Czy będzie następcą prez. Frankiewicza?

Z tymi moimi prognozami, to różnie bywa. Często jednak sprawdzają się te, o których inni sądzą, że mówiąc najdelikatniej, z palca są wyssane. To dlatego, że zamiast wieszczyć ze znaków na ziemi i niebie, wolę zastanowić się nad kwestiami, które na pierwszy rzut oka niewiele łączy. I nagle pojawia się pewna całość. Czasem to twór w stylu Danikena i już przez to wart rozpropagowania jako para polityczna literatura rozrywkowa. Czasem jednak, wystarczająco często by wciąż próbować, ma to prawie charakter antycypacji. W tym miejscu na wszelki wypadek poproszę o jedno – nie przypisujcie mi Szanowni Czytelnicy, jakichś parapsychicznych więzi z urzędującym prezydentem miasta, gdyby okazało się, że strzał jest celny. Ewentualne spory i tak rozstrzygnie dopiero, już nie tak odległa przecież, przyszłość.

Pełniący od niedawna obowiązki zastępcy prezydenta miasta Krystian Tomala z całą pewnością jest postacią interesującą. Czasem pozory mogą mylić, ale obserwowałem go dość uważnie, kiedy wypowiadał się dla mediów, kiedy zabierał głos podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej. To trochę tak, jak z aktorem na castingu – on stara się schować za mentalną podwójną gardą (w końcu tego się uczył poznając tajniki zawodu), a reżyser musi się przedrzeć przez tę zasłonę i ocenić rzeczywistą przydatność delikwenta. Starałem się zatem wniknąć pod zaporową zasłonę spokojnego głosu i wyważonych słów i dostrzec człowieka, który co najmniej przez najbliższe lata będzie musiał radzić sobie z presją, zachowując przynajmniej pozory opanowania. Co dostrzegłem? Prawie monolit – Krystian Tomala jest człowiekiem odpornym i odnoszę wrażenie, że odpornością inną niż jego poprzedniczka, która wprawdzie na pierwszy rzut oka również opanowanie okazywała, ale płaciła za to ogromną cenę. Krystian Tomala poradzi sobie z obciążeniami w sensie mentalnym. Już samo to czyni go graczem. Nie poda się do dymisji pod wpływem frustracji, czy nagłego zniechęcenia, co więcej, zachowa twarz pokerzysty i nie pokusi się o błyskotliwe jego zdaniem a w rzeczywistości złośliwe riposty, które potem będą cytowane w mediach i wykorzystywane przeciwko niemu. Tak, w tym sensie również jest graczem. Pójdę jeszcze dalej stwierdzając, że swoim opanowaniem i zimną krwią przewyższa nawet swojego szefa, któremu zdarza się słowem, gestem lub mimiką okazać frustrację, zniecierpliwienie czy złość. To dobra cecha polityka, ale diabelnie niebezpieczna dla adwersarza. Spokojny, monotonny, sugestywny i przy tym wszystkim dość przyjemny głos Krystiana Tomali potrafi uśpić czujność przeciwnika i, być może przede wszystkim, zjednać przychylność niezdecydowanego, czy niemającego wyrobionej opinii słuchacza. W naturze najbardziej niebezpieczne osobniki potrafią ruchem i dźwiękiem dosłownie zahipnotyzować przeciwnika (nie chcę tu powiedzieć wprost „ofiarę”, aby nie stworzyć wrażenia, że w tym momencie przypisuję zastępcy prezydenta jakieś złe intencje).

