Jak skończy się ta historia?

Artur Pałyga „Nieskończona historia”, reż. Ula Kijak.
Premiera: Teatr Nowy w Zabrzu 1 kwietnia 2012
Obsada: My wszyscy.

Trwa wyjątkowo jak na polskie warunki poważna dyskusja nad kształtem teatru i kultury w ogóle, a przede wszystkim zakresem i rozmiarami ingerencji władzy w funkcjonowanie polskich teatrów i co za tym idzie w kwestie artystyczne. Tymczasem za sprawą premiery sztuki „Nieskończona historia” Artura Pałygi w reżyserii Uli Kijak, która miała miejsce w Teatrze Nowym w Zabrzu, uwaga, 1 kwietnia (!), mamy swego rodzaju  postscriptum do tej społecznej debaty.

fot. Joanna Siercha (www.teatrzabrze.pl)

To wszystko, co stało się w związku ze spektaklem już po jego premierze, nie jest bynajmniej zabawne, choć kwestię protestów „oburzonych widzów” wyrażonych przez 3 wiadomości mailowe skierowane do dyrekcji Teatru (i ponoć także na ręce pani prezydent Mańki-Szulik), z całą pewnością można byłoby uważać za żart na prima aprilis. Sam fakt wyrażenia takiego oburzenia nie może dziwić, bowiem to przypadki dość częste i to w zasadzie dobrze, skoro na rzeczywistym oddziaływaniu sztuki na odbiorców wszystkim twórcom zależy. Dziwi jednak na pewno stanowisko dyrekcji Teatru Nowego, które w kontekście wydarzeń nazwać można wręcz kuriozalnym. Po kolei jednak. Spektakl nie jest, jak sami jego twórcy podkreślają, łatwy w odbiorze. Zastosowane w nim środki wyrazu mają głęboki sens artystyczny i służą lepszemu przełożeniu idei na język teatru. Niektóre z nich zostały jednak uznane przez kilka oburzonych osób za próbę zdyskredytowania wiary i zbezczeszczenia Biblii. Takie opinie wyrazili oni we wspomnianych mailach. Dyrektor Jerzy Makselon i dyrektor artystyczny Zbigniew Stryj zareagowali nadzwyczaj nerwowo, czego skutkiem były działania opisane dokładnie w liście otwartym twórców (http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/137055.html), których w tym miejscu szczegółowo nie ma sensu omawiać. Dziwna to reakcja, zważywszy, że zarówno Ula Kijak jak i inni twórcy natychmiast wyraźnie zdystansowali się od jakichkolwiek złych intencji i co więcej, chcieli to wyjaśnić podczas otwartego spotkania z publicznością. Tymczasem uniemożliwiono im nawet wydanie oświadczenia na stronie teatru. Dyrekcja zasugerowała pewne łagodzące wymowę zmiany, przy czym miało również rzekomo dojść do zamkniętego pokazu spektaklu dla Małgorzaty Mańki-Szulik. Prezydent Zabrza zachowała jednak zimną krew i pozostała wierna zdrowemu rozsądkowi odmawiając udziału w takim pokazie i oświadczając, ze nie ma zamiaru ingerować w kształt i formę spektaklu. Szkoda, że podobnego stanowiska nie zajęła dyrekcja, która wszak w takich sytuacjach powinna murem stać za artystami. Przyjęła projekt do realizacji i powinna co najwyżej monitorować go podczas powstawania spektaklu. Grożąc wręcz zdjęciem „Nieskończonej historii” z afisza, kierownictwo Teatru Nowego posunęło się do granic absurdu. Niebezpieczny byłby taki precedens, który mógłby co najwyżej sprawić, że podobne sytuacje powtarzałyby się w przyszłości także przy innych realizacjach. Sztuka budzi kontrowersje i co więcej, budzić je powinna. Tak inicjuje się dyskusje. Pomijam już fakt, że inteligentna forma dialogu jaki podjęli twórcy „Nieskończonej historii” z publicznością zawsze niesie pewne ryzyko niezrozumienia u części widzów. To oczywiste, ale przecież nie może to skutkować natychmiastową ingerencją w materię dzieła. Czy takie kwestie trzeba wykładać kierownictwu Teatru Nowego? Cała ta sytuacja dziwi zwłaszcza dlatego, że zewsząd, także na stronie Teatru, pada wiele głosów w obronie spektaklu, przede wszystkim ze strony tych, którzy już go widzieli. To o czymś świadczy.

Póki co, odbędą się na pewno zaplanowane na 14 i 15 kwietnia (godz. 18) prezentacje „Nieskończonej historii” i na pewno warto wybrać się na którąś z nich. Z dwóch powodów – aby wyrobić sobie własny osąd i aby wyrazić swoją opinię na temat jakiejkolwiek wymuszonej autocenzury twórców. Jeśli tego nie zrobimy, w przyszłości możemy być karmieni jedynie starannie przyprawioną przez różne „czynniki” papką. „Nieskończona historia” natomiast, paradoksalnie otrzymała kolejną scenę, daleko wykraczającą poza teatralne deski. Ta historia „kończy się” już poza teatrem, w naszej przestrzeni publicznej. I uwaga, my sami jesteśmy aktorami. Show must go on!


Published in: on 11/04/2012 at 10:50 pm  Dodaj komentarz  

Gliwicki Teatr Muzyczny ma tajnych obrońców???

Czy to cenzura?

Dzieją się rzeczy dziwne. Zbyt wiele już widziałem i czytałem, żeby wierzyć w całkowicie wolne media, w nieskrępowaną wolność słowa i różne pokrewne „swobody”. Życie uczy, że wszystko jest relatywne. I jest, choć to stwierdzenie wcale nie oznacza, że mam zamiar się z tym stanem rzeczy pogodzić. Niedawno w sprawie ACTA wychodzili na ulice ludzie, którzy nagle pomyśleli, że oto dokonuje się zamach na część ich obywatelskich swobód. Nie dyskutując o tym, na ile było to aktem świadomym, chciałbym stwierdzić, że na pewno koniecznym. Muszę jednak zwrócić uwagę na coś zupełnie innego – ciche, dyskretne manipulowanie medialnym przekazem, zakulisową próbę wpływania na kształt przekazu medialnego, na rzeczywistą próbę ograniczenia wolności wypowiedzi, jakiej doświadczyłem w dniu poprzednim. Niech skłoni do zastanowienia fakt, że próba ta nie nastąpiła bynajmniej ze strony polityka, władzy itp. Z czyjej? Nie będę formułował oskarżeń, które same cisną się na usta. Czytających namawiam, aby sami spróbowali wyciągnąć wnioski z faktów.
Wczoraj opublikowałem w InfoPosterze swój tekst „Komu przygrywa Kwartet Śląski?, czyli równi i równiejsi w gliwickiej kulturze”
http://infoposter.eu/komu-przygrywa-kwartet-slaski-czyli-rowni-i-rowniejsi-w-gliwickiej-kulturze/
który znalazł się także na moim blogu. Potem zechciałem umieścić go na forum Gliwice gazeta.pl. I wtedy zaczęło się coś, co absolutnie zdarzyć się nie może w mediach w kraju, który szczyci się pewnymi standardami demokracji, na forum było nie było najpoważniejszym w Polsce, przeznaczonym wszakże ponoć dla nieskrępowanego wyrażania poglądów i otwartej społecznej dyskusji. Po kolei jednak…
Ok. 14 umieściłem swój tekst wraz z komentarzem widocznym na screenie, chyba jak najbardziej poprawnym pod każdym względem.

Jakiś czas potem przypomniało mi się nagle, że już zdarzyło się (nie tylko mnie), że zniknęły wątki z tego forum, a mnie samemu zniknął wątek o dziwo także na temat Gliwickiego Teatru Muzycznego. Tak na wszelki wypadek, zrobiłem więc tego screenu. Błogosławione przeczucie, które nie wiadomo skąd się wzięło! Za jakiś czas, ok. 15, wchodzę ja sobie na forum aby sprawdzić, czy czasem kogoś ten niszowy temat nie zainteresował, a tu…

… nie ma wątku i jest komunikat, że „wiadomość nie istnieje, lub została skasowana”. O żeż w mordę! – pomyślałem i natychmiast, eksperymentalnie stworzyłem wątek, w którym wyraziłem w tytule swoje głębokie uczucie do Kubusia Puchatka, a w tekście stwierdzenie „Może tego mi nie skasują?”

