Młodzieżowa Akadmia Teatralna – odrzucony projekt

Zamieszczony poniżej link do dokumentu jest uzupełnieniem tekstu pt. „Dotacje, czy urzędniczy samosąd?” zamieszczonego na www.info-poster.eu. Zapoznanie się z dokumentem umożliwi ocenę wartości „merytorycznego” procesu rozpatrywania wniosków o dotacje.

teatr po DJ

Published in: on 22/08/2012 at 9:06 am  Comments (1)  

Dosłownie

Ale teraz to się staje, że od kury mądrzejsze jaje – Aleksander Fredro

„Punch” 1895

Jaja sobie z nas robią! I to raczej nic dziwnego, zważywszy, że świat jest pełen jajcarzy. Któż bowiem nie lubi sobie robić jaj? Z drugiego oczywiście! A w zasadzie z innych, bo traktowani jesteśmy jako zbiorowość. Prawdziwa kurza ferma, na której najważniejsza jest pecking order…

Nie wierzycie? Zacytuję: „Spotkanie utrzymywane było w najgłębszej tajemnicy. Jak udało się ustalić Super Expresowi, prezydent Bronisław Komorowski (59 l.) w prywatnym mieszkaniu swoich przyjaciół spotkał się z Martą Kaczyńską (31 l.), córką tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego (+61 l.).”

Do wielkiej kanikuły naprawdę daleko, a tu tematy o zapaszku równie atrakcyjnym jak ten siarkowodorowy z zepsutego jaja. I żebyż to jeszcze tylko najbardziej super tytuł prasowy! Niestety, wrzeszczy do nas o tym Wirtualna Polska. Swoją drogą znakomity początek literackiego hitu z dolnej półki. Rozpiszę zatem konkurs na…

View original post 254 słowa więcej

Published in: on 27/03/2012 at 8:46 pm  Dodaj komentarz  

Lekcja, co się zowie!

„Jaki mistrz, taka nauka” – Przysłowie ludowe

Niedawno z prawdziwą satysfakcją oglądałem grupę uczniów, pewno całą klasę, przeczesującą lasek na Zatorzu i zbierającą do dużych plastikowych worków śmieci, które wczesnowiosenne słońce nieubłaganie wystawiło na nasz widok. Niestety, satysfakcja nie trwała długo. Najpierw dłuższa obserwacja, a potem raczej przygnębiająca refleksja sprawiły, że euforyczny nastrój prysnął jak mydlana bańka.

Dokładniejsza obserwacja całej grupy pozbawiła mnie większości złudzeń, jakie dość naiwnie, przyznaję teraz, powziąłem widząc budujący, jak mi się zdawało, obrazek. Otóż gromadka, bardziej niż wesoła, bo jej bardziej niż radosne i dużo bardziej niż donośne wrzaski sprawiły zapewne, że co bardziej nerwowi mieszkańcy pobliskich domów czym prędzej rzucili się do okien, stosunkowo najmniej koncentrowała się na zbieraniu śmieci. Dużo bardziej na wesołych pogwarkach. A śmieci? No cóż, jeśli już, to stosowana była selekcja ad hoc, która sprawiała, że tylko te „czystsze”, mniej brudzące przejawy ludzkiej działalności, znikały w workach, a te co bardziej paskudne, nadal triumfalnie pozostawały na swoich miejscach. Jeden z młodocianych obrońców przyrody z zapałem okładał grubym kijem nikomu niczego niewinną brzózkę, inny opluwał kolegę z pełnym oddaniem. Podkreślić warto, że w tym wszystkim nie dostrzegłem owej, jak pochopnie sądziłem, niezwykle ekologicznie zaangażowanej osoby, która zabrała klasę na ekolekcję. A ta lekcja to było chyba coś w rodzaju małej umowy społecznej – i nauczycielka i klasa jednomyślnie zapewne wolały w pogodny dzionek opuścić chłodne mury szkoły pod tym, jakże zacnym pretekstem. Nie chcę tu w żadnym razie podważać zasadności tak pojmowanej pedagogicznej mitręgi, która zwraca uwagę młodocianych podopiecznych na tak istotne kwestie jak ochrona przyrody, ekologiczne uwarunkowania naszej wspólnej egzystencji itp. Chcę jednak podkreślić, że zanim puści się w las młodych tropicieli odpadów i być może przyszłych ekowojowników, konieczna jest chyba autentyczna refleksja nad problemem, zapanowanie nad naturalną skłonnością do „migania się” i uświadomienie celu całej eskapady. Inaczej będzie jak w tym przypadku – śmieci pozostaną, uczniowie pójdą w inne miejsce, w którym pewnie zostawią pamiątki, pozwalające innym uczniom dokonać zbożnego dzieła oczyszczania planety, a taki obserwator jak ja, zostanie z przykrym wrażeniem bezsensu tego, co oglądał. Bo takie wrażenie we mnie pozostało. Zadałem sam sobie pytanie – jaki to ma sens? Te wszystkie działania wykonywane bez świadomości, a dalej to całe, inaczej już pojmowane, sprzątanie świata z innych śmieci – ludzkich brudów, politycznych i historycznych odpadów itp. I, o ile dostrzegam sens w czynnym proteście i przeciwstawianiu się złu wszelkimi sposobami, zastanawiam się jednak, jakie syzyfowe prace sami sobie zadajemy. Walczymy potem z demonami, które sami tworzymy, narzekamy na trendy, które ogromnym nakładem środków i ludzkiej pomysłowości z mozołem tworzymy, tępimy rozliczne zła, których rodzicami chrzestnymi wszak jesteśmy. Tworzymy błędne koło, egzystencjalny kierat, w którym obracamy się siłą naszej woli, ale już bez naszej decyzji. Musimy przecież sprzątać to, co my sami i inni przyszli sprzątacze po sobie zostawimy. Zaczynamy już nie dawać rady – nie nadążamy. I tu pojawia się problem naszej cywilizacji w punkcie, do którego niedawno dotarła. Ale my dalej, jak te dzieciaki, do roboty! No bo cóż innego nam zostało?