Na niektórych forach pojawiły się informacje i linki do materiałów, które miały w zamyśle ukazać Krystiana Tomalę w negatywnym świetle. Chodziło tu rzecz jasna o jego pracę na stanowisku dyrektora Domu Współpracy Polsko – Niemieckiej. Za jego kadencji doszło tam do wielu nieprawidłowości – niektóre sprawy ciągną się po dziś dzień. Dyrektor Tomala podał się wówczas do dymisji. Cóż, można na to oczywiście patrzeć dwojako. Ja jednak optuję za typowym polityczno – urzędniczym instynktem zachowawczym. Najwyraźniej ta dymisja miała miejsce w odpowiedniej chwili i najwyraźniej sama osoba dyrektora nie była w sprawę uwikłana, bowiem trudno sądzić, że nie wyszłoby to w śledztwie. Takie doświadczenie z całą pewnością sprawnego menadżera i polityka sporo uczy. Z całą pewnością zatem Krystian Tomala nigdy więcej nie będzie na tyle nieostrożny, aby w jakiejkolwiek skali do podobnej sytuacji dopuścić. To ewidentna zaleta takiej „schodkowej” drogi kariery (przypomnijmy, że potem był MZUK). Czasu na pobieranie nauk z życia obecny zastępca prezydenta miasta miał dostatecznie wiele. Teraz zaś trafił do resortu, w którym swoją wiedzę będzie mógł zdyskontować nadspodziewanie łatwo. Dlaczego? To oczywiste. Jego wiele lat piastująca to stanowisko poprzedniczka okazała się wyjątkowo mało efektywna i tym eufemizmem skończę podsumowywanie tego, co zrobiła dla gliwickiej oświaty i kultury. Wydaje się, że w rozkopanym ogródku, który zostawiła, już samo staranne wyznaczenie grządek będzie wydarzeniem. Zważywszy zaś, że Krystiana Tomalę zdecydowanie stać na więcej, możemy spodziewać się spektakularnych, efektownych, a z całą pewnością efektywnych pociągnięć. Tu zdanie moje jest niezmienne – o takie zmiany aż się prosi i każdy, kto ich dokona już tylko przez to zasłuży na uznanie. Jakie to sprawy? Pewnie nikogo nie zaskoczę, powtarzam te opinie od dawna. Będą to np., że wymienię pierwsze z brzegu, odpowiednie pociągnięcia kadrowe w GTM, adekwatny do możliwości miasta system wsparcia i promocji utalentowanej młodzieży, działania wyrównujące szanse dzielnic odstających od najlepszych, umiejętne wykorzystanie infrastruktury kulturalnej dla kulturotwórczej aktywizacji społeczności miasta, być może przynajmniej plany zmierzające do powstania w Gliwicach galerii z przestrzenią wystawienniczą odpowiadającą współczesnym standardom. Można by tu wymieniać dłużej. Dość powiedzieć, że stworzenie funkcjonalnych programów i kilka prostych decyzji może przynieść miastu wielkie zmiany jakościowe. Co z tego wynika? Ano przede wszystkim stosunkowa łatwość kreacji Krystiana Tomali na wyjątkowo sprawnego menadżera i człowieka z wizją. oczywiście nie odbieram mu tych cech awansem i oby okazało się, że rzeczywiście je posiada.

Pora na zebranie tych luźnych spostrzeżeń we wnioski. Do kolejnych wyborów prezydenckich zostało około 3 lat. Wprawdzie w tej chwili bardzo trudno przewidzieć jak będzie się kształtowała sytuacja polityczna za 3 lata, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, ze w Gliwicach główni pretendenci do prezydenckiego fotela wyłonieni zostaną z PO i Koalicji dla Gliwic. Celowo nie napisałem, że jednym z kandydatów będzie Zygmunt Frankiewicz, bo bardzo możliwe, że on sam jeszcze tego nie wie. Podobno już ostatnio mocno zastanawiał się, czy wystartować. Można zatem przypuszczać, że będzie się zastanawiał również przed kolejnymi wyborami. Jeśli na przykład zechce kontynuować karierę polityczną na innym szczeblu, lub skoncentrować się na działalności biznesowej, z całą pewnością, co jest naturalne, będzie mu zależało na kontynuowaniu jego, było nie było, dwudziestoletniej wizji. Jego pozycja po własnej stronie sceny politycznej jest natomiast tak silna, że naturalną koleją rzeczy kandydatem zostanie osoba przez niego wskazana. Nie będę specjalnie oryginalny jeśli stwierdzę, że długo myślałem, iż może to być Marek Pszonak. Wciąż tego nie wykluczam, ale zdecydowanie twierdzę, że pojawił się kandydat kolejny. Powiem więcej, dla mnie zdecydowanie kandydat ze wskazaniem. Oczywiście mam na myśli dzisiejszego zastępcę prezydenta miasta Krystiana Tomalę.

