A taka ciekawostka…

Cóż, moda na screeny i inne „dokumenty” pewnie szybko nie minie. Na pewno jednak nie publikowałbym powyższego, gdyby nie bufonada spod znaku „Kocham Gliwice”. Okazuje się, że w Gliwicach wydarzeniem dnia może być np. moja pozytywna odpowiedź na zaproszenie p. Marka Berezowskiego na Facebooku. No cóż, jakie człek ma horyzonty, takie rzeczy dla niego ważne. No to zrewanżowałem się „udokumentowanym” akcesem Pani Niny Drzewieckiej do grona lubiących… InfoPoster. Ot, takie towarzyskie przeszpiegi albo chęć podpatrzenia, jak się to u lepszych robi:))

Po tymże „okazaniu” Pani Nina grono przyjaciół opuściła. Bez żalu po żadnej stronie, jak mniemam:)

Published in: on 26/07/2012 at 8:29 pm  3 Komentarze  

Po co jest Facebook w Urzędzie Miejskim?

Są rzeczy, które zdecydowanie nadają się do mediów, ale są i takie, które nie mają wystarczającej wagi, choć nie znaczy to, rzecz jasna, że nie należy ich przedstawiać. Zwłaszcza wtedy, gdy świadczą o złych praktykach tam, gdzie należy oczekiwać tych najlepszych.

Z tytułu wynika, że chodzi o Urząd Miejski. Oczywiście nasz, gliwicki. Z uśmiechem raczej dobrotliwym, niż złośliwym przedstawiam dziś prawdziwy rarytas. Rzecz dzieje się na prywatnym profilu jednej z urzędniczek (w godzinach pracy, bowiem nie śmiałbym tu zajmować się jej czasem prywatnym), którą to urzędniczkę wdzięcznym zapytaniem nagabuje radny Koalicji dla Gliwic Jan Pająk. Urzędniczka najwyraźniej jest zajęta, bowiem po dość długim czasie odpowiada za nią (rzecz jasna w godzinach pracy)… kierująca Promocją Nina Drzewiecka. Pan Jan, jak widzimy, nie traci rezonu i ucieka w dość filozoficzną i nieodgadnioną frazę…

Rzecz cała dzieje się w poniedziałek, a więc tuż po powrocie Pani Drzewieckiej z delegacji. Jak widać promocja miasta jest bardzo absorbująca… Pozostając w żartobliwym, wakacyjnym tonie, radnych Koalicji upraszamy o nieprzeszkadzanie w pracy urzędniczkom magistratu…

Nie zawsze jednak jest tak zabawnie. Facebook służy w magistracie nie tylko do wakacyjnych rozmów towarzyskich (by nie powiedzieć lipcowych flirtów). Niestety bywa on wykorzystywany również przez urzędników wyższej rangi, do celów, które nie są już niestety tak niewinne. O tym jednak napiszę wkrótce. Sprawa Mariusza Kamińskiego (http://infoposter.eu/publiczne-pomowienie/) jest rozwojowa i doprowadziła mnie do zaskakujących ustaleń

Published in: on 12/07/2012 at 8:10 pm  Comments (1)  

Sprawa MSI – Kontrowersyjna ekspertyza prawna

Uchwała dotycząca Miejskiego Serwisu Informacyjnego będzie przedmiotem jednej z dwóch przewidzianych na najbliższy czwartek sesji Rady Miejskiej. W komentarzach przed sesją wielokrotnie była i zapewne będzie jeszcze podnoszona kwestia negatywnej opinii prawnej sformułowanej przez Radczynię Prawną Ewę Groszewską. Mankamenty tejże, zarówno merytoryczne jak i prawne uderzyły mnie przy lekturze na tyle, że zadałem sobie trud przestudiowania literatury w tym zakresie.

Warto może jednak zapoznać się zarówno z projektem uchwały jak i pełnym tekstem ekspertyzy prawnej, które są do przeczytania w tym miejscu.