Published in: on 02/05/2011 at 5:19 am  Dodaj komentarz  

Gliwiczanka w filmie, który przejdzie do historii kina

Tydzień temu wspomniałem o jej przejmującej kreacji w filmie „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego. Dziś, specjalnie dla moich Czytelników, obiecany wywiad.


Dariusz Jezierski: Twoja droga do filmu… Jak staje się u boku Hauera i Yorka?

Sylwia Szczerba: Gdy miałam kilkanaście lat na liście rzeczy, które chcę w życiu zrobić, umieściłam punkt: „zobaczyć siebie w TV”. W tym celu zgłosiłam się raz do jednej ze śląskich agencji castingowych i zostawiłam swoje zdjęcia. Przez kilka lat nikt nie dzwonił. Aż tu nagle pewnego letniego popołudnia otrzymałam zaproszenie na casting do filmu „Młyn i krzyż” od samego reżysera. Głównym powodem była zapewne moja nietypowa uroda, bo jak wiadomo, Lech Majewski nie szukał klasycznych piękności. Później odbyło się kilka etapów castingu i ku memu zaskoczeniu znalazłam się w obsadzie. Jestem dowodem na to, że absolutnie każdy może w życiu dostać taką szansę, nawet jeśli nie podejrzewa u siebie zdolności aktorskich. Wszystkich, którzy chcą taką przygodę przeżyć, zachęcam do próbowania swoich sił.

DJ: Jak określiłabyś to doświadczenie? Twoja rola była elementem wielkiego fresku. Jak gra się, mając taką świadomość?

S.Sz.: To ogromny zaszczyt zaczynać przygodę z filmem od takiego dzieła. Na planie każdy z nas był jednym z wielu elementów, które mają ostatecznie złożyć się w całość – w obraz. Każdy jest ważny i każdy musiał być dopracowany do perfekcji. Wielu z nas było naprawdę podekscytowanych, myślę że ja też. Uważam też, że gdy się pierwszy raz w życiu bierze udział w powstawaniu filmu, to zawsze jest to ogromne przeżycie.

DJ: Czy obraz Bruegela po pracy nad filmem znaczy teraz dla Ciebie więcej?

S.Sz.: Chętnie powiesiłabym „Drogę na Kalwarię” w pokoju, może kiedyś jakaś kopia pojawi się w moim domu. Dzieło stało mi się bardzo bliskie, wiąże się z jakąś częścią mojego życia. A poznanie go od „wewnątrz” skłoniło mnie do wielu refleksji. Dla mnie najważniejszym i najsmutniejszym przesłaniem malarstwa Bruegela jest to, jak łatwo nasze największe cierpienia, przechodzą niezauważone przez innych. Jak łatwo sami możemy nie dostrzec czyjejś krzywdy.

DJ: Twoja rola była przejmująca. Udało Ci się odnaleźć coś wspólnego dla każdego cierpienia w sytuacji absolutnej bezsilności. Sprawiłaś, że czując ból Twojej postaci, zaczęliśmy się bać takiego właśnie cierpienia. Jak tę rolę budowałaś? O czym myślałaś, płacząc tak rozdzierająco, a przecież tak prawdziwie?