Implikacje tego faktu? Jeśli się nie mylę, walka wyborcza zaczęła się już kilka tygodni temu, a jej pierwszą odsłonę mieliśmy (i mamy!) w związku z problemem szkolnictwa specjalnego w Gliwicach. Opozycja z całą pewnością powinna bić w tarabany. Po drugiej stronie politycznej szachownicy żadnych błędów nie będzie. Mimo pozornej porażki Koalicji w głosowaniu, punkty bonusowe zbiera właśnie Krystian Tomala. Dla postronnego obserwatora jego koncepcja jest skończenie spójna i bardzo dobrze podana, a tymczasem piłeczka jest po stronie większości, która projekt uchwały odrzuciła. Kolejna rudna będzie już stricte merytoryczna. Radni, którzy głosowali przeciw nie mogą czekać jedynie na kolejne propozycje prezydenckie. Sytuacja wygląda tak, że teraz za negacją musi pójść jakość. Do września jest wiele czasu i nawet gdyby nie dało się nic zrobić ad hoc i dzieci z obu szkół w nowym roku szkolnym znowu znalazłyby się w jednym budynku, znacznie łatwiej im i ich rodzicom będzie to zaakceptować, jeśli będą zaawansowane prace zmierzające do rozwiązania tego problemu. Ważne stwierdzenie na koniec. Opinia publiczna nie może pozwolić na twarde upolitycznienie tej sprawy. Obie strony muszą bowiem zgodnie pracować nad rozwiązaniem tej sytuacji. Rada Miejska musi włączyć się w to merytorycznie, czytaj koncepcyjnie, a prezydent miasta pogodzić się z porażką projektu poprzedniego i szukać rozwiązań alternatywnych. Będę do tego z pewnością wracał.

Published in: on 21/02/2012 at 10:12 am  Comments (1)  
Tags: , ,

Stać nas na system idealny

Od dłuższego czasu z uwagą śledzę dyskusję dotyczącą proponowanych przez władze miasta zmian w systemie szkolnictwa specjalnego. Mimo pewnych zastrzeżeń, merytoryczną dyskusję. Dyskusja może bowiem być merytoryczna nawet pomimo znaczącej różnicy zdań. Tak jest właśnie w tej sytuacji. Do tych sporów mimo stałej współpracy i projektów dotyczących edukacji i wychowania osób niepełnosprawnych fizycznie i intelektualnie, z braku dogłębnej znajomości tematu, włączyć się nie mogę. Mogę jednak i czuję, że powinienem zabrać głos z innej, nie mniej ważnej pozycji. Mam bowiem głębokie przekonanie, że oto dotykamy kwestii, w których twarda ekonomia nie tylko nie powinna, ale wręcz nie może być kryterium rozstrzygającym o takim lub innym rozwiązaniu. Poniżej garść refleksji.

Twarda ekonomia w zasadzie przemawia za Gliwicami. Osiągane wyniki, wskaźniki, rankingi i raitingi raczej lokują nasze miasto wśród tych, które nie muszą obawiać się najbliższej przyszłości i wręcz mogą sobie pozwolić na pewną „fantazję inwestycyjną”. Wiele wypowiedzi prezydenta miasta i jego współpracowników sugerowało, że właśnie idąc w tym duchu, Gliwice pozwalają sobie na zaciągnięcie poważniejszych kredytów inwestycyjnych, związanych chociażby z budową hali Podium. Nie chcę w tym miejscu dyskutować o tym, czy właśnie takie inwestycje są dla Gliwic najlepsze, choć swoje odmienne zdanie nieraz artykułowałem. Przyjmę więc domyślnie, dla potrzeb tej argumentacji, że mamy do czynienia z kwestią, której realizacja dyskusji już nie podlega. I w tym miejscu pozwolę sobie na pierwsze poważne zastrzeżenie. Wizjonerstwo w inwestycjach i planowanie ich i ich skutków w dużej perspektywie czasowej jest jak najbardziej pożądane. To w końcu Ci, którzy wyprzedzą innych i odważnie znajdą się w gronie prekursorów jakichś rozwiązań zbiorą z tego największe profity. Inni będą już tylko wtórni i będą się starać odcinać kupony od sprawdzonego pomysłu. W przypadku Podium wtórni może nie jesteśmy, ale znamion oryginalności ten projekt zupełnie nie posiada. Nie o tym jednak. Rzecz bowiem w tym – i nie mam tu najmniejszych wątpliwości – że jakiekolwiek miasto może sobie fundować takie przedsięwzięcie wtedy i tylko wtedy, gdy załatwi zdecydowaną większość spraw socjalnych swoich mieszkańców, gdy wyrówna wszelkie wewnętrzne dysproporcje (myślę chociażby o dzielnicach), gdy wreszcie doprowadzi do sytuacji, że wzrośnie również poziom życia jego obywateli, którzy nie radzą sobie należycie z wyzwaniami współczesności (tu z kolei myślę o ludziach niewykształconych, wykonujących niskopłatne zawody, rodzinach dotkniętych patologią) oraz grup, które z racji swojego statusu siłą rzeczy wymagają opieki systemowej, czyli dzieci, osób starszych i wreszcie ludzi przewlekle chorych i niepełnosprawnych. Nie w tym miejscu chciałbym wymieniać poszczególne mankamenty dotykające rozwiązań we wszystkich wymienionych tu przeze mnie przypadkach, choć chyba warto wreszcie stworzyć coś w rodzaju listy socjalnych potrzeb miasta, które głośno chwali się dobrobytem. Będę do tego namawiał. W tym tekście jednak chciałbym odnieść się do sytuacji, o której mówimy, czyli do owych propozycji zmian w systemie szkolnictwa specjalnego w Gliwicach. Rzecz dotyczy likwidacji jednej ze szkół i pozostawienia ich tylko dwóch. Oczywiście argumenty twarde (ekonomiczne) przemawiają za tym. Niż demograficzny i spadająca liczba uczniów, konieczność ponoszenia kosztów utrzymania dodatkowej placówki i osób w niej zatrudnionych itp. Tylko że ja w tym miejscu powrócę do tezy sygnalizowanej na początku – mówimy o kwestii, której nie możemy rozpatrywać w kategoriach twardej ekonomii. Ważne jest tu sformułowanie „nie możemy”. Napisałbym „nie powinniśmy” gdybyśmy mówili o mieście o słabszej kondycji finansowej (np. o Bytomiu). W przypadku miasta tak możnego i dobrze prosperującego (przyjmuję na wiarę to, co mi się głosi w tym wypadku) stwierdzam kategorycznie, że nie możemy. W takiej bowiem sytuacji nasze miasto nie tylko stać na poniesienie kosztów edukacji niespełna 500 dzieci na najwyższym możliwym poziomie, ale wręcz powinno ono stać się pionierem modelowych rozwiązań w tej kwestii.