Moje intuicje nie tylko się potwierdziły, ale argumenty podważające zasadność tej ekspertyzy okazały się mieć na tyle duży ciężar gatunkowy, że zdecydowałem się zaprezentować je zainteresowanym, po to, aby można było jeszcze przed sesją te kwestie przedyskutować i nie zmarnować potem czasu na niepotrzebne spory. Byłaby to strata dla każdej ze stron. Piszę tak, bo nie chce mi się wierzyć, aby głównym celem tej ekspertyzy było uniemożliwienie bądź odsunięcie w czasie decyzji w przedmiotowej sprawie.

Pani Radczyni Prawna Ewa Groszewska powołuje się w swojej ekspertyzie prawnej na komentarze do ustawy Prawo prasowe autorstwa swojej imienniczki Ewy Ferenc – Szydełko. Ja natomiast powołam się na opinię Jacka Sobczaka („Prawo prasowe. Komentarz”). To o wiele obszerniejsze opracowanie, mające, co wykażę, w porównaniu do opracowania jego koleżanki, dużo mniejszą skłonność do konstrukcji retorycznych i nadinterpretacji bardzo konkretnych przecież w niektórych punktach przepisów prawa. To całkowicie odmienne opinie, jeśli chodzi o interpretację zapisów interesującego nas w tym momencie Art. 25.

P. Ewa Groszewska przytacza opinię Komentatorki, że Kolegium redakcyjne, to zebranie pracowników redakcji, zwołane przez redaktora naczelnego w celu omówienia spraw istotnych dla redakcji… i zaraz potem konkluduje, że ustalenie, iż w skład kolegium redakcyjnego wchodzą osoby spoza redakcji (…) a także zastrzeżenie do jego kompetencji kolaudacji materiałów do publikacji, podczas gdy kolegium redakcyjne może pełnić jedynie funkcje doradcze, narusza przepisy ustawy Prawo prasowe, w konsekwencji czego postanowienia paragrafu 5 i 6 należy uznać za nieważne.

Stwierdzenie Komentatorki, że kolegium redakcyjne to zebranie pracowników redakcji nie jest już niestety komentarzem Prawa Prasowego, ale jego nadinterpretacją. §25, Ust. 6 ustala bowiem co następuje: Przy redakcji działa kolegium redakcyjne, jeżeli statut redakcji lub właściwe przepisy tak stanowią i jest to jedyny zapis dotyczący prawnego umocowania kolegium redakcyjnego w Ustawie Prawo prasowe. Wydaje się, że nie ma więc żadnych podstaw do podawania za pewnik, że:

1. W skład kolegium redakcyjnego muszą wchodzić jedynie pracownicy redakcji.

2. Kolegium redakcyjne zwoływane jest na wniosek redaktora naczelnego.

Jeśli chodzi o punkt 1, wydaje się zasadne, a ustawodawca tego nie zabrania, aby w kolegium redakcyjnym znalazły się osoby spoza redakcji, np. osoby o ugruntowanym autorytecie społecznym, przedstawiciele różnych środowisk itp. Wydaje się to wręcz zgodne z duchem tego zapisu i z intencją powoływania kolegiów redakcyjnych w ogóle.

Punkt 2 z kolei, w wypadku uprawomocnienia, ograniczyłby znaczenie kolegium redakcyjnego, które może mieć wpływ na kształt takiego czy innego medium tylko wtedy, gdy będzie pracować w ustalonym trybie i według jasnych zasad, a nie zależeć jedynie od dobrej woli redaktora naczelnego, który je zwoła, bądź nie.

Zwracam również uwagę na nieprecyzyjność określenia (niestosowanego w Ustawie!) „sprawy istotne dla redakcji” i jego już teraz dający się przewidzieć przyszły negatywny wpływ zarówno na funkcjonowanie samej redakcji jak i pracę kolegium redakcyjnego, gdyby miało w praktyce funkcjonować. Dziwi mnie ta skłonność do rozmywania znaczeń w komentarzach, które wszak w zamyśle powinny wyjaśniać i ujednoznaczniać kwestie dyskusyjne w zapisach prawnych, a nie kierować dyskusję na zagadnienia bez jednoznacznych zapisów prawnych niedefiniowalne.