S.Sz.: Cieszę się, że udało mi się ten ból choć trochę przekazać. Jestem dość wesołą osobą, ale na szczęście również wrażliwą. Aby wprowadzić się w stan rozpaczy, musiałam sporo myśleć o smutnych i tragicznych wydarzeniach. Wyjdę na potwora, ale prawda jest taka, że uśmierciłam w myślach chyba wszystkich swoich bliskich. To co widać na ekranie, to zaledwie kropla w morzu łez, które wylałam podczas zdjęć.

DJ: Miałaś kontakt z „wielkimi” tego filmu, czy też charakter tej produkcji zupełnie tego nie wymagał?

S.Sz.: Jeśli jako „wielkich” rozumiemy trójkę zagranicznych aktorów, to, choć bardzo żałuję, nie mieliśmy w ogóle wspólnych zdjęć. Żałuję, gdyż obserwacja ich pracy byłaby dla mnie cenną lekcją aktorstwa. Natomiast dla mnie „wielkich” w filmie było więcej: Asia Litwin (żona Bruegela) – świetna aktorka, Ruta Kubac (Estera)– niesamowita i inspirująca postać, Bartek Capowicz (Jezus) – ogromne poświęcenie. Cennym doświadczeniem była też praca z ludźmi, którzy stoją po drugiej stronie kamery i których w samej produkcji nie widać, ale mają na nią przecież ogromny wpływ.

DJ: Ile trwały zdjęcia do Twojej roli?

S.Sz.: Łącznie spędziłam na planie około 10 dni: w Olsztynie, Będzinie, Katowicach i Chorzowie. Najlepiej wspominam czas Olsztyna, gdzie nocowaliśmy w miejscowym ośrodku i spędzaliśmy dni na planie od 5-6 rano do wieczora. A wieczorami można było się integrować.

DJ: Jakim reżyserem okazał się Majewski widzieliśmy, a jakim jest człowiekiem? Nauczycielem czy egzekutorem?

S.Sz.: W pierwszym momencie, jako studentka Politechniki z praktycznym podejściem do życia, nie widziałam szans na znalezienie wspólnego języka z takim wielkim artystą. Dziś uważam, że Lech Majewski jest prawdziwym wizjonerem, inteligentnym i obdarzonym poczuciem humoru. Na planie aktorom cały czas mówi, co mają robić, więc można powiedzieć, że jest nauczycielem. Ale bywają też gorsze momenty, gdy coś idzie nie po myśli mistrza, ktoś coś zawali. Wtedy Lech Majewski wzbudza oprócz szacunku również strach.

DJ: Anegdota z planu?

S.Sz.: Tu może wspomnę, że najwięcej dubli dotyczyło mojej sceny „łóżkowej”. Kompletnie nie potrafiliśmy z Mateuszem Machnikiem, moim filmowym mężem, udawać, że jesteśmy w sobie zakochani. To już właśnie były momenty, gdy zaczęłam się bać gniewu reżysera.

DJ: Co dalej z aktorstwem?

S.Sz.: To była dla mnie pierwsza okazja, by spróbować swoich sił jako aktorka. Nawet w szkole podstawowej w teatrzykach nie miałam takiej szansy, bo jako „kujon” byłam zawsze narratorem, który miał najwięcej tekstu do zapamiętania. Przed „Młynem” zatem w ogóle o aktorstwie nie myślałam. Ale już na planie usłyszałam wiele pozytywnych opinii od koleżanek i kolegów, a przede wszystkim od profesjonalistów – reżyserów, operatorów kamery. Nie dałam się namówić na zmianę całego życia i pójście do szkoły teatralnej, ale jestem otwarta na kolejne propozycje. Może nawet spróbuję swoich sił w teatrze.

Mogę tylko dodać, że jest bardzo prawdopodobne, iż Sylwia już wkrótce pojawi się na deskach. Na propozycję ze strony Teatru Nowej Sztuki zareagowała więcej niż pozytywnie. Jaka będzie na scenie? Odpowiedź jest prosta – doskonała!

Czytaj więcej: https://darjez.wordpress.com/2011/04/07/mlyn-i-krzyz/

Published in: on 12/04/2011 at 7:38 pm  Dodaj komentarz  

Kto niepełnosprawny?

Męstwo i radość to obowiązki życia – Selma Lagerlöf

Kiedy miałem niewątpliwą przyjemność zasiadać w Radzie Konsultantów niedawnych Śląskich Spotkań Artystów Nieprzetartego Szlaku, widziałem po raz kolejny rzeczy, których tak bardzo brakuje mi w „normalnym” teatrze, na „normalnych” spektaklach. Jakie to rzeczy? Radość. Spontaniczność. Umiejętność wyrażania radości. Pozostało pytanie: czy czasem my, „normalni”, nie jesteśmy dysfunkcyjni?