Puchatek utrzymał się na samym topie na tyle długo, że znowu spróbowałem umieścić wątek dedykowany GTM, tym razem bez komentarza, aby na wszelki wypadek nie wykonać kolejnej daremnej pracy.

Miałem rację! Poleciał ten wątek, pociągając za sobą nieszczęsnego, bogu ducha winnego Puchatka.

W międzyczasie napisałem do jednego z widniejących na forum „opiekujących się” (znaczy do obu, ale jeden mi odpisał) zapytanie dlaczego poprawne merytorycznie i pod względem przyjętych norm obyczajowych nienaganne wypowiedzi zostają usunięte. Zaraz potem umieściłem też zupełnie idiotyczny wątek „gdzie chcielibyście mieszkać” (ten się ostał, a jakże!). Tuż po tym zaś dostałem od „opiekuna” somepoint210 takiego oto maila:
witam, juz poprawione (wpis przywrocony). pewnie jakis dyzurny z administracji zawodowej przejal sie rola:) dzieki za zwrocenie uwagi, pozdrawiam. somepoint
i… rzeczywiście wątek wrócił.

W tej chwili jednak mnie to nie satysfakcjonuje. Pojawiły się pytania. Postawię je tutaj i nie moja wina, że fakty same sugerują odpowiedzi.
1. Kto w administracji (zawodowej, jak sugeruje somepoint?) jest tak wielkim miłośnikiem Gliwickiego Teatru Muzycznego, że z własnej i nieprzymuszonej woli (???) kasuje takie wątki jak ten?
2. Czy robi to sam, czy konsultuje z „kimś”, „skądś”, które wątki usunąć należy?
3. Kogo i czym tak bardzo uraziłem w GTM lub gdzie indziej, lub jakiej drażliwej kwestii dotknąłem, że ktoś zdecydował o usunięciu tej wypowiedzi?
4. Jak to do pomyślenia jest na forum jednego z najpoważniejszych mediów kraju, które właśnie społecznej dyskusji na takie tematy powinno służyć?
5. Jak możliwa jest rzetelna ocena działalności instytucji w rodzaju GTM, jeśli w ten sposób wpływa się na kształt tego, co do obiegu trafia?
6. Czy naprawdę zdrowe są stosunki na styku instytucje (w tym wypadku kultury) – media?
7. Czy owe stosunki dla uzdrowienia sytuacji nie powinny być monitorowane chociażby przez Wydział Kultury właściwej jednostki samorządowej? A może powinny być wręcz aranżowane poza instytucją? Nie ma tych jednostek wiele w mieście w rodzaju Gliwic. Byłoby na pewno taniej, uczciwiej, efektywniej i merytoryczniej, bo media nie musiałyby z wiadomych względów z taką jednostką uprawiać rodzaju flirtu.
Ze swej strony zapewniam, że udokumentowany opis całej sytuacji dziś jeszcze prześlę do AGORY, która jest właścicielem forum, z żądaniem wyjaśnienia zależności i związków, które spowodowały taką próbę manipulacji. Liczę, że zainteresowane takim wyjaśnieniem będą również władze gliwickiej kultury. Rozważę również prawny aspekt tej sprawy. O efektach poinformuję wszystkich zainteresowanych.

Published in: on 05/04/2012 at 4:53 am  Comments (1)  

Komu przygrywa Kwartet Śląski?, czyli równi i równiejsi w gliwickiej kulturze

Wiele się mówi o konstytucji i finansowaniu kultury, zwłaszcza ostatnio, kiedy widmo spędzającej artystom sen z oczu „Oszczędności” unosi się nad nią, zwłaszcza w jej wydaniu mniej eksponowanym, na poziomie lokalnym, a więc w gestii lokalnych samorządów będącym. Póki co, w Gliwicach nie możemy mówić o czymś w rodzaju załamania finansowania publicznego w tej dziedzinie, być może tylko dlatego, że jak dotąd nie mieliśmy jakichś szczególnych przykładów takiego mecenatu, który przez duże „M” można by było opisywać.

Mamy do czynienia z monopolistą jeśli chodzi o instytucje i z tzw. dotacjami dla organizacji pozarządowych, które na ogół są dość skąpo sączone i często najnormalniej w świecie pozwalają jedynie z trudem zbilansować takie czy inne przedsięwzięcie, nie dając szansy na coś, co artyści nazywają rozwinięciem skrzydeł. Nie o tym jednak dzisiaj, choć uważam i zdania nie zmienię, że kluczem do kulturowego (już nie tylko kulturalnego) ożywienia jest zrewolucjonizowanie podejścia do wspierania kultury przez samorządy z otwarciem kranu z dotacjami na działalność nieinstytucjonalną, amatorską, oddolną mówiąc najkrócej. Dziś chciałem zastanowić się nad przypadkiem, który jest zjawiskiem wyjątkowym nie tylko w skali Gliwic, ale wręcz kraju – przypadkiem Kwartetu Śląskiego. Niestety, nie chodzi mi tu bynajmniej o wyjątkowość artystyczną, choć sam zespół należy do dobrych średniaków, ale o szczególny status jeśli chodzi o publiczne wsparcie. Niech te rozważania staną się również okazją do wysunięcia kilku tez, propozycji i postawienia paru pytań, które jak sądzę paść powinny w kontekście zbliżającej się nieuchronnie rewolucji w gliwickiej kulturze. Świadomie piszę „rewolucji”, bo niestety mamy w naszym mieście do czynienia ze stagnacją tak utrwaloną, że nawet zmiana organizacyjna w takim czy innym przypadku będzie miała znamiona rewolucji.

