość i rozwagę – a taki właśnie miał być Leon. Nie chcę pominąć jednak pozostałych. Mimo szaleńczego tempa i braku długich przygotowań starałem się z każdej postaci wydobyć choć krótką, charakterystyczną chwilę. Coś, co sprawi, że postać nie będzie mdła, nijaka i nie zostanie zapomniana po zniknięciu z kadru. Moje osobiste wrażenie jest takie, że udało się nam to osiągnąć. Ciekaw jestem bardzo oceny publiczności. Sądzę również że na uwagę zasługuje muzyka Piotra Karbownika, która ewoluuje wraz z filmem od wczesnych, prostych propozycji na etapie zdjęć, do finalnych wykonań – świetnych, klimatycznych, profesionalnie brzmiących utworów, które wprowadzamy do ścieżki dźwiękowej.

 

Published in: on 09/11/2011 at 7:23 am  Dodaj komentarz  

Sztuka i terapia, czyli… „Droga do zrozumienia”

Pamiętamy niedawną akcję Marcina Kondraciuka, który także za pośrednictwem Gazety Gliwickiej zwrócił się do wszystkich ludzi z duszą artysty i z empatią dla niełatwego życia twórców z prośbą o pomoc realizacji filmu. Dziś najlepszy dowód, że nie dołożyliśmy wszyscy swojej cegiełki nadaremnie. Specjalnie dla naszych Czytelników wywiad z Mateuszem Markiem, aktorem pracującym z Teatrem Nowej Sztuki, który tym razem wcielił się w niezwykłą dla niego rolę – w filmie „Droga do zrozumienia” zagrał osobę niepełnosprawną, występując obok aktorów niepełnosprawnych, którzy także znaleźli się w obsadzie filmu.

Dariusz Jezierski: Mateuszu, co to był za projekt? Terapia? Sztuka? A może raczej zabawa i frajda dla wszystkich?

Mateusz Marek: Może niektórym będzie wydawać się, że to była tylko zabawa, że to kolejna amatorska produkcja. Jednak sam byłem zaskoczony tym, jak to wyglądało. Sprzęt, ekipa, wszystko wypadło tutaj bardzo profesjonalnie. Kręcenie zdjęć trwało ponad dwa tygodnie, w tym tydzień na wyjeździe. Pracowaliśmy w malowniczej miejscowości Radzanów, na północy Polski. Ujęcia kręciliśmy w między innymi w pociągu, w wozie strażackim, na kajakach, pod namiotem, nad jeziorem, pracowaliśmy z końmi. Aż głupio wymieniać i zdradzać te szczegóły. Do dyspozycji były dwie kamery, wózek filmowy, sprzęt do rejestracji dźwięku. To nie była tylko terapia, to była wspólna praca, razem z niepełnosprawnymi, nad fantastycznym filmem, z którego każdy, jestem pewien, będzie po prostu dumny. Kto nie może w to uwierzyć już teraz powinien znaleźć stronę filmu na facebooku, obejrzeć making offy, zobaczyć zdjęcia.


DJ: Ja to wiem. Towarzyszyłem wam na samym początku, podczas castingów i pierwszych zajęć. Wiem, że terapia przez sztukę jest jednak w tym projekcie niezwykle ważna.

MM: Tak, motyw terapii jest jednak bardzo istotny. Co ważne – terapia działa w obu kierunkach. To nie jest tak, że doświadczają jej tylko niepełnosprawni. Wszyscy się tam uczymy. Uczymy się siebie nawzajem, ekipa uczy się radości z życia i myślenia wolnego od barier, a uczestnicy przebywania wśród ludzi potocznie nazywanych zdrowymi. Najważniejszym punktem tej terapii jest jednak fakt, że od wszystkich wymaga się tak samo, każdy dostaje wymagające odpowiedzialności zadania i przekracza swoje granice. Wtedy nikt nie szczędzi pochwał. Na przykład Daniel ma problemy z koordynacją oczu i podejmowaniem decyzji, a mimo to dzielnie pstrykał zdjęcia przez cały plan. Był pierwszorzędnym dokumentalistą. Co nie znaczy, że od razu wszystko wychodziło mu bez zastrzeżeń…


DJ: Jest zatem czym się pochwalić, a wasze doświadczenia powinny być może służyć także innym?