Wystarczy czasem przyjrzeć się ludziom zaczepianym przez artystów podczas takiej czy innej akcji ulicznej. Reakcja często bliska alergicznej, nerwowa, niejednokrotnie pełna niewytłumaczalnej agresji. „Nie chcę! Proszę mi dać spokój! Innym razem!” Te i inne słowa jakże często potrafią zmrozić, uniemożliwić zabawę, sparaliżować akcję szczególnie wtedy, gdy artyści dopiero zbierają doświadczenia. A w Bojkowie, podczas Spotkań? Wystarczał gest, aby zrywali się z miejsc niepełnosprawni widzowie i aktorzy, którzy akurat na scenie nie występowali. Wystarczało kilka słów i taktów melodii, aby po sali zaczął wędrować korowód taneczny. Śmiech, prawdziwa radość na twarzach, prawdziwa satysfakcja. Czy potrafimy tak my wszyscy, którzy w naszym mniemaniu posiadamy wszelkie niezbędne atrybuty, by potrafić się cieszyć – intelekt, zdrowie, wyobraźnię? Odpowiedź nie będzie przyjemna – nie potrafimy! Wymienione przeze mnie przymioty nie tylko jakoś nam nie wystarczają, ale wręcz sprawiają, że reagujemy „na pół gwizdka”, z „zasznurowanymi ustami”, stojąc z zaplecionymi w geście zamknięcia się na otoczenie rękami. A „oni” się bawią! Cieszą się, choć w powszechnym mniemaniu nie mają do tego zbyt wielu powodów. Mogę jednak zapewnić, że to właśnie oni są najwdzięczniejszą widownią, o jakiej można marzyć w teatrze. Bo teatr dawno temu był zabawą raczej dla ludu niż dla elit, bo teatr miał wyzwalać, a nie wciskać nas w ciasne gorsety i kołnierzyki i zmieniać w kukły. Nie potrafimy dać się porwać, zapomnieć się i pójść w tany. Nie potrafimy czasem nawet zareagować tak, jak czujemy. Przypominają mi się znane z filmów kostiumowych chrząknięcia w chusteczkę, wachlarze skrywające usta, skinięcia dłoni – konwenanse. Tylko, że one same również były teatrem. A teraz nawet tego nie potrafimy. Więc siedzimy trochę jak manekiny i bardzo często, zanim zareagujemy, spoglądamy ukradkiem na „towarzyszy w siedzeniu”. Żeby się czasem nie wyłamać, żeby nie odstawać. Tak, żeby się nie wygłupić!  Pamiętam, jak patrzono na moją przyjaciółkę z Białorusi, która beczała jak bóbr na koncercie Alicji Majewskiej i, o zgrozo!, głośno krzyczała „brawo!” po każdej piosence. Pamiętam, że widziałem spojrzenia z każdej strony i było mi za nie wstyd. Ale Zina ich nie widziała. Ona przyszła na koncert i potrafiła się tym cieszyć… Byłem zatem w Bojkowie, na Spotkaniach Artystów Nieprzetartego Szlaku. Spotkałem szczęśliwych ludzi i sam poczułem się szczęśliwy.

Published in: on 05/04/2011 at 7:11 pm  Dodaj komentarz  

Konie już dawno się nie śmieją…

Któż umie tak jak Polak mówiąc milczeć, milcząc pić
Tak szumieć, tak o słowo jedno zaraz w mordę bić
– Stanisław Staszewski

Kto by pomyślał, że nasz wielki rodak Fryderyk Szopen zechce zostać z nami o rok dłużej, mimo że to ten ubiegły był jemu poświęcony. Tymczasem właśnie teraz mamy eskalację jego obchodów. Niestety, w jakimś groteskowym tonie…