Kwartet Śląski na swojej artystycznej drodze spotkał anioła. To pewne. Na pierwszy rzut oka trudno ustalić jego tożsamość, bowiem na stronie internetowej Kwartetu widnieje informacja, że mecenasem zespołu jest Samorząd Miasta Gliwice. Sytuacja wyjaśnia się już w tej samej linii, bowiem z prawej strony widnieje logo z informacją, że partnerem Kwartetu jest Gliwicki Teatr Muzyczny. Aniołem owym musi być zatem dyrektor Paweł Gabara. Nie ukrywam, że właśnie to zestawienie wzbudziło moje zainteresowanie. Dlaczego? Odpowiem tyleż szczerze, co bezczelnie – dlatego, że pokrętne ścieżki odpływania kasy z GTM od dawna mnie interesują i wręcz wzbudzają pewien podziw dla kierownictwa. Zainteresowało mnie natychmiast ile wart jest mecenat, o którym informuje wszem i wobec sam Kwartet. Sporo! Od 2005 roku Kwartet Śląski otrzymuje świadczenie, które można chyba określić jako stypendium, w wysokości 80 tys. zł rocznie. Tu uwaga, uzyskałem też informację, że 90 tys., ale sprawdzał tego nie będę, gdyż specjalnego znaczenia to nie ma. Pozostańmy zatem przy 80 tys. Oznacza to, że przez 6 lat nasi instrumentaliści zgarnęli blisko 500 tys. zł. Może ktoś powiedzieć, że za coś szczególnego. Jeśli tak, koniecznie chciałbym wiedzieć, za co? Pytam nie bez kozery, bowiem podobne praktyki nie są w Polsce stosowane nawet przez baaaardzo bogate samorządy. Dodam tu tylko, że jedynym znanym mi przypadkiem czegoś takiego jest status śp. Czesława Miłosza, któremu Kraków coś tam fundował w kwestiach mieszkaniowych. Wisława Szymborska już na takie względy nie zasłużyła. Czym zatem zasłużył Kwartet Śląski na tak szczególny casus? Niech nie mają mi za złe miłośnicy muzyki tego zespołu, to nie jest zamach na niego, ale na system – niczym! Kwartet Śląski nie reprezentuje żadnej jakości nadzwyczajnej, predestynującej go do takiego wyróżnienia. Wydaje mi się zatem, że wśród gładkich słówek i wizjonerskich opowieści, dyrektor Gabara po prostu wkręcił Samorząd w ten mecenat. Jak sądzę ma on nieco ukrytą formę i zapewne wypłacany jest ze środków GTM w ramach otrzymanej dotacji. Pozostaje mi sądzić, że to sam dyrektor ma pretensje do bycia mecenasem, bo jeśli nie, to wypada zapytać, co naprawdę stoi za tą konstrukcją? Nie mnie jednak stawiać takie pytania. Wiem tylko, że jeśli chodzi o mecenat i wizje nie do końca są to cechy, z którymi kierownictwo GTM można kojarzyć. Kilka lat temu był w Polsce i w Gliwicach na moje zaproszenie Sławomir Górzyński, autor świetnie przyjętej powieści „Kompozytor”. Ma ona, zdaniem wielu, znamiona świetnego materiału na scenariusz filmowy i teatralny. Górzyński jest muzykiem, w Gliwicach mamy Teatr Muzyczny – reasumując powstał pomysł stworzenia musicalu. Rozmowa z ówczesnym kierownikiem muzycznym Teatru Tomaszem Biernackim bardzo konstruktywna. Paweł Mykietyn (przedstawiać nie trzeba – uznany w świecie geniusz muzyki współczesnej) proponuje jako kompozytora…. gliwiczanina Aleksandra Nowaka, zapowiadając, że będzie gwiazdą. Nowak się godzi. O planach realizacji pisze Wyborcza, dochodzi do mojego spotkania z dyrektorem Gabarą… Jak zwykle miło, serdecznie, z perspektywami na lata, bo repertuar, bo plany itp. Poczułem, że wracać już nie muszę. Pan dyrektor nie zwietrzył szansy, nie doznał olśnienia. A Aleksander Nowak dwa lata później zadebiutował ze swoją operą w Teatrze Wielkim. Szkoda, z pierwszą formą sceniczną mógłby w swoim rodzinnym mieście. Ta przydługa dygresja służy jedynie temu, aby zasugerować, że może już czas przestać ufać zmysłowi estetycznemu i dobremu smakowi kierownictwa GTM? Nawiasem mówiąc przypomniałem tu Tomasza Biernackiego. Temu bardzo utalentowanemu dyrygentowi, dla mnie murowanemu kandydatowi na kierownika artystycznego GTM, przetrącono karierę dlatego, że miał odwagę protestować przeciwko artystycznej degrengoladzie, czyniąc to bez przebierania w słowach, dopóki w sposób podły nie został nagrany, a życzliwi nie donieśli gdzie trzeba prawdę i nieprawdę. Nie wiem co się z nim dzieje. Mam wyrzuty sumienia – należało bronić go wtedy, gdy został całkowicie sam i odbywał się nad nim samosąd dyrekcji. Być może można coś tu jeszcze naprawić?

Wróćmy do Kwartetu, choć o dygresjach i sugestiach uprzedzałem na początku. Mało grywa w Gliwicach. Nic dziwnego, bowiem nie ma gdzie. Nie posiadamy tak naprawdę przestrzeni koncertowej jak chociażby zabrzańska Filharmonia. Cóż zatem robi Kwartet? Oczywiście okazyjnie zagrać musi w Bajce chociażby, ale głównie znamy go z festiwalu, którego jest gospodarzem i który odbywa się w… Katowicach. Jakoś mało wtedy jest promocji Gliwic, ale w końcu kwartet to śląski. Nie będę się tu długo rozpisywał. Po prostu coś tu mocno nie gra. Bardzo mocno. Te 500 tys. jak najbardziej powinny znaleźć się w puli stypendium. Innego jednak, dla młodych gliwiczan, wschodzących twórców, dla oddolnych, ciekawie rokujących inicjatyw. Żeby aktorzy, którzy pochodzą z Gliwic nie musieli dorabiać po knajpach podczas nauki, żeby ich związać z miastem. Jaki jest sens tak hojnego wspierania średniej klasy zespołu, który już mocno istniej na rynku, wpleciony w muzyczny biznes i który te pieniądze traktuje jak mannę z nieba?

Czy jestem zazdrosny? Oczywiście! Czy to prywata? Tak, bo spłacam wciąż długi z tytułu ostatniej produkcji teatralnej, mimo, że bez żadnych środków mój teatr zdobywa nagrody na festiwalach w Polsce i poza nią i pozwolił na artystyczny start wielu już zawodowym aktorom. Tak, zazdroszczę Kwartetowi takiej pomocy i chętnie bym o nią aplikował w czytelnej, otwartej dla wszystkich formule. Tego typu wsparcie, jeśli nie dotyczy geniuszy skali światowej, których miasto chce za wszelką cenę zatrzymać, nie może odbywać się arbitralnie zwłaszcza jeśli funkcję arbitra pełni w tym przypadku jedna osoba.

Na koniec zapytam cokolwiek złośliwie, bo przypomniało mi się to w związku z Biernackim. Ciągłe tarcia na styku orkiestra – dyrekcja GTM są znaną kwestią. podobnie jak znany jest fakt, że na taki czy inny występ trzeba było za wyższą niż muzycy GTM otrzymują gażę, zatrudniać muzyków (nota bene skrzypków!) z Zabrza. Może zatem w ramach dotacji warto zadbać o własną orkiestrę, żeby można było uniknąć konieczności takich naborów z zewnątrz? Ale cóż, artystyczna kondycja Gliwickiego Teatru Muzycznego od dawna opiera się przede wszystkim na siłach zaciężnych. Doceniam tu jak najbardziej artystów GTM! Jest ich po prostu za mało.

Jeśli coś nie zmieni się szybko, na próchniejących deskach Gliwickiego Teatru Muzycznego, za otrzymane stypendium Kwartet Śląski będzie mógł zagrać Requiem. Czyje? Głosuję za tym Verdiego…

Published in: on 04/04/2012 at 11:17 am  Comments (1)  

Na spektakl do Bielska-Białej!

Miłość w Königshütte” – reż. Ingmar Villqist, Teatr Polski w Bielsku-Białej

Premiera spektaklu opartego na niezrealizowanym scenariuszu filmowym Ingmara Villqista w jego reżyserii odbyła się w Teatrze Polskim 31 marca. Tuż po niej rozpoczęła się dyskusja, która niestety najczęściej pomija to, co stanowi o wartości artystycznej spektaklu, a koncentruje się raczej na problemach stosunków narodowościowych na Śląsku i tego wszystkiego co dzieje się w tej kwestii ostatnio. Dziś konsekwentnie będę omijał ten temat.
Zainteresowanych takim kontekstem sztuki (bardzo ważnym!) odsyłam do polemicznej względem Henryki Wach-Malickiej recenzji https://darjez.wordpress.com/2012/04/02/kiedy-sztuka-przemawia/
Sztuka opowiada o pierwszych latach po zakończeniu wojny i niezwykle skomplikowanych relacjach panujących wtedy na Śląsku. Obóz w Świętochłowicach, w którym dochodziło do bestialstw popełnianych na Ślązakach, wzajemna niechęć ludzi mieszkających tu od pokoleń i przyjezdnych, zagubienie tych drugich w obcym, niezrozumiałym świecie – kocioł! I w tym kotle historii próbuje znaleźć sobie miejsce miłość. Miłość skaleczona przez wojnę, miłość bez szans, uczucie bez namiętności, którego cień zaledwie pojawił się między Hansem Schneiderem, rdzennym Ślązakiem, desperacko próbującym ocalić godność człowieka w świecie, w którym prawie ją unicestwiono i Marzeną Daniszewską, nauczycielką, która przyjechała na Śląsk z nakazem pracy. Ta miłość – niemiłość jest właśnie tym właściwym okienkiem, który zostawił nam Villqist dla wglądu w świat przenicowany i wypalony. Ta miłość – niemiłość ma wszystkie cechy, które nie pozwalają nam w nią wierzyć. Dlatego właśnie to ona najbardziej świadczy przeciwko wojnie i temu, co ludzie zrobili sobie nawzajem przy jej okazji. Oryginalne to spojrzenie, nienachalne, raczej sugerowane i być może dlatego przez niektórych niedostrzeżone. A szkoda, bo warto tę subtelną konstrukcję Villqista przejrzeć.