Pisze dalej p. Radczyni Prawna, cytując Komentatorkę: Praktyka ustaliła, że kolegium redakcyjne tworzą redaktor naczelny, jego zastępcy, sekretarz redakcji, kierownicy działów i inni. Pomijając fakt, że niegdyś praktyka ustaliła, że mleko dostarcza się w butelkach pod drzwi mieszkań, a późniejsze regulacje uczyniły to niemożliwym oraz to, że Komentatorka po raz kolejny wprowadza zagadkowy i niezdefiniowany termin „inni”, użyję tych słów do podania w wątpliwość jej kolejnego stwierdzenia: Zdarza się, że problematyka poruszana na posiedzeniach kolegium ma charakter tajny. (…) pełna jawność we wszystkich sprawach wobec wszystkich pracowników może w prosty sposób prowadzić do przedostania się do opinii publicznej na przykład informacji prawnie chronionych. Wydaje się przede wszystkim, że kolegium redakcyjne to nie Połączone Kolegium Szefów Sztabów i nie bardzo wiadomo, jakie to tajne sprawy, które nie mogą się przedostać do opinii publicznej, miałaby poruszać redakcja medium, stworzonego właśnie do informowania tejże. Na pewno jednak kuriozalne jest stwierdzenie, że są kwestie, które mogą znać sekretarz redakcji, kierownicy działów, a nawet „inni”, a nie mogą o nich wiedzieć Przewodniczący Komisji i reprezentanci Klubów Radnych Rady Miejskiej? Tu, dla odmiany, bez komentarza…

Korzystając z okazji sam wyrażę jednak inną wątpliwość odnośnie odpowiedniego zapisu projektu uchwały. Niepokoi mnie bowiem zawężenie składu kolegium redakcyjnego do osób z ramienia Prezydenta Miasta i Rady Miejskiej. Mówiąc najkrócej przenosi to w prace kolegium redakcyjnego, metodą prostej dźwigni, wszelkie podziały i kontrowersje polityczne. Istnieje realne ryzyko, że właśnie planuje się otwarcie „drugiego frontu” w otwartej wojnie. Moje pytanie: po co? Nie dyskutując z zasadnością powoływania kolegium podkreślam konieczność przynajmniej rozszerzenia jego składu o osoby spoza struktur samorządu.

Wracając do tematu, chciałbym jeszcze podkreślić nieumocowanie prawne następującego stwierdzenia p. Radczyni Prawnej: „kolegium redakcyjne może pełnić jedynie funkcje doradcze”. Nie wynika to z żadnego zapisu Prawa prasowego, a p. Groszewska dokonała swego rodzaju połączenia kompetencji tego ciała z kompetencjami rady redakcyjnej, o której mówi §25, Ust. 7 w brzmieniu: Przy redakcji może też działać rada redakcyjna (programowa, naukowa), jako organ opiniodawczo-doradczy redaktora naczelnego. Z litery tego zapisu rzeczywiście wynika, że ma to być organ doradczy redaktora naczelnego. Podobnej konkluzji brak jest w Ustawie, odnośnie kolegium redakcyjnego.

Bardzo istotnym wątkiem dla ustalenia zasadności przedstawionej przez p. Radczynię Prawną ekspertyzy okazuje się mały przyimek „przy” skonfrontowany z jeszcze mniejszym „w”. Tak się składa, że sam język polski okazuje się bardziej konkretny niż przepisy prawa w nim zapisywane. Wydaje się jednak, że ustawodawca bardzo precyzyjnie użył przyimka „przy” ustanawiając, że kolegium redakcyjne może działać „przy redakcji”, a nie, jak za przytaczaną przez siebie Komentatorką, chciałaby p. Ewa Groszewska „w redakcji”. Nawiasem mówiąc, owo „w” wprowadzone do projektu uchwały rozwiązałoby w definitywny sposób kwestię opinii wyrażonych w ekspertyzie, bowiem kolegium działające w redakcji nie może być jednocześnie spoza redakcji i czyniłoby tym bardziej bezzasadnymi wszystkie i tak nieuzasadnione zastrzeżenia odnośnie uchwały. Wyraźnie jednak nie o to chodziło ustawodawcy, kiedy wprowadzał przyimek „przy” do zapisu, w ten sposób ustalając jednocześnie relację rozgraniczającą te dwa gremia. Takich gremiów „przy” osobach i urzędach występuje w naszej rzeczywistości bardzo dużo. Także przy prezydentach miast, a nawet przy Prezydencie RP. I nie są one, jak chciałyby Komentatorka i Radczyni Prawna, jedynie reliktami po PRL. To nie słowo „przy” może budzić wątpliwości ze względu na skojarzenia, ale termin „kolaudacja”, który jednak jakoś nie razi obu Pań w tym kontekście. Pomijam tu fakt, że cała ta dywagacja i próba udowodnienia, dlaczego „w” jest lepsze od „przy” zupełnie nie opiera się na przesłankach prawnych a jedynie osobistych (nieuzasadnionych językowo!) preferencjach komentujących.