Jesteśmy narodem, który lubi bronić. Siebie, innych, tych co chcą być bronieni i tych, którzy nie chcą, Europy, Krzyża, wszystkiego co bronić warto i czego nie warto. Wdajemy się w liczne awantury, które przynoszą co najwyżej tyle samo dobrego, co złego. Kiedy nagle zbiorowo uznamy, że dzieje się coś, co nam uwłacza, potrafimy się zmobilizować i zawalczyć. Niestety jednak, czasem walczymy na modłę Don Kiszota, który z wiatraków potrafił robić sobie wrogów nad wrogami. Najbardziej jednak zapamiętale walczymy ze sobą nawzajem. Taka na przykład sytuacja… Powstaje komiks, który ma promować polską kulturę w ościennym kraju. Inspirowany postacią Fryderyka Szopena, siłą rzeczy zawiera treści bardzo różnorodne, reprezentujące różne świadomości i mentalności, ale również zgoła odmienne środki językowe. I oto w jednym z opowiadań muzyk, którego szlachetny profil kojarzy się nieodparcie z wielkim Fryderykiem, który w dodatku ma zagrać koncert w więzieniu, o zgrozo, rzuca mięsem! I zaczyna się. Co? A jakże! Ogólnonarodowa mobilizacja. Ta, co to świętości przed zszarganiem, ta co to godność narodową przed splugawieniem. Pozerstwo! Bicie w tarabany bez żadnego powodu! Szum, który większe szkody przynosi nam wszystkim w świadomości innych nacji, niż kilka słów ogólnie uznanych za plugawe, które przenikną do treści takiego czy innego przejawu twórczości. A może odbierze to cokolwiek wielkiemu Szopenowi? Ktoś, kto tak sądzi, chyba po prostu ma kompleksy.
Oczywiście dyskusyjne jest, czy Ministerstwo Spraw Zagranicznych i inne instytucje powinny sfinansować akurat taką formę promocji, ale skoro już taka decyzja zapadła i jeśli zgodzono się na formę komiksu (a ów od kontrowersyjnych środków językowych nie stroni), to jakiekolwiek dywagacje o zniszczeniu nakładu ze względu na to, że  pojawiły się w nim jakieś wulgaryzmy, niestety obnaża nas boleśnie. I proszę mi wierzyć, nie o Szopenie i o Polsce będą pisać niemieckie i inne media, ale o fobiach Polaków, którzy zachowują się histerycznie z powodu, który zasługuje co najwyżej na polemikę medialną, a i to niezbyt gorącą. Jak zwykle jednak, prosta wydawałoby się artystyczna manifestacja zyskuje w Polsce znamiona megahappeningu. Ale, tak sobie myślę, to chyba bardzo dobrze, prawda? Czegoś się w końcu w sobie dopatrzymy!
A na marginesie, gratuluję już teraz autorom komiksu, zafundowano im darmową kampanię reklamową z marzeń! Będą zamówienia i będzie kaska. A co następne? Mamy Rok Miłosza. Aż mnie korci, żeby przypomnieć, co o nim pisał Sergiusz Piasecki…

 

Published in: on 14/03/2011 at 12:13 pm  Dodaj komentarz  

Śmiesznie i romantycznie

W rzeczywistości jesteśmy trochę jako komedia, kiedy się przyszło po pierwszym akcie. Wszystko cacy, tylko nic się nie rozumie. – Julio Cortázar

Zastanawiam się skąd taki natłok propozycji filmowych wrzucanych potem do jednego kosza pod nazwą „komedia romantyczna”. Czy to odpowiedź na rzeczywiste zapotrzebowanie odbiorców, czy może raczej kreowanie pewnego gustu, który dopiero tworzy cały segment rynku, do którego kierowana jest taka oferta? Ot, takie powalentynkowe reminiscencje…

Być może jest tak, że nasze życie naprawdę przestało być zabawne. Rzeczywistość nas przytłacza więc wolimy od niej uciec choćby na te półtorej godziny spędzone za niemałe w końcu pieniądze przed wielkim ekranem. Wystarczyło, że w ofercie konkursowej Gazety pojawiły się dwa chodliwe tytuły („Oh, Karol 2” i „Jak pozbyć się cellulitu”) i posypały się odpowiedzi na pytania, mimo że wymagały pewnej inwencji. Zdecydowanie większe zainteresowanie niż każdym dotychczasowym hitem książkowym czy spektaklem teatralnym. Najwyraźniej nie chcemy rozmyślać i analizować. Chcemy, żeby było pięknie, lekko i przyjemnie. Kopciuszek usadowiony w realiach współczesnych, stare dobre baśnie, w których zło jest ukarane a dobro nagrodzone, marzenia o księciu i księżniczce – mamy te same oczekiwania, które mieli nasi przeodkowie, ale wyrażane w tej najoczywistszej współczesnej obrazkowej formie. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie sprzężenie zwrotne, które przy tej okazji powstaje. Otóż, o ile nasze prababcie nie musiały się raczej obawiać, że poczciwe bajania sprawią, że ich dzieci zechcą naśladować bajkowych bahaterów, o tyle my wszyscy musimy się już nad tym nieco zastanowić. I, co ciekawe, nie dotyczy to jedynie dzieci. Mocno polukrowany ekranowy świat może dość zauważalnie zepsuć nasze postrzeganie świata rzeczywistego. Odbywa się to na dwa sposoby – pierwszy i najoczywistszy to taki, że zaczynamy postrzegać realia nas otaczające w kategoriach filmowych. Wszystko się zatem jak w filmie poukłada, wszystko jakoś rozwiąże itp. Życie jednak daje nam w tym wypadku najczęściej bardzo bolesną lekcję. Niestety, nie zawsze skuteczną. Drugi, chyba bardziej niebezpieczny przejaw, to wręcz wyczuwalna zazdrość w stosunku do filmowych bohaterów, jeżdżących wspaniałymi brykami wtedy, gdy rzekomo im źle, stawiających domy, jak w „Ja wam pokażę”, w chwili gdy świat im się wali na głowę. A w nas, widzach, powstaje pytanie: Czemu my tak nie mamy? Jakoś i na brykę brak perspektyw i domu próżno wypatrywać, skoro nawet na miejsce pod niego nas nie stać. I rodzi się frustracja. Wykreowany cukierkowy świat, podświadomie staje się naszym celem, dążymy do niego i wpisujemy się we wszechogarniający strumień medialnej kreacji. Czego? Naszych gustów! Tworzone sztuczne potrzeby, lansowane mody i marki. Ustawiamy się po nie w niekończącej się kolejce. Kiedy niektóre uda nam się zdobyć, pojawią się kolejne propozycje z naszego (?) ekranowego świata. A to już nie jest śmieszne. Ani trochę.