MM: Oczywiście i tym bardziej nobilitujacy dla całej produkcji był fakt, że ekipie naszego filmu cały czas towarzyszyła ekipa z Mistrzowskiej Szkoły Filmowej Andrzeja Wajdy, która przygotowywała film dokumentalny na ten temat. Mamy nadzieję, że dzięki temu całe przesięwzięcie zyska na rozgłosie. W końcu z filmami stypendystów z tej szkoły wiele osób się liczy, pojawiają się na wszystkich ważnych festiwalach w Polsce.

DJ: Opowiedz naszym Czytelnikom coś o samej fabule filmu.

MM: Jednym z głównych bohaterów jest Paweł. Porusza się z trudnością, używając modnych ostatnio kijków turystycznych. Mógłby jeździć na wózku ale nie poddaje się i sam dzielnie zasuwa, ćwicząc przy tym ręce. W siłowaniu się pokonałby mnie bez mrugnięcia okiem. Właśnie taka postawa, czyli wymaganie od siebie i stawianie czoła przeciwnościom niemalże na równi z osobami zdrowymi, towarzyszyła wszystkim uczestnikom. Jak żartuje sam reżyser, Marcin Kondraciuk – nie ma nic gorszego od litości. Fabuła filmu wydaje się być banalna. Opowiada o trójce niepełnosprawnych przyjaciół, która postanawia uciec ze swojego ośrodka i wyruszyć do, losowo wybranego, miejsca na mapie Polski. To jednak bardzo ubogi opis a ciężko powiedzieć coś więcej, by nie zdradzić szczegółów i nie uprzedzić zwrotów akcji, które kochamy w filmach najbardziej. Obecnie trwają prace nad montażem, muzyką i wieloma innymi szczegółami, którymi musi się zająć Marcin. Jako człowiek, który jest reżyserem, producentem i autorem scenariusza filmu – ma jeszcze przed sobą bardzo dużo pracy. Premiera przewidziana jest dopiero na kwiecień, podczas gliwickiego festiwalu filmowego „Drzwi”. Tak to jest – jeśli rzecz ma być porządnie zrobiona – wymaga to dużej ilości czasu.

Published in: on 18/10/2011 at 10:06 pm  Dodaj komentarz  

Przyjeżdżam opowiedzieć tę historię… – rozmowa z Joanną Szczepkowską

Dariusz Jezierski: Pani Joanno, zacznijmy od pytania, które raczej nie pojawia się w wywiadach, a przynajmniej na początku. Czy wierzy Pani w sztukę jako medium w dialogu między ludźmi, czy raczej jest ona dla Pani jedynie formą manifestacji wartości przyświecających artyście?

Joanna Szczepkowska: Gdyby sztuka nie wynikała z potrzeby dialogu, to widownie i sale wystawowe byłyby pustawe. Ludzie chcą się konfrontować, a nie tylko patrzeć na to, co artysta stworzył sam dla siebie. Szczególnie teatr jest takim medium – wymowa przedstawienia może się zmienić zależnie od tego, co wydarza się na świecie. Widzowie emanują zawsze pewną energią, każdego dnia inną i niewątpliwie wchodzą w dialog ze spektaklem.

DJ: Zawęźmy zatem trochę obszar i zajmijmy się teatrem. Kiedyś to właśnie na scenie podejmowano różne ważne dla ludzi tematy, komentowano rzeczywistość, zadawano pytania, które prowokowały do odpowiedzi. Spektakle były żywo komentowane, wokół nich często koncentrowała się ludzka energia. Jak jest dziś? Może należy już po prostu o tym zapomnieć, pozbyć się jakichkolwiek tego typu aspiracji i skupić się na dostarczeniu widzowi godziwej rozrywki? Tak zresztą wiele scen zdaje się robić…

J.Sz.: Wiele, ale nie wszystkie. Są też sceny, które się w ogóle widzami nie przejmują i robią spektakle zrozumiałe ewentualnie dla środowiska. To druga skrajność. Jeśli teatr zajmie się tylko komercją to i tak przegra z telewizją. Myślę zresztą, że „godziwa rozrywka” nie musi być zawsze bardzo śmieszna. Pytanie, jak pogodzić dobrą frekwencję z „honorem domu”?, wcale nie jest nowe. Od wieków dyrektorzy teatrów borykają się z tym problemem.