Bardzo dużo pracuję z osobami niepełnosprawnymi, także intelektualnie. Ja, w przeciwieństwie do wielu wygłaszających sądy, poznałem specyfikę tej pracy i widzę jak bardzo indywidualnego podejścia i jakiego czasu ta praca wymaga. Przełożenie jest tu oczywiste – spadek ilości uczniów szkół specjalnych nie powinien się przekładać (w bogatym mieście!) na natychmiastowe i poprawne ekonomicznie zredukowanie liczby szkolnych ławek, ale wręcz przeciwnie – na maksymalnie możliwe podwyższenie standardów edukacji. Oto bowiem otrzymujemy szansę kilkuletniej pracy, którą można zracjonalizować i zindywidualizować, podczas której można zmniejszyć liczbę uczniów przypadających na jednego nauczyciela, kładąc nacisk na pracę pedagogiczną dostosowaną do potrzeb konkretnego ucznia. Pośpieszna próba natychmiastowej likwidacji jednej z placówek jest dla mnie w tym kontekście pochopnym marnowaniem dużej szansy.

Jak stwierdziłem na początku, nie chcę zupełnie w tej chwili dyskutować o racjonalności projektu Podium, o potrzebie (i kosztach!!) zorganizowania w Gliwicach zjazdu Światowego Stowarzyszenia Technopolii, megachoinki za 200 tys., kwietnych potworów przez połowę roku straszących i „eksperymentalnej” jak widać fontanny. Część z tych przedsięwzięć (ale tylko część!) da się pewnie wybronić. Chcę jedynie w tym miejscu mocno stwierdzić, że czas wreszcie, aby nasze posażne miasto zasłynęło, być może nie tylko w Polsce, nowymi, świetnymi rozwiązaniami socjalnymi. Chociażby w kwestii szkolnictwa specjalnego. Są na to pieniądze, stać nas na to a taka edukacja teraz to ewidentne oszczędności w przyszłości. Mówimy o kilkuset dzieciach. Stwórzmy im warunki na miarę XXI wieku i tak też wyedukujmy. Stwórzmy im potem miejsca pracy i… uczmy tego innych. A potem? Stwórzmy system wsparcia rozwoju kulturalnego dzieci z rodzin ubogich, dzieci z dzielnic zapóźnionych w rozwoju w stosunku do innych. Stwórzmy system ŻYCIA KULTURALNEGO dla seniorów. Racjonalny system stypendiów naukowych dla młodzieży. Rzeczywiście funkcjonujący system stypendiów w dziedzinie kultury. I mógłbym tak dalej wymieniać. Dlaczego? Bo stać nas na to. A to, o czym piszę, to nie idée fixe miasta opiekuńczego. To jedynie propozycja zrównoważenia wydatków budżetu miasta. A zrównoważone wydatki to takie, które dostrzegają potrzebę INWESTYCJI (!!!) w sferze niematerialnej. Podkreślam, jeśli wierzyć samorządowi miasta, stać nas na to! A potem budujmy Podium, piramidy i tamy na Kłodnicy.