Teraz przeszła mi przez głowę pewna myśl. Dlaczego wybrałem taki temat na felieton? Nie chodzę na te filmy, czasem okazyjnie obejrzę któryś „z drugiej ręki”, a jednak pozwoliłem sobie oceniać je w taki właśnie sposób… Sam nie wiem, jak to ugryźć. Może po prostu zatęskniłem za tematem błahym, lekkim i przyjemnym? Jeśli tak, to teraz mam za swoje. Jakoś mi nieprzyjemnie…

Published in: on 22/02/2011 at 6:06 am  Dodaj komentarz  

Prawda w różnych opakowaniach

Kłamstwo nie różni się niczym od prawdy, prócz tego, że nią nie jest. – Stanisław Jerzy Lec

Może niektórzy znają anegdotkę o sułtanie, któremu przyśniło się, że stracił wszystkie zęby. Wezwał więc nieszczęśnik mędrca, który słynął z wyjątkowo dobrego tłumaczenia snów. Ten po poznaniu treści sennych marzeń, ze łzami w oczach załkał: „Władco mój, co za nieszczęście! Każdy ząb oznacza stratę jednego z bliskich! Co za straszna wiadomość!” Sułtan wpadł w furię, a tłumaczowi snów wypłacono sto batów…

Pojawił się kolejny ekspert. Wysłuchał uważnie snu. Rozpromienił się i wykrzyknął: „O wielki władco! Jakież szczęście cię spotyka! Będziesz żył dłużej niż każdy z twoich krewnych!”. Szczęśliwy sułtan wypłacił mu tyle złota, ile tłumacz sam ważył.

Chyba wszystko jasne, prawda? Wartość logiczna obu informacji jest taka sama. Wartość emocjonalna już nie. Czy zachowanie sułtana tak bardzo odbiega od zachowań, z którymi stykamy się na co dzień? Dziennikarze zapewne wiedzą najlepiej, jak bardzo niuans, drobna różnica w sformułowaniu, czy niewielki zabieg retoryczny, potrafią zmienić odbiór wiadomości. W rękach i ustach zręcznych fachowców zwykły komunikat potrafi być poważną bronią. Wydobywając mniej znaczący aspekt danej sprawy w umiejętny sposób można jej albo bardzo pomóc, albo, co naprawdę często się zdarza, pogrzebać ją dokumentnie.

Mawia się często, że prawda jest jedna. Na pewno? A może inaczej zadam pytanie – czy dziś tak naprawdę znaczenie ma prawda, czy raczej sposób podania jej implikacji? To właśnie ta sytuacja powoduje, że powstała potrzeba stworzenia zjawiska zwanego propagandą. Zauważyć warto, że dobra propaganda bardzo rzadko podaje kłamstwa zamiast faktów. Eksperci od public relations doskonale wiedzą, że w tym przypadku ludowa mądrość zawsze się sprawdza i kłamstwo ma krótkie nogi. Specjaliści owi, niczym drugi mędrzec z naszej anegdoty, ze znanego ogólnie faktu wybierają ten aspekt, który może być dla nich przydatny. W zależności od tego, po której stronie wojują, formułują pozytywny lub czarny przekaz. Znamy to zewsząd, nieprawdaż? Czasem dotyczy to spraw, w których jakakolwiek manipulacja budzi nasz zdecydowany protest. Domagamy się prawdy. Czasem jednak wydaje nam się, że są to kwestie błahe, nie warte naszego większego zainteresowania. Ot, taka mała propaganda sukcesu.