DJ: Zgodziła się Pani zagrać w spektaklu wg utworu białoruskiej dramatopisarki Diany Bałyko „Biały anioł z czarnymi skrzydłami”. Co przeważyło szalę, bo wiem, że musiała Pani wybierać z kilku propozycji?

J.Sz.: Ta sztuka ma w sobie coś bardzo czystego, coś prostego, coś, czego myśmy chyba nie zdążyli musnąć po 89 roku. Niewiele stworzyliśmy dramatów z naszej rzeczywistości – od razu zaczęliśmy się wzorować na Zachodzie, na modnej tam ekspresji. Ta czystość mnie naprawdę urzekła.

DJ: Autorka twierdzi, że jest kimś w rodzaju stratega, który nie rzuca publiczności prosto w twarz swoimi prawdami, ale raczej stawia widzowi pytania. Opisując świat najprostszy z możliwych, wpisany w bardzo oczywiste zależności, zbudowany wokół spraw tak codziennych, że dla wielu dramaturgów wręcz nieciekawy, Diana zadaje pytania: „Chcecie tak żyć?”, „Widzicie co się stało z nami wszystkimi?”. Gdzieś w końcu w białoruskich odbiorcach musi się pojawić pytanie: „Dlaczego tak jest?”. Ten świat Bałyko, dotknięty czarnym skrzydłem białego anioła zadziałał także na Panią. W pierwszej reakcji podkreśliła Pani również pewną zamierzoną naiwność sztuki. Jak odbiera ją Pani teraz? Stawia pytania? A może doprowadza do jakichś syntez i wniosków?

J.Sz.: Teraz, kiedy w Polsce widzimy jak bardzo zawładnęły naszą kulturą kicz i kult „zwycięstw za wszelka cenę”, taka naiwność, zamierzona czy nie, wydaje mi się niezwykle cenna. To jest moim zdaniem najzdrowszy sposób gruntowania stylu indywidualnego, opartego na własnych, prawdziwych doznaniach. Ta sztuka na szczęście nie daje odpowiedzi, a tylko sygnały. To jest pewien obraz stanu rzeczy, a interpretacja, wnioski i stopień utożsamienia się z tematem będą pewnie zależeć tylko od widza.

DJ: Czy ten świat białoruskiej codzienności koresponduje w jakikolwiek sposób z naszym? Co Pani zdaniem spektakl zaoferuje polskiej widowni?

J.Sz.: Pewnie, że koresponduje! Klimat rodziny, lęków, które wynikają z zagrożeń współczesności jest nam tutaj bardzo bliski.

D.J.: Odsuńmy nieco zasłonę. Zagra Pani matkę głównej bohaterki, Olgę. To ciekawa postać. Wydaje się, że jak w soczewce skupia w sobie problemy nieobce także wielu współczesnym polskim kobietom. To prawie odczuwalne wypalenie, jakaś niezwykła inercja, egzystencja calkowicie wyprana z dążeń, wyższych celów i ideałów. To wciąż jeszcze obecne także u nas. Z różnych, nawiasem mówiąc, przyczyn. Co Pani sądzi o Oldze? Jak ją Pani nam przedstawi?

J.Sz.: Jeszcze nie wiem. A nawet jeśli wiem, to nie powiem. Aktorka musi rolę zagrać a nie opowiadać o niej. Jest tu jednak z pewnością spory potencjał, żeby opowiedzieć coś o kobietach mojego pokolenia.

D.J.: A dlaczego w ogóle zdecydowała się Pani na tak konkretny udział w projekcie „Art for Art”? Kierowany jest w charakterze stypendium dla twórców białoruskich z różnych dziedzin i zbudowany wokół idei przedstawienia ich polskiemu odbiorcy. A więc jednak dialog?

J.Sz.: Czyli coś więcej niż przedstawienie. Ja już od dawna cierpię na pewne zwątpienie w wartość życia, w którym goni się za rolami. Potrzeba mi jeszcze jakiegoś sensu grania w spektaklu, poza możliwością popisu. Naprawdę bardzo podoba mi się idea wsparcia twórców białoruskich, ich inicjatyw i twórczej potencji.