Wypada jednak w tym miejscu dodać jeszcze łyżkę dziegciu. To wszystko byłoby może możliwe, ale pod jednym warunkiem. Nie podzielam zdania wielu o złej woli prezydenta Frankiewicza. To głupie. Problemu upatruję jednak w miernej obsadzie niektórych stanowisk za kulturę i edukację odpowiedzialnych. Przede wszystkim mam tu na myśli stanowisko zastępcy prezydenta miasta. Pani Renata Caban zrobiła, co zrobiła – nic. Pana Tomali siłą rzeczy oceniać nie mogę – bardzo krótko zajmuje stanowisko. Może okaże się, że będzie znakomitym urzędnikiem, a może nie. Oby to pierwsze, bowiem Gliwice stać również na ŚWIETNEGO zastępcę miasta w tym sektorze. Podobnie jak na zespół znakomitych fachowców w dziedzinie edukacji i kultury. Takich, z którymi będzie można współpracować i będzie to twórcze i korzystne dla wszystkich.

Teraz jednak wiem jedno – propozycję przedstawioną przez prezydenta Tomalę należy bardzo starannie rozważyć z mocnym zastrzeżeniem, że w tym akurat przypadku etyczna argumentacja, jakże chętnie określana mianem niemerytorycznej, jest co najmniej tak samo istotna jak ta oparta na ekonomii. Zlikwidować zawsze jest najłatwiej – placówki i etaty. Niepokoi mnie narzucony znowu pośpieszny tryb procedowania sprawy. Na pośpiech bowiem nie wolno sobie w tej kwestii pozwolić. To byłoby nieetyczne. Jeśli zatem jest zbyt mało czasu dla merytorycznego i pełnego rozpatrzenia tych kwestii, Rada Miasta powinna wniosek odrzucić.

Published in: on 09/02/2012 at 8:10 am  4 Komentarze  

Pyrrusowe zwycięstwo, czyli rzecz o kreowaniu

Niełatwo mi napisać nowy tekst na ten temat. Moje obserwacje tego, co dzieje się wokół poprzedniego, dość żartobliwie polemizującego z tekstem radnego Michała Jaśnioka, zdają się potwierdzać to, że w im bardziej poważnym tonie będą moje dalsze wypowiedzi, tym poważniejszego kalibru będą oznaki niechęci ze strony… niechętnych oczywiście. Rozsyłane wśród „przyjaciół” maile z „odpowiednim” komentarzem, to część obowiązującego widać „rytuału”. Cóż, pozostaje mi się tylko uśmiechnąć. I będzie to, co zresztą zapowiedziałem, ostatni uśmiech w tej kwestii…

Radość Pyrrusa.

Uśmiechałbym się chętniej, gdyby dość histeryczne zachowania radnych Koalicji dla Gliwic Zygmunta Frankiewicza były jednorazową manifestacją frustracji czy jakichś innych pejoratywnych emocji. Niestety, stajemy wszyscy w obliczu kreowania bezprecedensowej w ostatnich latach sytuacji. Oczywiście w Gliwicach, bo naprawdę różnie z tym bywa w kraju. Obiecałem, że tekst ten będzie w maksymalnie możliwy sposób wyważony. Dotrzymam obietnicy i pozwolę sobie zacząć od wytknięcia bardzo poważnego błędu radnym obozu większościowego, którzy faktycznie, cytując Prezydenta Zygmunta Frankiewicza, „rozdzielili łupy między siebie”. W Prezydium nie ma przedstawiciela klubu Koalicji dla Gliwic. Podobnie przedstawia się sprawa w poszczególnych komisjach. Co więcej, czego się obawiałem, sytuacja trochę wymknęła się spod kontroli – na ostatniej sesji trend ten zdecydowanie był kontynuowany i przeforsowano kandydatury zarówno reprezentanta w Związku Miast Polskich jak i w KZK GOP. To dokładnie w taki sposób odnosi się pyrrusowe zwycięstwa! Zacznijmy od Prezydium i komisji RM. Wyobrażam sobie irytację i rozumiem pierwsze reakcje KdG ZF po samym fakcie, gdy, było nie było, jedna z dwóch najpoważniejszych sił w obecnej Radzie Miejskiej w sposób sztuczny zostaje przyblokowana i sklinczowana przez resztę składu i w ten sposób „napomniana” w kwestii jej obecnego statusu. I tu zapytam radnych, którzy o takim podziale zadecydowali: co Państwo wygraliście w ten sposób? Nieobecność kogokolwiek z KdG w składzie Prezydium naprawdę jest porażką i rzeczywiście pozostaje w niezgodzie z pewnymi standardami. Będzie przy tym rwacać nieraz jak przypadkowy rykoszet. A komisje? Kiedy ochłonąwszy, zastanowicie się, jak mało znaczący jest fakt owego „triumfu” w batalii o obsadę stanowisk ich przewodniczących, zrozumiecie również jak łatwo wjechaliście… w maliny. I znika powoli poczucie satysfakcji, prawda? Pyrrus ochłonąwszy po wielu bitwach stwierdził, że do następnej nie ma już siły. Wy jesteście dopiero po dwóch, ale o sprawy mimo wszystko nienajwyższej wagi. Możecie ochłonąć wcześniej. Bo po owych, koniec końców jedynie prestiżowych porażkach, Koalicja dla Gliwic przyjęła całkiem inną strategię. Niezwykle skuteczną i wynikającą z dużego doświadczenia. Tu jednak trafiamy w sedno tego, czego już nie powinniśmy akceptować właśnie ze względu na pewne obowiązujące standardy…