Na koniec jeszcze jeden przykład. Dwa wyimaginowane sposoby oprawienia w słowa jednego faktu. (Sięgam do historii, aby nie wywołać zbędnych dyskusji, choć faktów „pod ręką” jest wiele).

Królowa polskiej piosenki, wielka Irena Santor po raz kolejny wystąpi nie w Katowicach, Bytomiu, czy Zabrzu, ale w Gliwickim Teatrze Muzycznym”.

Gliwicki Teatr Muzyczny po raz kolejny proponuje nam występ dawnej gwiazdy, która na żadnej innej śląskiej scenie od dawna już nie występuje, jakby nie dostrzegając, że zmieniają się mody i dorastają nowi odbiorcy, którzy chcieliby nawet podczas sylwestrowej gali posłuchać czegoś bardziej uniwersalnego”.

Podkreślę na koniec swój wielki szacunek dla Ireny Santor. Owszem, przykład jest złośliwy, ale nie pod jej adresem. Jak zostanie odebrany? Nie wiem – zadecydują odbiorcy.

Published in: on 28/01/2011 at 8:09 am  Dodaj komentarz  

Lubię to!

Rozpadające się iluzje boleśnie ranią – Anthony de Mello

„To moje pierwsze święta na facebooku! Jestem taki podekscytowany!” – napisał w jednym z postów na tymże szacownym forum jeden z moich przyjaciół. Żartował, to pewne! Pewne?

Aż wierzyć się nie chce jak wiele naszej aktywności przeniosło się do Internetu. Tej najcenniejszej, tej najbardziej kreatywnej, tej, która sprawia, że stajemy się społecznością. I nagle to, co w nas najlepszego i najbardziej ludzkiego służyć zaczyna budowaniu czegoś, co nosi np. miano portalu społecznościowego. Powstają więzi. Czy na pewno? Rodzą się przyjaźnie. Doprawdy? Poszerzamy grono naszych znajomych. Na pewno ich nie tracimy? Możemy się pochwalić lub wyżalić. Komu? Na koniec okazuje się, że nasze sprawy interesują tak wiele osób! Piszemy tak świetne posty, otrzymujemy tyle pozytywnych komentarzy! I? I kaplica, jak się to ujmuje popularnie. Bo wszystko to ściema, bo gra pozorów, w której mniej lub bardziej świadomie godzimy się uczestniczyć, wciągnęła nas już bez reszty. Ten sam zaprzyjaźniony dowcipny człowiek, widząc dziesiątki „lubię to!” pod postem zacytowanym przeze mnie na początku, dopisał autokomentarz: „dziękuję Duchowi Świętemu, że natchnął mnie i napisałem posta, który dał mi tyle lubię to!”. Z właściwą mu autoironią świetnie zażartował z całej sprawy. Mogę się pod tym tylko podpisać.  Mnie samemu przydarzyła się nieco inna zabawna sytuacja. Opowiem Państwu, aby podkreślić, jak bardzo relatywne są optymistyczne twierdzenia, które wcześniej wysuwałem.

Mawia się, że kogo nie ma w sieci ten nie istnieje. Wygląda na to, że ten paradoks zaczyna być boleśnie prawdziwy. Zatem na facebooku, który wszak ma liczne komunikacyjne zalety, ułatwiające prawdziwe kontakty, zamieściłem link do jednego z artykułów cyklu, w którym dziś mam zaszczyt zajmować uwagę naszych Czytelników. Ku mojej wielkiej radości, już po 5 minutach miałem pod postem aż 4 „lubię to!” kłamałbym, gdybym nie przyznał, że moje lico pokraśniało z zadowolenia. Ktoś nie dosyć, że tekst ów czytał, to jeszcze powziął opinię tak entuzjastyczną, że ta kazała mu się w ten lakoniczny wprawdzie ale miły sposób wypowiedzieć! Odpalam zatem panel administracyjny swojego blogu (www.darjez.wordpress.com) w nadziei, że rzeczywista liczba czytających już po niespełna 6 minutach będzie dużo większa niż te 4 osoby komentujące i… aż sapnąłem – tłuste, pękate „zero” w liczniku osób, które dziś odwiedziły bloga, kazało mi chwilę podumać nad rzeczywistym przesłaniem tego znaczącego faktu. Dalszym ciągiem tego procesu jest niniejszy tekst, który, i owszem, znowu na facebooku podlinkuję.
Spoważniejmy na koniec. Nie dopuśćmy do tego, aby nasze przyjaźnie znajdować musiały dla siebie przestrzeń wirtualną. Nie każmy naszym przyjaciołom wnioskować o naszej dla nich sympatii z takich czy innych komentarzy. To fajna zabawa do czasu, gdy nie odsuwa podstępnie spraw realnych na plan dalszy. We współczesnym świecie najgroźniejsze są te iluzje, które tworzymy sobie sami. Nie potrafimy się od nich potem uwolnić.