Reżyser i aktorzy stanęli przed nie lada wyzwaniem. Przede wszystkim niełatwo przenosi się na scenę to, co przeznaczone było na potrzeby filmu. Wyzwaniem dla Ingmara Villqista stało się przede wszystkim tempo. Było ono niezbędne jeśli chciał pomieścić w spektaklu wszystkie niuanse, które zamierzył. To tempo dla niektórych recenzentów jest dużym mankamentem. Twierdzą, że aktorzy wchodzili i wychodzili po wyrecytowaniu kilku kwestii, że spektakl miał charakter wiecu, czy też okolicznościowej akademii. To co najmniej duże uproszczenie. W żadnym razie nie przeszkadzała mi przyjęta przez reżysera koncepcja. Tempo w następowaniu po sobie wydarzeń wręcz potęgowało wrażenie niepokoju, niepewności i chwiejności rzeczywistości, którą oglądam.
Aktorzy. Można powiedzieć, że sami poniekąd znaleźli się w okolicznościach niekomfortowych. Dlaczego? To oczywiste. Villqist prowadził ich, wręcz purystycznie nie pozwalając epatować nadmiarem środków. To dlatego Artur Święs wykreował człowieka irytującego swoim pogodzeniem ze wszystkim co los mu niesie, to dlatego Marzena Daniszewska Anny Guzik irytuje swoim zachowaniem. Tajemnicą sukcesu obu kreacji jest ich surowość, bardzo płytka emocjonalnie relacja między nimi jest taka jak i miłość, czy raczej jej iluzja, której doświadczyli. Uważam tę relację za jeden z większych sukcesów reżysera i aktorów. Villqist bowiem pokazał ją tak delikatnie, że mogli ją utopić w nadmiarze nadprodukowanych „emocji”. Tymczasem pokazali nam poranioną, kaleką miłość rozpiętą miedzy skrajnymi i mocnymi manifestacjami z jednej strony prawie mesjanistycznego poświęcenia Schneidera, które jest wszak tylko alibi dla jego bezradności, a z drugiej irytującego, roszczeniowego i pełnego histerii stosunku Marzeny Daniszewskiej do świata, którego nawet nie próbuje poznać. I to, co pokazali nam Święs i Guzik jest jak najbardziej adekwatne do tego, co mieli opowiedzieć. Zapewniam, że nie każda aktorska para potrafiłaby tego dokonać.
Chciałbym jeszcze wspomnieć o trójce aktorów. Przede wszystkim Tomasz Lorek. Rola rosyjskiego oficera Kiereńskiego była naprawdę znakomita! Grażyna Bułka i Kazimierz Czapla, jako Państwo Bainerowie byli prawdziwie przejmujący. Zatrzymam się jednak przy Grażynie Bułce. To, co pokazała w scenie, w której kąpie skatowaną Elwirę jest tym, o co w teatrze najtrudniej. Potrafiła bowiem sprawić, że widza ogarnia wzruszenie wręcz dławiące, które jednak nie mija, poddane potem „trzeźwej refleksji”. Trwa. I to już jest mistrzostwo, które zresztą u tej Czarodziejski Śląskiej Sceny wcale nie dziwi.
Na koniec słów kilka o stronie wizualnej spektaklu. Subiektywnie muszę stwierdzić, że o ile jak najbardziej odpowiadał mi rodzaj wielkiego podestu zastosowany przez Villqista, o tyle przerysowany, a w zasadzie zbyt zdetalizowany był ten bifyj z tyłu, te obrazki na ścianie. Stół z dwoma krzesłami jakoś bardziej korespondowałby z tym co poza domowym ogniskiem. Niby rozumiem intencję pokazania czegoś stałego, ciepłego – śląskiego domu, ale…
Zupełnie natomiast nie broni się całkowicie trywialna scena z parą kochanków w lesie, nagle rozdzieloną przez patrol MO. Oj… to prawdziwa łata na materii tego spektaklu! Parka rodem z sentymentalnej opowiastki, ona z koszykiem w ręku, on z aparatem fotograficznym. Pląsają, dotykają się i nagle…. groza! Znaczy, miała być groza po pojawieniu się MO, była cokolwiek farsowa, oderwana od reszty etiudka. Wyrzucić! Jeśli zaś przy mankamentach – razi jeszcze troszkę prześpiewany początek. Za długo trochę tej opery na wejściu i wyjściu, za dużo „las szumi”, za dużo tych dźwięków. Te cięcia mogą być o tyle cenne, że czas w tym spektaklu jest bezcenny. Co oszczędzi się na blichtrze można dołożyć w emocje.
Samo zakończenie chciałbym jeszcze omówić. Przeniesione do Nieba, w którym spotykają się bohaterowie. Niektórzy twierdzą, że naiwne. Tak, jest naiwne, ale tą prawdziwą naiwnością, śląską, podszytą mistycyzmem i głęboką religijnością. To takie położenie ręki na czole. Było mi potrzebne po tym spektaklu.
Nie będę całości oceniał w żadnych kategoriach ogólnych. Będę bardzo subiektywny i konkretny. To był jeden z najlepszych spektakli, jakie oglądałem od wielu lat. Mimo mankamentów, mimo drobiazgów, które wszak będę tym samym, co drobny ubytek w cennym arrasie. To przede wszystkim spektakl ważny. Trzeba go obejrzeć i wyrobić sobie zdanie. Turystyka teatralna do Bielska-Białej niech stanie się faktem. Mamy bardzo blisko

Published in: on 03/04/2012 at 12:00 pm  Dodaj komentarz  

Kiedy sztuka przemawia…

… budzą się recenzenci, którzy usiłują przekonać, że niczego nie słyszą. „Miłość w Königshütte” zagrana została póki, co dwa razy (premiera 31 marca w Teatrze Polskim w Bielsku Białej), a już wybrzmiała jako głos mocny i donośny. I przebudziła się Henryka Wach-Malicka z Dziennika Zachodniego:

http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/544339,z-notatnika-recenzentki-milosc-w-koenigshuette-czyli,id,t.html#komentarze

Że spała, przekonuje mnie cokolwiek zaskakujące stwierdzenie „Bohaterowie Miłości w Koenigshuette, już przeniesieni we współczesne czasy…” Cóż, przeniesieni zostali, że napiszę dosłownie, do Nieba. Bowiem to tam, dzieje się akcja finału i trzeba było chyba naprawdę myśleć o pisaniu recenzji, żeby tego nie dostrzec. Będzie zatem wyjątkowo – recenzja recenzji.
Martwi mnie, że tak mocno tendencyjnie odnosząc się do spektaklu, Wach – Malicka, niejako żabim skokiem, przenosi dyskusję w pozaartystyczne konteksty. Oczywiście recenzja sprawia wrażenie jakby merytorycznie dotykała wszelkich mankamentów (zdaniem recenzentki) inscenizacji. Zajmę się więc nimi po kolei.