Kreowanie wroga publicznego.

Pewnego rodzaju przygotowywanie gruntu miało miejsce od chwili, kiedy poznaliśmy skład Rady Miejskiej. To wtedy w mediach zaczęły się pojawiać powtarzane pytania, czy i jaka współpraca w tej Radzie będzie możliwa. Pytania, podkreślę to, oczywiste. Podobnie oczywiste były pytania pod adresem większości, czy jest ona w stanie wznieść się dla dobra Gliwic ponad podziały, czy zechce współpracować z Prezydentem itd. Pojawiać się również zaczęły deklaracje, czy to ze strony Zbigniewa Wygody, czy innych radnych klubu PO, że oczywiście dobro miasta jest w tym wypadku najważniejsze, że w kwestiach niepodlegających dyskusji współpraca jest oczywista, itp., itd….

W tym momencie dla mnie stało się już oczywiste, że jest to ewidentne przygotowywanie przedpola do dalszej rozgrywki. Niby nic się nie działo, ale oto przed pierwszą sesją zaczęły się pojawiać pytania zatroskanych forumowiczów w rodzaju tego, czy PO zda egzamin z demokracji?, czy wzniesie się ponad partyjniactwo?, a także obwieszczanie wszem i wobec owego sprawdzianu z demokracji i wielkiej próby na najbliższej sesji. Jak napisał Szekspir, w tym szaleństwie jest metoda. Przewidując naprawdę do przewidzenia łatwą postawę radnych PO, PiS a także SLD, stworzono wrażenie, że oto właśnie ta grupa jest gremium całkowicie nieprzewidywalnym, takim, którego poszanowania dla „zasad”, „kultury politycznej”, „standardów” nie można być pewnym. Wśród obserwatorów delikatnie ale systematycznie zaczęto budować stan, który porównałbym z rezerwą z jaką obserwujemy kogoś, za kim idzie kiepska opinia. Równolegle zaczęły się pojawiać spekulacje na temat ewentualnego szybkiego odwołania Rady i nowych wyborów. Rzekomo miałoby to być niezbędne dla ratowania zdobyczy tego miasta i jego przyszłości. Oczywiście, teraz bardzo łatwo można mi zarzucić konstruowanie spiskowych teorii (na miarę gliwicką oczywiście), ale i dla mnie to, co dzieje się od niedawna w związku z pracami RM jest teorią spiskową, ukuwaną i przykrawaną na miarę potrzeb niektórych. Argumenty, jak argumenty – do jednych trafią, do innych nie. Ważne, żeby były, żeby przestrzeni publicznej nie zawłaszczyła tylko jedna opcja. Bo to właśnie nie mieści się w standardach demokracji.

Konkludując, wytworzył się swoisty stan entropii, w której jednak nie wszystkie procesy zachodzą spontanicznie.

Wszyscy się skarżą.