D.J.: Spektakl będzie miał premierę w Gliwicach. Dość nietypowo zatem. Obok Pani wystąpią młodzi aktorzy wywodzący się z tego miasta i Teatru Nowej Sztuki, którzy zaraz po skończeniu szkół aktorskich stają właśnie przed wyborem własnej drogi. Zagrają również aktorzy TNS, którzy nie są aktorami zawodowymi, oraz osoby z castingu (w roli Babci i Wadima). Mamy zatem kolejny dialog. Prawdziwa relacja mistrz – uczeń. Co im wszystkim może Pani powiedzieć już tą drogą? Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że ich reakcje na możliwość wystąpienia z Panią były wręcz entuzjastyczne…

J.Sz.: Nic szczególnego nie powiem. Po prostu wejdziemy w świat tej sztuki i będziemy się w nim poruszać. Nie przyjeżdżam uczyć, tylko opowiedzieć razem z innymi tę historię. Jeśli się przy okazji czegoś od siebie nauczymy, to jeszcze jeden zysk.

D.J.: Skoro już o aktorstwie… Uchodzi Pani za aktorkę niełatwą w prowadzeniu na scenie. Na rolę reaguje Pani całą sobą, uważając w dodatku, że wizja reżyserska, owszem, jest nadrzędna, ale musi zostawiać miejsce dla „kreacji uczestniczącej”, w której aktor przetwarzając przesłanie, dodaje do niego również coś od siebie. Czy dobrze to ująłem?

J.Sz.: Prawdę mówiąc nawet trochę za skomplikowanie. Kiedy uczyłam w Akademii Teatralnej, robiłam wszystko, żeby moi studenci mieli przyjemność z prób taką, jaką mają dzieci bawiące się na podwórku. Poza tym, każde spotkanie reżysersko – aktorskie jest inne.

DJ: Znaczy to, że nie będzie tak źle. Współpracowaliśmy już kiedyś w charakterze jurorów na Festiwalu X-OFF i bardzo miło ten czas wspominam. Nie boję się zatem. A może jednak powinienem?

J.Sz.: Jeśli się pan obawia spotkania ze mną i „konfliktów” to może się pan mocno zdziwić, jak wielu reżyserów, których zdominowała plotka o mojej sile sprzeciwu. Potem nic tylko czekali, kiedy nastąpi ”wybuch” a nic takiego się nie działo. Ja po prostu ufam, że chce pan opowiedzieć historię opisaną w sztuce i takie są Pana intencje zrobienia tego spektaklu. Zresztą już to, co pan zasugerował tutaj na temat mojej postaci, jest dla mnie dobrą wskazówką. I z pewnością nie będę chciała „gwiazdorzyć”. Angażuję się tutaj do odegrania jednej z postaci, wcale nie głównej. I tak trzymamy.

DJ: Stało się koniec końców tak, że przez jakiś czas będzie Pani z Gliwicami związana, a gliwiczanie będą tymi, którzy obejrzą Pani kreację pierwsi. Wiemy wiele o Pani rolach i pisarstwie i w Gliwicach ma Pani wielu oddanych fanów. Więc może dla nich właśnie, nieco prywatniej. Jaką kobietą jest Joanna Szczepkowska poza sceną?

J.Sz.: Strasznie mi przykro, ale do bólu spokojną. Nudnawą nawet. Niczego nie ma we mnie z tej osoby, o której czasem czytam. No, oczywiście może się zdarzyć, że „wyjdę z siebie”, ale nie przewiduję takich okoliczności w naszym przypadku.

DJ: To cóż, chyba do zobaczenia na próbach?

J.Sz.: Naprawdę bardzo się cieszę.

Published in: on 14/09/2011 at 11:32 am  Comments (1)  

Chodzi mi o państwo nowoczesne! – rozmowa z Januszem Palikotem

Janusz Palikot to z pewnością jedna z najbarwniejszych postaci polskiej polityki początku tej dekady. Do bardzo przewidywalnej politycznej debaty wprowadził całkowicie nowe na naszej scenie elementy pozostające w stylistyce happeningu a nawet performance. Wydaje się, że najbliższe wybory parlamentarne będą dla niego i stworzonego z jego inicjatywy Ruchu Poparcia Palikota pierwszym naprawdę poważnym sprawdzianem tego, na ile i jak pozytywnie głoszone przez niego poglądy zaistniały w świadomości Polaków. Czy RPP przekroczy próg wyborczy? Wielu twierdzi, że na pewno i to nawet znacznie. Odpowiedź na to pytanie poznamy już niedługo, a dziś pytamy Janusza Palikota o wiele innych kwestii.