Sztuka zdaniem Wach-Malickiej napisana jest bez najmniejszego poszanowania reguł dramaturgii. Jakich? Pomijam fakt, że w pierwowzorze była przecież scenariuszem filmowym, ale chcę się po prostu zapytać, jakie to odstępstwa od tych reguł stały się dla autorki recenzji przeszkodą w percepcji spektaklu? A… tłumaczy dalej: „Nie może być inaczej, jeśli postacie są do bólu schematyczne i jednowymiarowe, a w dodatku, mimo pozorów dialogu, nie ma między nimi żadnej interakcji”. Cóż, a ja właśnie chciałem pochwalić Artura Święsa za bardzo oszczędne i niezwykle sugestywne właśnie w tym przedstawieniu aktorstwo. „Trudno mi też zrozumieć, dlaczego tak doświadczony i utalentowany aktor, jak Artur Święs, ogranicza się w roli Schneidera do kilku chwytów – spojrzenia w okolice I balkonu i smutnego szmeru głosu” – zastanawia się dalej Wach-Malicka. Ja z kolei bałem się tego, co mógłby zrobić Święs z tą rolą. A mógłby po prostu zasypać nas całym asortymentem aktorskich środków i chwytów pod publikę. Zdyscyplinowany, by nie powiedzieć ascetyczny w środkach, stworzył postać człowieka, którego poznaliśmy już wypalonym, po frontowej traumie, godzącego się, ale tak dosłownie godzącego się na wszystko, co los może mu jeszcze zgotować. „Postacie są do bólu schematyczne i jednowymiarowe, a w dodatku, mimo pozorów dialogu, nie ma między nimi żadnej interakcji. Żadnego iskrzenia, kłótni, namiętności (niekoniecznie erotycznej), żadnej amplitudy uczuć, życia po prostu nie ma żadnego”. Cała tragedia tej miłości, Pani Henryko, z pełną świadomością znakomitego dramaturga potraktowanej, tkwi w niezdolności do niej obojga bohaterów. Wypalony, trzymający się jak ostatniej szansy etycznej konieczności ratowania drugiego człowieka za wszelką cenę Schneider (Święc) przyjmuje tę miłość jako cudowny dar, ale w głębi ducha nie wierzy, że może ona istnieć w świecie, jaki zna. Próbuje w ten sposób ożywić, zagospodarować od nowa zgliszcza, które w nim pozostały. Marzena Daniszewska (Anna Guzik) do bólu prawdziwie przedstawia kobietę, która przyjechała na Śląsk z głębokim poczuciem krzywdy. Przy tym wszystkim najwyraźniej bezradną, szukającą akceptacji, wyśnionej, naiwnie pojmowanej miłości. Schneider jej takiego uczucia nie da – musi się go sam od nowa uczyć. Marzena natomiast nie da mu na to czasu. Chce żyć i czuć teraz. Chce kwitnąć. To przeradza się w egzaltację, w nieumiejętność odróżnienia tego, co prawdziwe od mirażu. Schneidera chwyta się w obcym i wrogim świecie, bo on najbardziej pasuje do jej wyobrażeń. Nie mają szans. Brak prawdziwego dialogu między nimi z tego wynika, że Schneider przyjmując tę miłość sam w nią nie wierzy i na jej obumieranie godzi się jak na wszystko wokół. Jego tragedią jest całkowite pogodzenie się z losem. Przecież nawet o to, co dla niego drogie, co pozwala mu zachować człowieczeństwo, o ludzkie życie, doktor Schneider nie walczy, on po prostu stara się je ocalić, a to wielka różnica. A Marzena Daniszewska? Miota się między skrajnymi reakcjami, wykazuje wszelkie cechy osobowości histerycznej. Zagubiona coraz bardziej dochodzi do momentu, w którym pojawia się agresja i nienawiść do świata, który obwinia za to, że jest nieszczęśliwa. Właśnie dlatego jest postacią tragiczną, a nie jak Pani pisze „wyłącznie wredną, głupią i sprzedajną” i przeciwstawioną w ten sposób wyłącznie dobremu Ślązakowi. Bo Schneider nie jest wyłącznie dobry! Irytuje mnie jego bezwolność (dobra?) jego pogodzenie się z losem (dobre?), nieumiejętność zadbania o żonę (dobra?). Schneider jest na pewno bohaterem dobrym w sensie etycznym, ale czy naprawdę jest dobrym człowiekiem? A może jego poświęcenie jest jednocześnie jego alibi? I to jest dramaturgia, Pani Henryko, to jest konflikt o wymiarze antycznym. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy wyszli z wojny zmiażdżeni i odczłowieczeni. Z człowieczeństwa jednemu z nich została idea, która go definiuje, a drugiej tęsknota za wartościami, na które świat, w którym przyszło jej żyć dopiero musi przygotować miejsce. Co my wiemy o tych miłościach? O namiętnościach, którym przyszło formować świat, który przestał istnieć dosłownie na oczach tych ludzi? Można się zgadzać lub nie z tak pojętym przez Villqista tragizmem miłości, ale z całą pewnością aktorzy stanęli na wysokości zadania. To, co Pani uważa za schematyzm jest istotą ich tragizmu. Ich tragedia nazywa się niemożność. To dlatego nie będzie między nimi dialogu, nie będzie namiętności, będą słowa i gesty jak z teatru lalek.
Rażą Panią „gorolskie ciule”, sformułowanie, które padło raz z ust Bainera w jak najbardziej realistycznym kontekście. Tak się po prostu mówiło i mówi, czasem nawet bez specjalnego ładunku niechęci. Musiało się mówić gorzej wtedy, kiedy działo się to wszystko, co jest tłem spektaklu. Proszę zwrócić uwagę na wszystkie słowa Anny Guzik w jej kreacji. Może zaneguje Pani tę głęboką niechęć, by nie powiedzieć nienawiść do Ślązaków u osób przyjezdnych? Moja rodzina przyjechała na Śląsk ze Lwowa. W latach osiemdziesiątych moja babcia, której mówiłem, że poznałem dziewczynę, zapytała „ale to nie jakaś szwabka?” Niech to będzie komentarzem. „Gorolskie ciule”, które słyszałem nie sprawiły, że poczułem się urażony. Nie odebrałem tego, jako manifestacji poglądów autora na kwestie narodowościowe. Zaryzykuję twierdzenie, że manipuluje Pani treścią i próbuje podgrzać dyskusję, odwrócić jej kontekst, zwrócić uwagę na takie czy inne sformułowanie. To typowe, kiedy człowiek głuchnie, kiedy wypiera to, co widzi i słyszy. Bo na ogarniające widza podczas spektaklu narastające wzruszenie, na postępującą z minuty na minutę wewnętrzną koncentrację można wybierając się na „Miłość w Königshütte” znaleźć tylko jedną receptę – uprzedzenie. Można oglądać ten spektakl i cały czas utwierdzać się w przekonaniu, że Villqist kłamie. Można i Pani tak zrobiła.
Ironizując gratuluje Pani autorowi i reżyserowi zrozumienia zawiłości śląskich problemów narodowościowych. On je rozumie doskonale, Pani nie. Pisze Pani, że spektakl jest w konwencji bieli i czerni. Ależ uproszczenie! Oczywiście, dobro i zło są nierelatywne. Ale dlaczego przeoczyła Pani fakt, że w tym spektaklu nie ma absolutnego zła, przedstawionego bez kontekstu? To Pani odebrała postać Daniszewskiej jako złą, głupią i co tam jeszcze. Czy taka jest rzeczywiście? Nawet epizodyczny tak naprawdę zastępca komendanta obozu ubek Zalewski jest ofiarą. Kiedy pokazuje wytatuowany obozowy numer, kiedy krzyczy, że to za Auschwitz, za Treblinkę, że to słuszne, nie jest bynajmniej wcieleniem zła. Jest kolejną tragiczną postacią, którą zrodziła wojna. Takie ujęcie tematu pozwala dopiero pojąć, czym jest wojna oczami Vilqista i jak daleko w przyszłość ciągną się jej skutki. Na Śląsk nie tyle spadła wojna, co jej skutki. To w tym spektaklu jest wręcz namacalne.
Jeszcze o reakcji publiczności nazajutrz po premierze. Doskonała. Nie było owacji na stojąco, ale to dlatego, że ja sam również nie miałem odwagi się podnieść. Byłoby to dla mnie jakieś takie trywialne. Więc razem ze wszystkimi długo, mocno waliłem w dłonie. Aktorzy, wzruszeni, wychodzili kilka razy. Kiedy wyszedłem widziałem młodą dziewczynę tulącą wzruszoną babcię. Słyszałem rozmowy prowadzone ściszonym głosem, sam odczuwałem ostrożne budzenie się do rzeczywistości. To był bardzo dobry spektakl. Mocny i ważny głos. Ważny przede wszystkim dlatego, że w końcu padł.
Co do samej inscenizacji… Wrócę do tego jeszcze, tym razem w recenzji spektaklu.