Wciąż i wszędzie. Gdziekolwiek nie pojawi się kawałek kamery czy mikrofonu, słyszymy prawdziwe rozdzieranie szat i narzekania na brak kultury, poszanowania dla standardów i tradycji, partyjniactwo i wiele innych rzeczy. Padają również oskarżenia. Bo jak nazwać posądzanie o działanie na szkodę miasta? Za łatwo padają, za często. Rzeczywiście wiele się zmieniło i Prezydent Frankiewicz i jego stronnictwo nie mają już tak komfortowej sytuacji jak przez prawie całą poprzednią kadencję. Wtedy wszystko było łatwiejsze. Prawdą jednak jest również to, że uważając Pana Prezydenta za naprawdę silnego człowieka i twardego, pragmatycznego polityka, czuję się niezręcznie słuchając, jak przyłącza się do takich głosów, legitymizuje je w zasadzie. Słuchałem całej sesji ostatniej oraz poprzedniej. Mam bardzo poważne zastrzeżenia co do zasadności wielu spośród zarzutów a już z całym przekonaniem nie potrafię zaakceptować rodzaju medialnej histerii wokół rzekomego szkodnictwa i braku kultury ze strony większości. Co do kultury politycznej, po dokładnym wysłuchaniu ostatniej sesji, z całym spokojem mogę wyciągnąć wnioski zgoła przeciwne. Wiem jedno, nie dzieje się nic takiego, co zwłaszcza na tym etapie upoważniałoby Pana Prezydenta do wpisywania się w głosy medialnej nagonki. Powiem więcej, nawet gdyby te zarzuty były naprawdę uzasadnione, widziałbym urząd Prezydenta wolny od takiej formy dyskredytowania Rady Miejskiej jako właśnie czegoś, co nie mieści się w standardach i z całą pewnością jest szkodliwe dla każdej przyszłej Rady a więc i dla miasta. Są przecież kwestie i spory ponad którymi musi być prezydent. Także u polityków KdG widziałbym chętnie więcej konstruktywnej politycznej walki w sytuacji wszak w polityce normalnej, w której jest się w mniejszości, a nie grania larum i montowania jakże polskiego pospolitego ruszenia.

W trzeciej części tekstu pozwolę sobie na własną analizę ostatniej sesji i owej burzy w szklance wody, która się wokół niej rozpętała.

 

Published in: on 15/02/2011 at 7:05 am  4 Komentarze  

Nie tragizujmy!

Nie jest dobrze, gdy ktoś z obsady przedstawienia wciela się w rolę mentora, dającego wykładnię tego, co widzowie mają przyjemność lub nieprzyjemność oglądać. Stało się jednak inaczej i jeden z aktorów pierwszego planu sesji – spektaklu zdecydował się złamać zasadę, zgodnie z którą nie tłumaczy się dowcipów, nie omawia własnych wierszy i nie mówi po spektaklu, co samemu się zagrało…

Autor ów chciałby widzieć siebie w roli jednego z aktorów greckiej tragedii. Przywołuje przy okazji pewne wyznaczniki, które o takiej kwalifikacji spektaklu miałyby decydować. Myli się. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z jedną z odmian commedia dell’arte. Bo, przede wszystkim, na pewno jest to komedia. Bo, po drugie, nie dostrzegam niezbędnego w takim przypadku konfliktu tragicznego, a jedynie usiłowanie (i to między innymi ze strony autora) konfliktu takiego wykreowania. Muszę go jednak zmartwić – jakkolwiek emocjonalny jest jego stosunek do kwestii, o których była mowa na sesji, żadna z tych spraw nie ma nawet znamion konfliktu tragicznego. Po trzecie wreszcie, typy ludzkie wykreowane w dell’arte są ponadczasowe i, jak się Państwo sami przekonają, bardziej pasują do tego spektaklu.

Do rzeczy jednak. Zajmijmy się maskami w naszej komedii… Te, jak wiemy, dzielą się na tragiczne i komiczne. Podobnie jak autor argumentacji pro tragicznej nie wskazał konkretnie swoich bohaterów, tak i ja posłużę się zaproponowaną przez niego formułą. W tym momencie jednak konieczna staje się pewna istotna uwaga. To wszystko, co autor napisał w odniesieniu do sesji, jest tylko jakimś biciem w tarabany bez podania jakichkolwiek konkretów. Oto mamy osoby skrzętnie skryte pod kryptonimami – maskami (dell’arte!), jest również ON (to jakieś specjalne podkreślenie wagi jednego z „bohaterów”, zastosowane przez autora), Chór (a jakże), który nie wiedzieć jakie ma zadanie, Fatum, oczywiście w jakiejś jego karykaturalnej formie, a do tego wszystkiego prezentacja kilku terminów z zakresu tematu (np. stychomytia, co akurat uważam za trafne uchwycenie istoty „dialogu radnych”). Wszystko pięknie, erudycyjnie, ale… Dla kogo? Tylko dla osób, które były na sesji, oglądały ją, lub obejrzą. Autor wszakże pamiętać powinien, że mieszkańcy, do których przecież swoje wywody kieruje, mają prawo interesować się (nawet głęboko!) życiem politycznym miasta, jednocześnie nie śledząc siedmiogodzinnych spektakli a la Krystian Lupa, że pozostaniemy przy teatralnych kontekstach. A dla nich owe maski – kryptonimy są zupełnie nieprzejrzyste. Choć przyznam jedno – swoją rolę zamierzoną spełniają. Sprawiają wrażenie, że działy się tam rzeczy przedziwne. Zważywszy natomiast na posadowienie aktora po określonej stronie politycznej areny, dla czytających wiadome ma być, że całą winę za ten stan rzeczy ponoszą ci ze strony przeciwnej. Z pełnym szacunkiem (podkreślam to, aby nie przeinaczono moich słów) i bez żadnej ironii uważam bowiem autora wersji pro tragicznej za znakomitego retora i bardzo sprawnego polityka i nie wierzę, aby jakiekolwiek sformułowanie czy argument w jego wywodach na jakimkolwiek forum były przypadkowe. Stąd właśnie wywodzę tezę, że taka forma przez autora była precyzyjnie zamierzona. Przy okazji zaś… Niektóre zastosowane zwroty retoryczne zdają się wynikać z głębokiego przeświadczenia o tym, że jednak wspomnianej transmisji nikt nie obejrzy. Oto bowiem Skarbnik… rwie włosy z głowy. To ironia? Ktokolwiek zna Pana Skarbnika, nawiasem mówiąc znakomitego fachowca, wie, że raczej w tej kwestii powinien być ostrożny. Również sformułowanie: „Ale to grecka tragedia, więc nie będzie reklam. W przerwie słychać tylko płacz widzów, jęki i zgrzytanie zębami z rozpaczy”, jest tyleż kwieciste, co bezpodstawne. Czas reklamowy w czasie każdej przerwy (tej rzeczywistej, w obradach) dalece bowiem przekracza standardy tv. Więc chyba jednak nie grecka tragedia… Koniec dygresji.