Dariusz Jezierski: Janusz Palikot, to wciąż jeszcze w świadomości Polaków przede wszystkim ponadprzeciętnie skuteczny biznesmen. Wszyscy wiedzą, że Pana biznesowe przedsięwzięcia w branży alkoholowej były bardzo spektakularne i przyniosły adekwatne zyski. Niewielu jednak wie, że był Pan jednym z założycieli i współwłaścicieli znakomitego skądinąd wydawnictwa Słowo – Obraz – Terytoria. Złośliwi twierdzą, że polityka jest dla Pana tylko kolejnym biznesem i wycofa się Pan z niej po tym jak przestanie przynosić zyski. Skomentuje Pan to?

Janusz Palikot: Tak, najkrócej jak można – to bzdura!

DJ: A ja jednak rozwinę pytanie. A dlaczego mamy uwierzyć, że jest inaczej?

JP: Skoro jednak mnie pan skłania… Proszę zauważyć, że ja do polityki wchodzę zupełnie inaczej niż wielu innych wchodzących i zasiedziałych. Ja do niej dokładam i to wcale niemało. W zorganizowanie i postawienie na nogi RPP włożyłem już coś ok. 4 mln. Z własnych środków. Wielu marzyłoby raczej o tym, żeby taką sumę z polityki wyciągnąć. Zarobiłem już odpowiednio dużo, aby chęć zysku w ogóle nie pojawiała się w jakiejkolwiek formie mojej publicznej działalności.

DJ: Nie znudzi się Panu bycie politykiem, skoro spektakularne efekty wcale nie są zagwarantowane, a przedsięwzięcie, z tego co Pan mówi, jest dość kosztowne?

JP: Cóż, proszę zauważyć, że nie decydowałem się na wejście do polskiej polityki po to, aby było lekko i sympatycznie jedynie. Kiedy opuszczałem PO, ta partia była u szczytu powodzenia i dominował raczej trend odwrotny – koniunkturalizm sprawia, że wszyscy ciągną do obozu, który jest przy władzy, a rokowania ma wcale interesujące.

DJ: Co zatem o tym rozwodzie zadecydowało?

JP: Stwierdziłem, że polityka PO nie odpowiada niestety moim oczekiwaniom i mojemu pojęciu społecznej misji.

DJ: Dlaczego?

JP: Nie zmierza do zbudowania państwa nowoczesnego i odpowiadającego na wyzwania współczesności. Co więcej, raczej nas od tego państwa oddala. W moim programie chodzi mi przede wszystkim o państwo nowoczesne!

DJ: Czyli jakie?

JP: Obywatelskie, świeckie, przyjazne i społeczne. To najkrócej, a ktokolwiek zechce sięgnąć do rozwinięcia tych haseł w programie RPP, dostępnym chociażby na stronie Ruchu, przekona się, że stoją za nimi konkrety i z całą pewnością są to rozwiązania idące bardzo daleko i mogące zmodernizować państwo polskie szybko i skutecznie.

DJ: Co zatem uważa Pan za podstawową wadę państwa i polityków, którzy są u władzy?

JP: Raczej liczba mnoga będzie tu potrzebna. Podstawowym mankamentem kondycji Polski jest gigantyczne marnotrawstwo możliwości ludzkich, czasu i środków. Czas stabilnej sytuacji politycznej, pokoju w Europie, a przynajmniej w naszej jej części. A my co? Zamiast wykonać wreszcie jakiś rzeczywisty skok do nowoczesności i naprawdę zbliżyć się do europejskich standardów, w wielu kluczowych dziedzinach nawet nie pełzniemy do przodu, ba, nawet nie stoimy w miejscu, tylko się cofamy.

DJ: Poda Pan jakiś przykład?