Published in: on 02/04/2012 at 12:06 pm  Comments (1)  

Nasze historie z Königshütte

„Miłość w Königshütte”, tekst i reżyseria Ingmar Villqist – dwa dni przed premierą

 Spektakl od innych aktów sztuki różni się tym, że ma o jeden wymiar więcej – przestrzeń niedefiniowalną. Rozumiem ją, jako medium nieokreślone, coś w rodzaju perspektywy (to chyba dobra nazwa dla czegoś nie do pojęcia i nie do przewidzenia), w której rozpoczął się prolog Prawybuchu, dzieje się do dziś, a dział będzie się do zawsze. Przestrzeń w teatrze to wyzwanie. Koniec końców to ją, a nie materię trzeba oblec w formę, a w zasadzie formą wypełnić. Tyle spektakl będzie znaczył ile przestrzeni sobie zawłaszczy. Każdej. We wrażliwości widzów przede wszystkim, tyle to po prostu musi. Ale przecież także w społecznym dyskursie – wówczas stanie się ważny, zyska podmiotowość, jako całość stanie się znakiem. Czy jest coś potem? Oczywiście – jeśli ostanie się po takiej próbie, ma szansę stać się kontekstem.

 „Miłość w Königshütte” Ingmara Villqista, której premiera odbędzie się w Teatrze Polskim w Bielsku Białej 31 marca, już teraz rozpycha się i wycieka wszystkimi możliwymi kanałami do naszej rzeczywistości. To spektakl tworzony pod szczęśliwą gwiazdą. Rzeczywistość zastana staje się dla niego tym samym, czym scenografia dla tej czy innej sceny. Dyskusja o tożsamości Śląska i jego mieszkańców trwa już dość długo. W dodatku dawno przestała być śląską sprawą, zyskując wymiar ogólnopolski, więc w jakimś sensie ogólnoludzki. To okoliczność wymarzona i jeśli do tego dodać charyzmatyczną osobowość twórcy podniesioną do kwadratu (to na miejscu, skoro ów twórca rzecz napisał i sam ją reżyseruje), każe spodziewać się rzeczy co najmniej ważkiej. Ingmar Villqist ponoć, ja sam z jego ust tego nie słyszałem, odżegnuje się od upolitycznienia swojego spektaklu. Z szelmowskim, błąkającym się na obliczu uśmiechem, oświadcza mi, że to spektakl o miłości. Trudnej, może niemożliwej. Jasne, Panie Villqist, tylko że ja tego nie kupuję. Oboje wiemy, że o tym, czy stanie się również głosem z kontekstem politycznym, nie jego twórcy zadecydują. Powiedzenie rzeczy, które tak długo były tabu już jest aktem pewnej historiozoficznej niesubordynacji, a zatem aktem politycznym. Zwłaszcza wtedy, kiedy ze sceny padają słowa, dodam od razu, że bardzo wiarygodne słowa: „Jestem Polakiem. Ślązakiem!” GUS zrobił swoje – mamy teraz czas, w którym wszelkie tego typu deklaracje znaczą więcej niż wygłaszający je zamierzył. Rozpocznie się dyskusja, medialna i towarzyska. Odezwą się głosy zachwytu, ale i wrogie. Stanie się to, o czym reżyser i aktorzy mogą tylko zamarzyć – spektakl wyleje się z teatru, pójdzie w świat i zacznie swoje życie na dużo większej scenie. Tak, zyska podmiotowość i bardzo prawdopodobne, że stanie się znakiem.

Kiedy od dłuższego czasu zainteresowany żywo tym wszystkim, co dzieje się na Śląsku ostatnio, przypatrywałem się narastającym sporom i coraz żarliwszej (możliwe, że to już teraz eufemizm) dyspucie, przekonywałem się coraz bardziej, że jakiś kaleki to dyskurs, skoro póki co brakuje mu naprawdę istotnych zjawisk w kulturze. Owszem, gdzieś w międzyczasie pojawiła się „Piąta strona świata” Kazimierza Kutza – teatralny światek podaje sobie z ust do ust wiadomość, że będzie ją robił na scenie w Wyspiańskim Robert Talarczyk – ale słowo zapisane to jednakowoż jeszcze nie to samo, co krzyk z dech teatru. A ze sceny Polskiego rozlegnie się krzyk. Będą i szepty, ale zadecyduje rezonans, który pozostanie.

Atmosfera wokół spektaklu jest gęsta od treści i emocji. Na miły Bóg, czułem to wczoraj w Bielsku tak silnie, że aż zazdroszczę tym, którzy się w niej pławią. Tak, to szarpie nerwy, to czasem aż boli, ale to jest to Piękno, które się spija z każdego słowa wiedząc, że rzadko ma się ku temu okazję. Wy, którzy nie wierzycie, chcecie próbki? Wszedłem do sekretariatu dyrektora Talarczyka, a tam absolutnie cudowna Grażyna Bułka dyktuje jakiś fragment dialogu Literackiemu, Januszowi Legoniowi. Słucham jednym uchem i nagle tężeję. Dyktując, zaczyna szlochać, za chwilę płacze. Nie wytrzymałem i pytam. – Zdarza mi się to często, przy wielu fragmentach. Czegoś takiego nie doświadczyłam jeszcze. Ale to wszystko jest takie prawdziwe. Urodziłam się w Świętochłowicach, blisko tego obozu. Znam to wszystko z opowiadań matki.

Wtedy, jak zawsze w takich wypadkach, kamera nie była włączona. Przepadło. Zostało to czekanie… Spektakl zobaczę nazajutrz po premierze. Z premedytacją. Niech się aktorzy odbiją od desek. Niech się rozgoszczą najpierw na scenie i przygotują do długiego lotu. „Miłość w Königshütte” rozpocznie swoją artystyczną podróż.

Na koniec inna dygresja. Wyszliśmy zrobić kilka ujęć budynku teatru. Kamera przyciąga uwagę. Także przechodzącego bardzo już wiekowego mężczyzny, który przystaje i pyta:

– Co filmujecie?

– Teatr

– A po co sam teatr?

– Za dwa dni macie tu premierę. „Miłość w Königshütte”

– W Königshütte?

– Tak. Tak się dawniej nazywał Chorzów.

– A, Chorzów! Znam, pamiętam dobrze a wie pan skąd?

– Skąd?

– Z wojska! A wie pan gdzie służyłem?

– Nie.

– W kopalni. W 1952.

Miał na imię Korneliusz. Spytałem, czy mogę go zacytować. Przytaczam to na wypadek, gdyby ktoś się pytał, dlaczego w Bielsku Białej. Po to, żeby przekonać Was, że spektakl jeszcze przed premierą grany jest w alternatywnej przestrzeni ludzkich losów, że słowa które padną były i są wypowiadane setki razy. Po to, aby stwierdzić, że sztuka Villqista ma wszelkie szanse jednym skokiem złamać tradycyjny podział na widza i aktora w sposób spektakularny. Na widowni zasiądą w najbliższych miesiącach setki osób, które na scenie zobaczą siebie i swoich bliskich. My widzowie i Oni aktorzy? Nie w tym wypadku, nie na Śląsku i nie u Villqista…

Czekam na spektakl. To, co widziałem i usłyszałem każe mi spodziewać się bardzo wiele.

Published in: on 30/03/2012 at 7:30 am  Dodaj komentarz  

Teatr na wakacjach? – Wakacje Don Żuana, reż. Anna Polony – premiera Gliwicki Teatr Muzyczny 23.03.2012

Niełatwo mi tym razem napisać recenzję. „Wakacje Don Żuana” w reżyserii Anny Polony obejrzałem z bardzo pozytywnym nastawieniem mimo tego, że kilka miesięcy wcześniej bezpardonowo pozwoliłem sobie ocenić sam tekst autorstwa Krzysztofa Korwina Piotrowskiego. To pozytywne nastawienie mijało jednak z upływem czasu, czytaj z postępem wątlutkiej fabularnie akcji, rozpisanej na pospolite ruszenie, bowiem nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w tej realizacji Gliwicki Teatr Muzyczny sięgnął po głębokie rezerwy. Dlaczego zatem niełatwo, przecież wystarczy wywalić kawę na ławę i już…?