Wróćmy do masek. Scharakteryzuję kilka, których „nosicieli” (czasem kilkoro!) łatwo można znaleźć wśród uczestników sesji, a Czytelnikom pozostawię dopasowanie ich do właściwych osób. Co ciekawe, zapewne uda się to w stosunku do przedstawicieli każdej opcji. Ot, taka polityczno – literacka zabawa, bowiem jak jeszcze raz podkreślam, tekst zamieszczony przez autora na http://www.jasniok.pl w żadnym razie do niczego innego jak do literackiej zabawy się nie sprowadza.

Sam zaś, aby nie być gołosłowny, w najbliższym czasie spróbuję zaprezentować zgoła odmienną (wyważoną!!! – podkreślę) wersję wydarzeń z sali sesyjnej, bardzo jednak różną od tej lansowanej przez niektóre gliwickie media w ostatnich dniach. Zapraszam do lektury w najbliższym czasie – http://www.darjez.wordpress.com – zakładka PRZYSTANEK GLIWICE.

Czas powrócić do zabawy…

Comico inamorato – elegancik i galant, przedstawiciel raczej „świata młodych”. Robi trochę hałasu, ale jest dość bezbarwny. W dell’arte jest tym samym, co rodzynek w keksie. Ma swoją żeńską odpowiedniczkę. Ta jednak, w całej zawiłej intrydze jest jedynie marionetką.

Kolombina – uosobienie zuchwałości, sprytu i dowcipu. Ma jedną jeszcze cechę – nosi wiele różnych strojów, przybiera różne pozy. Zmienna jest. Typ kameleona?

Pierrot – bidula… Rozpacza tak bardzo, że aż maluje mu się łzę na policzku. Postać smutna, romantyczna.

Arlekin – najnormalniej błazen. Eksperci twierdzą, że jedna z najwdzięczniejszych do zagrania postaci. Równie łatwo można go oszukać, jak zostać przez niego oszukanym. Polityczne konotacje oczywiste…

Poliszynel – największy gbur w tym towarzystwie. Egoista, czasem nieludzki.

Capitano – pyszałkowaty chwalipięta. Robi dużo hałasu i… rejteruje w ostatnim momencie.

Pantalone – swoisty zwolennik teorii spiskowych. Lubi wtrącać się do polityki. Wszędzie, skubany, widzi zagrożenie, którego boi się wręcz panicznie.

To tylko niektóre zabawne postaci dell’ arte. Pośmiejmy się zatem, zmieniając klimat proponowany przez autora wersji „tragicznej”. Możemy sobie zorganizować prywatny casting i podstawić własnych faworytów pod każdą maskę. Tylko, na litość boską, bez obelg, ataków personalnych itp. Zachowajmy dystans i poczucie humoru. Tego uczy nas commedia dell’arte. Dlatego właśnie commedia dell’arte jest nam potrzebna!

I już dziś zapraszam do kolejnego tekstu na ten sam temat – już bardziej serio i bez literackich upiększeń.

 

Published in: on 06/02/2011 at 4:16 pm  3 Komentarze