Nie lubię tego!

 

Published in: on 12/01/2011 at 11:07 am  2 Komentarze  

Wesołych Świąt, mam Nadzieję!

Nadzieja przychodzi do człowieka wraz z drugim człowiekiem – Dante Alighieri

Unifikacja to skutek uboczny globalizacji. Czy tego chcemy, czy nie. Naturalną koleją rzeczy dotyczy ona wszystkich zachowań ludzkich, kultury i tradycji. Zatracanie drobnych czasem cech, które w efekcie składają się na coś nie do końca uchwytnego, zwanego narodową tożsamością, odbywa się w zasadzie bez przerwy. Erozja, nieuchwytna w kontekście godziny a nawet roku, uwidacznia się wtedy, gdy spoglądamy na wszystko z dłuższej perspektywy.

Tym razem nie będę jednak zajmował się tym wszystkim, co tak często było już poruszane- komercjalizacją Świąt, ich upodabnianiem do wzorca amerykańskiego, świąteczną gadżetologią, odchodzeniem poczciwego turonia, czy znajomością co najwyżej pierwszych zwrotek najstarszych kolęd. To oczywiście wszystko prawda i to w dodatku łatwa do zauważenia. Ja jednak tym razem o czymś znacznie głębszym i ważniejszym – o Nadziei. Bo właśnie z nią kojarzą mi się Święta Bożego Narodzenia i cały Adwent. Adwent nie tylko jako czas pokuty i wyczekiwania, ale właśnie jako symbol Nadziei.

Nie będę ukrywał, nie pamiętam kiedy byłem na Roratach. Pamiętam jednak, że szedłem wczesnym rankiem, przed szkołą, do kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa trzymając w ręku lampion. Ciemno, mróz i to światełko. Cudowne uczucie. Z perspektywy czasu wręcz symbol.

Polskie życzenia przy opłatku. Nadzieja na lepsze jutro. Życzenia tego jutra. Zawsze głębokie, najczęściej poważne i pomimo czegoś. Od zawsze. Taka jest ta polska historia. Nie mogę udawać, że nie widzę, jak bardzo zmieniły się życzenia, składane dziś. Brakuje tych, wykraczających poza nasze codzienne sprawy, tych dla Polaków, dla kraju. A były takie – sam je słyszałem. Coś nam w tym wszystkim ucieka. Znika Nadzieja w sensie głębokim. Ta, która pozwala życzyć nam czegoś i wierzyć, „mieć nadzieję”, że to się spełni. Może to i skrót myślowy, ale nie może być prawdziwych życzeń, kiedy nie ma Nadziei. A czemu brakuje tej ostatniej? Nadzieja kojarzy się z dwoma rzeczami – z cierpliwością i jakimś wielkim celem do osiągnięcia. Zacznę od celu. Kiedyś była to wolność Polski, potem suwerenność, demokracja. Tak niepublicznie, dla siebie samych, spróbujmy zdefiniować ten cel, do którego dążymy jako społeczeństwo i co do którego „mamy nadzieję”, że go osiągniemy? To temat na dłuższe i na pewno głębsze rozważania. A cierpliwość? Przecież z definicji Nadzieja oznacza czekanie i wiarę w lepsze, w dobre rozstrzygnięcie. Ale my nie mamy czasu na Nadzieję, bo nie mamy czasu na czekanie, a już tym bardziej na cierpliwe czekanie. Wszystko musi być już, zaraz, dosłownie teraz. Nie możemy się spóźnić. Sukces musimy wywalczyć, wydrzeć, osiągnąć często przed innymi. Dlatego w obiegowej opinii Nadzieja jest matką głupich.

Czego życzyć innym? Stajemy przed sobą, w pracy, ale również w domu, przed drugim człowiekiem i… jak mało go znamy, jak niewiele wiemy o jego potrzebach! Życzymy mu… Najbezpieczniej… Wesołych Świąt!

Wesołych Świąt? Co to tak naprawdę znaczy? Może właśnie teraz jest moment aby naprawdę uczciwie odpowiedzieć sobie i na te pytania? Wszystkim Czytelnikom i ich Rodzinom życzę ciepła, bliskości, spełnienia!

Published in: on 22/12/2010 at 8:13 am  Comments (1)