„Tylko niezłośliwie…” powiedziała mi pani reżyser tydzień wcześniej, gdy rozmowa dotknęła kwestii recenzji. Zastosuję się do tej prośby chociażby z tego powodu, że Anna Polony oczarowała mnie zupełnie całkowicie niepowtarzalną mieszanką wdzięku, talentu i intelektu uzbrojonego w dodatku w piękną polszczyznę, podawaną w sposób nienaganny. „Za taką rozmową tęskniłem lata…”, że przytoczę słowa nieco zapomnianego już poety. Mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że jej osoba stała się największym atutem tej realizacji. Nie, nie chodzi mi o okraszenie jej swoim nazwiskiem. Chodzi mi o to, o czym bardzo często zapomina się w kontekście relacji reżyser – spektakl, a mianowicie o atmosferę budowaną wokół zespołu i sztuki. Od Anny Polony wypada się tego uczyć. Podobnie jak tego w jaki sposób stworzyć przychylną atmosferę wokół premiery. Pani Anno, zatem krótko, rzeczowo i tylko dla Pani – niezłośliwie.

Tekst jest słaby. Po prostu. Niewiele pomogły zmiany, których dokonał autor, jak sam zasugerował zmobilizowany moimi krytycznymi uwagami. Ten tekst najzwyczajniej w świecie wymaga przekomponowania, ewentualnie… napisania od nowa. A powód tego jest prosty i zamknąć można go w stwierdzeniu, że doskonale opowiedzieć można tylko dobrą fabułę. Na moim blogu pojawił się komentarz pod oceną tekstu (https://darjez.wordpress.com/2011/07/13/brukowiec-nie-chlam/), sugerujący, że „Wakacje Don Żuana” doskonale oddają to, co dzieje się w artystycznym świecie. Cóż, pogratuluję gustu, a z okazji Dnia Teatru artystom złożę życzenia, aby ich świat toczył się jednak według innych reguł, niż chciałby to widzieć mój komentator.  Z tej oceny warstwy tekstowej wyłączam jedynie piosenki autorstwa Michała Rusinka. Nie zgodzę się wprawdzie z opinią wychwalającą je pod niebiosa, gdyż są w śród nich lepsze i gorsze. Na pewno jednak zdecydowanie górują nad resztą tekstu.

Reżyseria. Anna Polony zrobiła co mogła. A wiele chyba nie mogła z kilku powodów. Pierwszym jest zwyczajnie nienośny tekst. Drugim, równie istotnym, całkowicie przypadkowo i rzekłbym eklektycznie zestawiony zespół. Ten „eksperyment” był w zasadzie wymuszony, ale to akurat nie jest tym razem przedmiotem mojego zainteresowania. Był i trzeci powód – w warstwie wizualnej. Zawsze pozytywnie odnosiłem się do poczynań baletu GTM i często wytańczone partie były mocną stroną realizacji. Nie tym razem. Choreografia zaproponowana przez Jakuba Lewandowskiego jest zwyczajnie nudna, chwilami jak przy wątku hiszpańskim niemiłosiernie ponaciągana, a czasami, jak w pseudo indyjskim koszmarnie nieudolna. Zwłaszcza nasze solistki mogą czuć się niedowartościowane. Tym razem otrzymały do zatańczenia partie ustawione chwilami na poziomie szkolnych inscenizacji. Taniec to nie tylko rytmiczne ruchy w takt muzyki, ale przede wszystkim jej klimat, dodatkowy środek wyrazu. I teraz obejrzyjcie Państwo przydługie wygibasy z „para Bollywood”.

Muzyka. Atut spektaklu. Piosenki robią wrażenie i wydaje mi się, że kompozycje Marka Kuczyńskiego powinny koniecznie zostać uratowane. Dlaczego piszę uratowane? Po prostu nie wróżę spektaklowi długiego scenicznego życia. Inna sprawa, że nie zawsze były te melodie dobrze zaśpiewane W tym kontekście natomiast bardzo dobrze wypadły artystki drugiego planu: Katarzyna Wysłucha i Marta Świątek. Mimo, że miały niewielkie role, wniosły nimi coś, co tego typu produkcje powinno cechować – lekkość i wdzięk. Na marginesie – jednym z większych problemów GTM przy poruszaniu się w takiej formule jest to, że aktor musicalowy musi posiadać nieco inne cechy niż operetkowy i operowy. To dlatego w niektórych realizacjach świetne wrażenie pozostawiają po sobie osoby z castingu, to dlatego Świątek i Wysłucha potrafiły przyciągnąć uwagę.

Aktorstwo. Częściowo tego tematu już dotknąłem. Tu jednak poświęcę słów kilka Michałowi Musiołowi. Stworzył dobrą rolę. Potrafił połączyć w całość wszystkie elementy. Z wdziękiem i bez zadęcia zaśpiewał, potrafił zagrać sytuacyjnie i stworzyć postać wiarygodną. Niestety, także jego tekst nie niósł. Banalne dialogi, niezgrabnie skomponowane kolejne scenki – wszystko to zdecydowanie utrudniało mu pracę. Z całą pewnością jednak zrobił to, co w tej sytuacji zrobić się dało.

Podsumowując mogę tylko stwierdzić, że „Wakacje Don Żuana” to jedna z najgorszych realizacji GTM, jakie widziałem. Jak sądzę, moja opinia tak czy siak nie ma żadnego znaczenia, gdyż w końcowym rozrachunku i tak liczy się to, co wykrzyknął na scenie dyrektor Gabarini (w tej roli dyrektor Paweł Gabara), otwierając list z Ratusza – „mamy dotację!!!!!!”. Liczba wykrzykników jest tu nieprzypadkowa.

red. Zasmolony

Published in: on 27/03/2012 at 10:06 am  Dodaj komentarz  

Lutowe rocznice, czyli o wieszczu zapomnianym

Krótki to będzie felieton, ale na czasie. My Polacy w kwestii oddawania hołdu naszym wielkim rodakom popadamy w skrajności. Albo, czasem nawet nie do końca zasłużenie, celebrujemy jedną czy drugą rocznicę na pograniczu farsy, albo zgoła odwrotnie – przemilczamy ją zupełnie. chciałem zatem ten tekst poświęcić dwóm rocznicom urodzin, dwóch bezsprzecznie wielkich (czy na pewno?) Polaków: Piotra Skargi i Zygmunta Krasińskiego.

Piotr Skarga, który większości kojarzy się z obowiązkowymi partiami materiału w szkole średniej dotyczącymi „Kazań sejmowych”, został w 2012 roku uczczony w sposób szczególny – Sejm RP uchwalił ten rok Rokiem Piotra Skargi. I co, że zapytam obcesowo? I nic! Zważywszy bowiem na oficjalny charakter sejmowych decyzji, jakoś cicho przeszła rocznica urodzin księdza – patrioty przypadająca na 2 lutego (urodził się w roku 1536). To, co głosił Skarga raczej nie znajduje wśród współczesnych gorliwych słuchaczy. Skarga był nierelatywny do bólu. A przecież drogie mu patriotyzm, religijność i wiele innych kwestii raczej odsuwamy pośpiesznie „na inną okazję”. Oczywiście wiele przekonań wielkiego polskiego kaznodziei nie przystaje do naszych czasów i mam tu na myśli chociażby jego religijną nietolerancję. Zważmy jednak, kiedy i w jakich okolicznościach swoje tezy głosił. Zapomnieliśmy (jako społeczeństwo) o urodzinach człowieka, któremu poświęciliśmy rok, mamy jednak sporo czasu, aby się poprawić. Dla zainteresowanych jak najbardziej na miejscu w tym kontekście informacja – Teatr Nowej Sztuki przygotowuje spektakl na motywach „Kazań sejmowych”. W roli Księdza wystąpi w nim Mateusz Mikołajczyk. Zobaczymy go już wkrótce.