JP: Edukacja! To jest to, co dotkliwie się na nas odbije i będzie negatywnie wpływać na polskie realia przez długie lata. Nie potrafimy, jak choćby Finowie czy Francuzi, stworzyć funkcjonalnego systemu edukacji, a wszelkie tzw. reformy oświatowe przypominają raczej błądzenie po omacku, kończąc się kompletnym bałaganem w programach nauczania i w organizacji oświaty. Sprawa kolejna to problem bezrobocia. Istniejący model sprawia, że możemy raczej mówić o administrowaniu bezrobociem niż o przeciwdziałaniu mu. Urzędy pracy administrują zatem, kierują, wykonują mnóstwo potrzebnej i mniej potrzebnej pracy, a efektów próżno wypatrywać. Polityka zagraniczna, to kolejny temat. Można by go oczywiście rozwinąć, ale tu wspomnę tylko, że nasze sojusze polityczne nie mogą się kończyć trumnami polskich żołnierzy wracającymi z Iraku, czy z Afganistanu. Nasza armia powinna zakończyć te misje. I o jeszcze jednej kwestii chciałbym tu wspomnieć. Chodzi mi o status religii w Polsce. Opowiadamy się za jednoznacznym i zdecydowanym rozdziałem państwa i Kościoła, a więc za państwem świeckim, ze wszystkimi tego implikacjami.

DJ: Jak rozumiem, na wszystkie bolączki RPP ma rozwiązania?

JP: Proszę mnie dobrze zrozumieć, jakkolwiek wiele proponowanych rozwiązań w polskich realiach wygląda na prawie rewolucyjne, nam nie chodzi bynajmniej o rewolucję. Chcemy raczej odpowiednimi posunięciami, zmianami legislacyjnymi i inicjatywami prospołecznymi sprowokować pewien typ społecznych zachowań. Biorąc np. pełną odpowiedzialność za stworzenie miejsc pracy, oczekujemy współodpowiedzialności obywatelskiej. To zaś będzie możliwe tylko po przełamaniu wciąż pogłębiającej się przepaści na linii my – naród i oni – politycy. Przepaść tę zasypać może tylko jedno – wiara, że moje, czy kogokolwiek innego działania mają sens, że nasza tzw. scena polityczna z marnym, rozgrywającym się na niej od wielu lat teatrzykiem, z rolami rozpisanymi między wciąż te same cztery największe partie, między tych samych, przewidywalnych i do bólu nudnych polityków, nie będzie dłużej oddzielona od rzeczywistości betonową ścianą nie do przejścia dla obywatelskich inicjatyw, hermetyczna i coraz bardziej obca.

DJ: Wszystko to pięknie brzmi, ale czy i jak jest realizowane w praktyce?

JP: Jakiś czas dosłownie zwiedzam Polskę, od początku roku odbyłem ponad 300 spotkań. Robię to tylko po to, żeby ludzie poczuli i naocznie się przekonali, że w moich, czasem dość niestandardowych formach manifestowania poglądów, kryje się głębsza społeczna myśl, a nie służą one tylko zrobieniu wrażenia. Tak na marginesie, ta sytuacja ma dużą zaletę. Ludzie gotowi są przyjść z czystej ciekawości. Na tych spotkaniach nie jestem bynajmniej jedynie nadawcą treści, ale również wrażliwym na głosy obywateli odbiorcą. Niechęć do czterech największych partii, czasem nie tylko niewyartykułowana, ale wręcz nieuświadomiona jest czymś, co paraliżuje obywatelską aktywność. To z tej niechęci biorą się katastrofalnie niskie frekwencje wyborcze, to z niej wreszcie w dalszej perspektywie można wywieść nieodpowiedzialność i bezkarność władzy. To trzeba zmienić i znaleźliśmy na to sposób. Na naszych listach w 41 okręgach wyborczych nie ma ludzi funkcjonujących w polityce od zawsze. Kładziemy nacisk na ideowość, na utożsamienie się z programem Ruchu, a więc z interesem państwa. Nasi kandydaci to nie zbieranina zblazowanych i bezbarwnych partyjnych prominentów, często przychodzących z zewnątrz z partyjnego nadania, ale ludzie znani w swoich środowiskach, którzy już osiągnęli wiele, a ich potencjał i chęć aktywnego współtworzenia rzeczywistoś­ci gwarantują, że tego dobrego mogą zrobić jeszcze więcej.

DJ: Jak to rozumieć? W RPP i na jego listach znajdą się tylko „nowi”?

JP: Nie aż tak restrykcyjnie. Naszą ofertą programową chcemy przyciągnąć również tych, którzy zawiedli się polityką swoich formacji a są zdecydowani coś dla tego kraju zrobić. Negocjować będziemy zawsze także z mniejszymi partiami i organizacjami, z którymi nam politycznie po drodze.

DJ: Na przykład?