Teraz o okazji innej, zapewne większej, choć zupełnie przemilczanej. Od dłuższego już czasu ze zbiorowej świadomości wypierany jest Zygmunt Krasiński. To bardzo niewygodny dla wielu „trzeci wieszcz”. Tymczasem 19 lutego obchodziliśmy 200 rocznicę jego urodzin. Niegdyś, „za ludowej władzy”, godzono się jedynie na „Nie-Boską komedię”, wspominając jeszcze „Irydiona”, a zupełnie pomijając pisma polityczne. Podejmowane przez wielkiego poetę kwestie etyki w polityce były w oczywisty sposób niewygodne. Czy wygodniejsze są dziś? Najwyraźniej nie, skoro rok 2012 jest rokiem Skargi i Korczaka, a okrągła rocznica związana z Krasińskim została zbagatelizowana. A może przeszkadza tu raczej tak ścisłe u Krasińskiego wiązanie kwestii  polityki z etyką chrześcijańską? Tych przyczyn jest zapewne więcej i warto zająć się ich wnikliwą analizą pro publico bono. Na pewno jednak nie powinno się kryteriów w rodzaju wymienionego wykorzystywać do wartościowania dzieła poety. Wielkim artystą jest się niezależnie od przekonań politycznych. W Polsce zbyt często o tym zapominamy. Przeznaczę zatem ostatnie kilka linijek dla słów samego zapomnianego Zygmunta Krasińskiego:

Każdy już nie tylko siebie kocha, ale czci siebie. Każdy przemienił się w ołtarz, na którym sobą samym komunikuje sobie samemu, a wszystko w imię demokracji i socjalizmu, czyli abnegacji tak szalenie daleko posuniętej, że w urzeczywistnieniu każdego by osobnika przetworzyła na machinę ślepo zazębioną o przyległą drugą, na cyfrę, na zero!

Do wielu zjawisk z naszej współczesności te słowa pasują, niestety.

Published in: on 21/02/2012 at 6:32 pm  Dodaj komentarz  

Odkryć Wisławę Szymborską

Wisława Szymborska napisała „zaledwie” około 350 wierszy. Pytano ją wielokrotnie o to, dlaczego „tylko tyle”, dlaczego genialna poetka pisze z przeznaczeniem do publikacji zaledwie kilka utworów rocznie. Odpowiedź naszej noblistki na któreś z tych pytań powinna stać się frazą wyrytą w marmurze: „Mam w domu kosz!”.

Z reguły nie publikujemy w Gazecie takich tekstów, zajęci raczej prezentacją tego, co aktualnie „dzieje się w kulturze” w naszym otoczeniu. Koncerty, wystawy, wieczory autorskie i spektakle. Być może niektóre z nich nie powinny zostać zaprezentowane widzom, być może wielu autorów i twórców zapomniało o tym, że także w ich domu istnieje instytucja kosza (o tak, w tym sensie kosz powinien stać się wręcz instytucją!). Tym razem zrobię wyjątek uznawszy, że właśnie śmierć Wisławy Szymborskiej DZIEJE się w naszym otoczeniu w ostatnim czasie i dziać zapewne będzie się jeszcze długo. Nie chciałbym zanudzać Czytelników przypominaniem biograficznych szczegółów podawanych z takiej czy innej pozycji przez różne media. Znamy je już wszyscy siłą rzeczy. Chciałbym jedynie podzielić się garścią refleksji i być może skłonić do uważniejszej lektury jej wierszy.

O tych z ostatnich lat jakże często mówiło się „słabsze”. Sporo było głosów, podkreślających pewne wypalenie się poetki i brak tego, co wcześniejsze utwory nieodmiennie cechowało – głębi w prostocie. Być może została w nich nawet tylko prostota. Czyż jednak ta nie jest dla nas jedynym antidotum na nasze codzienne zapętlenia? Czy czasem nierelatywne definicje rzeczy podstawowych nie są nam niezbędne na już, jak ratunek? Nie mnie na te pytania odpowiadać, choć przecież często zdaje mi się, że odpowiedź znam. Ale namawiać, aby Czytelnicy sami sięgnęli po „Tutaj” (tomik wydany przez ZNAK w 2009 r.), czy „Chwila” (również ZNAK z 2002 r.) nie przestanę. Zróbcie to i zderzcie się ze zdaniami precyzyjnymi jak lancet i skondensowanymi jak wiązka lasera. To dobre porównania. Te słowa czasem tną do bólu, czasem łagodnie stymulują do myślenia. Z całą pewnością mają jedną wielką zaletę – nie są jak u Paulo Coelho – czasem jedynie ładnie opakowanymi miałkimi frazesami (przepraszam wielbicieli autora). Zróbmy coś, co nie będzie manifestacją na pokaz – zanurzmy się w poezję Wisławy Szymborskiej prywatnie. Nie musimy wcale dołączać do kolejnej manifestacji naszej „wiecznopolskiej” miłości do tych którzy odeszli. Nie zacznijmy doceniać werbalnie, zapalać świeczek, pisywać komentarzy na forach – oddajmy hołd temu niezwykłemu przejawowi ludzkiego ducha i myśli, który nosił miano Wisławy Szymborskiej i sięgnijmy po tę poezję.

Napisałem pod wpływem wzruszenia tuż po otrzymaniu wiadomości o śmierci poetki:

 MAM PYTANIE PANI WISŁAWO:

 czym się staje poezja

gdy odchodzi

kiedy zasypia tak niewzniośle

z pergaminową bladością

twarzy

czym staje się poezja

kiedy stygnie

nagle tężeją słowa latające

złapane w lodowatą klatkę

palców

 poezja czym się staje

gdy cichnie

 PROSZĘ SIĘ NIE ŚPIESZYĆ Z ODPOWIEDZIĄ – POCZEKAM

 A teraz już znam odpowiedź. Poezja staje się wtedy czekaniem. Na ponowne odkrywanie, na kolejne spotkania. Jeśli to wielka poezja, to na zawsze stanie się również wyzwaniem.

Wisławy Szymborskiej, Człowieka, już nie ma. To, co było w niej człowieczego – zostało. I TO obroni pamięć poetki przed rozliczeniami w rodzaju tych, dotyczących pro stalinowskich wierszydeł. Obroni, jeśli adwokatem stanie się każdy kolejny Czytelnik – eksplorator. Kupą nie da rady – to wyprawa dla samotników. Ścieżka jest wąska. Ale zaprowadzi wszędzie.

Published in: on 08/02/2012 at 9:41 am  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,

Spotkałem Kuryluk w Czytelni Sztuki

odnalezione w bucie

historie przenoszone

dużo przenoszone

zostały przeniesione

istota sztuki – przenoszenie?

PS. Pisanie o wystawie i rozmowie z Ewą Kuryluk jakimikolwiek dookreślonymi słowami ani nie ma sensu, ani nie przyniesie efektu. Jej świat tak naprawdę nie musi być wykładany i tłumaczony. Jej świat musi być komentowany. Stwierdziła sama, podczas spotkania, że nie może istnieć sztuka bez komentarza. Zgadzam się z tym całkowice. Mój prywatny komentarz powyżej. Że pojmą go tylko Ci, którzy znają opowiedzianą na wernisażu historię? A w czym miałoby to szkodzić? Niech idą obejrzeć wystawę, niech wedrą się w czyjąś prywatność ze swoim własnym wytrychem. To nie wścibstwo. To przywilej. Ci wielcy nie boją się szczerości. Ewa Kuryluk jest wielką artystką. Do 27 listopada możemy oglądać bardzo ważną i, jak sama stwierdziła, „chyba dość dobrą” wystawę.

Czytelnia Sztuki znakomicie wypełnia tę jesień. I tyle żółci, brązów i sepii wokoło…

Published in: on 12/10/2011 at 7:21 am  Dodaj komentarz