JP: Mam na myśli np. Zielonych 2004. Nie będę ukrywał, że negocjowaliśmy i że skierowaliśmy do nich bardzo dobrą propozycję. O rezultatach oczywiście teraz nie będę mówił. Czas pokaże, czy Zieloni zdecydują się na koalicję wyborczą z SLD, czy z nami, bo mają propozycje z różnych komitetów wyborczych. Nie bez znaczenia jest, że na naszych listach wśród „jedynek” jest sporo kobiet. To dla tego ugrupowania sprawa istotna, a SLD jedynie bardzo chętnie mówi o ich równym traktowaniu. Efekt? W 41 okręgach wyborczych raptem 4 kobiety z jedynką. Tym się różnimy – my działamy, oni jak zawsze mówią. Z Zielonymi łączy nas również sprawa podstawowa – chodzi nam o zrównoważony rozwój. Poza tym w koalicji z SLD Zieloni ryzykują tym, że nawet w przypadku sukcesu tej koalicji w wyborach, po prostu nie wejdą do Sejmu.

DJ: Skoncentrujmy się na kwestiach związanych ze Śląskiem. Sprawa podstawowa – autonomia…

JP: Śląsk zdecydowanie zasługuje na pewną autonomię. Nie mówmy może w tej chwili o kwestiach administracji, czy finansów, ale jeśli chodzi o język i kulturę, to na pewno. Należy o tym rozmawiać w sposób rozsądny i otwarty. Muszę tu poruszyć temat skandalicznych wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. To sytuacja niedopuszczalna i doprawdy świadczy o wadach państwa fakt, że prokuratura nie zareagowała na takie szowinistyczne, wręcz zachęcające do niewłaściwych zachowań słowa. Ja powiem tu mocno i zdecydowanie. Za takie wypowiedzi na temat Śląska PiS powinien zostać zdelegalizowany.

DJ: Przy okazji zapytam pana o Kazimierza Kutza, który wielokrotnie z sympatią wypowiadał się na Pana temat. Będzie kandydował z list RAŚ. Co pan o tym sądzi?

JP: Kazimierzowi Kutzowi w sposób naturalny bliżej jest do Śląska i zdecydował się wesprzeć RAŚ. RPP jest zdecydowanie za zlikwidowaniem Senatu, ale powiem krótko: jeśli już Senat ma istnieć, to lepszy będzie z Kutzem, niż bez Kutza.

DJ: A czemu Pan tak bardzo nie chce Senatu?

JP: Panie redaktorze, każdą poprawkę Senatu Sejm może odrzucić zwykłą większością głosów. Jaki więc ma sens ten ping-pong między Sejmem i Senatem, który w skrajnych przypadkach może tylko ogromnie wydłużyć procedury legislacyjne? Jeśli Senat miałby istnieć, to niezbędne byłyby istotne zmiany ustrojowe. W swojej obecnej formie jest niepotrzebny.

DJ: Kolejna bardzo istotna kwestia – Górnośląski Związek Metropolitalny. Co Pan o nim sądzi?

JP: Zdecydowanie popieram łączenie się jednostek administracyjnych w większe. Śląsk jest do tego miejscem wręcz stworzonym. Tylko że za zielonym światłem dla GZM i innych podobnych inicjatyw muszą pójść odpowiednie pociągnięcia Rządu, zmiany przepisów, przede wszystkim finansowych. Inaczej nie ma to najmniejszego sensu. Sama idea jest jednak na tyle cenna, że naprawdę warto w bliskiej przyszłości niezbędne zmiany przeprowadzić.

DJ: Panie Januszu, spuśćmy trochę powietrza z balonika. Odwiedzał pan Śląsk. Jak się tu Panu podoba?

JP: Odpowiem bez kokieterii. Nie znałem Śląska i jestem nim szczerze zadziwiony i zachwycony. Cudowna architektura i wspaniała przyroda, z którą niekoniecznie się ten region kojarzy. Odwiedziłem między innymi Nikiszowiec i było to dla mnie prawdziwym przeżyciem. Nie zdawałem sobie sprawy, że to jest tak piękne. Drugą kwestią są ludzie – życzliwi, otwarci i lojalni. Porównałbym siłę ich charakteru do naszych Górali. Przy wszystkich różnicach, ten sam hart ducha, to samo przywiązanie do swojej ziemi i tradycji. Zapewniam, że na Śląsk będę wracał.

Published in: on 02/08/2011 at 9:07 pm  Dodaj komentarz