Celowo na samym końcu, aby mogły wybrzmieć szczególnie, przytoczę słowa Jacka Sobczaka, przy czym tym razem ja pozwolę sobie wyróżnić te, które wynikają ściśle z litery prawa i rozstrzygają przedmiotową kwestię na korzyść autorów projektu uchwały:

Przy redakcji mogą działać: kolegium redakcyjne, jeżeli stanowi tak statut redakcji, oraz rada redakcyjna będąca organem opiniodawczo-doradczym redaktora naczelnego. Rada ta może nosić nazwę i spełniać funkcje rady programowej lub naukowej. Powołanie kolegium redakcyjnego i rady redakcyjnej nie ma charakteru obligatoryjnego. Kompetencje kolegium i rady redakcyjnej oraz sposób powoływania tych organów i określenie ich składu pozostawiono statutowi redakcji. Statut także reguluje formy działalności redakcji.

Dariusz Jezierski

Published in: on 15/04/2012 at 2:56 pm  Dodaj komentarz  

Bubel tygodnia, czyli natchnione frazy infogliwice

Portal infogliwice.pl w swoim ogólnie tendencyjnym i pisanym ewidentnie z pozycji beneficjenta  (Express MSI) tekście „Radni chcą cenzurować MSI, stronę internetową i materiały filmowe?” posunął się w samej puencie do stwierdzenia tak zdaniem autorów ważnego, że aż wytłuszczonego, a moim zdaniem tak bzdurnego, że aż rozbrajającego…


„Okazuje się, że w sytuacji, gdy gliwickie tygodniki oraz darmowe gazety systematycznie zmniejszają nakład, MSI go zwiększa. Jak widać części radnych nie podoba się, że na rynku lokalnych mediów Miejski Serwis Informacyjny jest obecnie najważniejszym źródłem informacji dla mieszkańców”.
Przeanalizujmy… „Gliwickie tygodniki oraz darmowe gazety”. Rozumieć chyba należy, że darmowe gazety przez swoją „darmowość” na nazwę tygodnika nie zasługują, mimo, że ukazują się co tydzień. Biorąc zaś pod uwagę fakt, że płatny tygodnik mamy w Gliwicach jeden, wygląda na to, że redakcja infogliwice.pl liczbę mnogą w pierwszym członie nazwy tegoż (dla mniej obeznanych dodam, że ma on brzmienie „Nowiny”) bierze po prostu za dobrą monetę i sądzi, że musi to być kilka tygodników o tej nazwie. Ma prawo, nie będziemy wyjaśniać.
Analizujmy jednak dalej… „Systematycznie zmniejszają nakład”. Oj, tu już zalecałbym infogliwice.pl dużą ostrożność! Przede wszystkim odsyłam do definicji słowa „systematyczny”. Jest to o tyle istotne, że gdyby okazało się, że któryś z „gliwickich tygodników” lub któraś z „darmowych gazet” nie zmniejsza systematycznie nakładu, podanie przez portal takiej informacji mogłoby mieć znamiona publicznego poświadczenia nieprawdy, w dodatku ewidentnie na szkodę pokrzywdzonego. A za to się płaci! Ot, takie „braterskie napomnienie”.
Ale to nie koniec popisu precyzji i elokwencji redakcji infogliwice.pl! Teraz puenta tego błyskotliwego zdania mówiąca, że tylko MSI zwiększa nakład. To już prawie absurd! Mogę z pełnym przekonaniem zapewnić redakcję, że gdyby „gliwickie tygodniki oraz darmowe gazety” zamiast zarabiać na siebie i swoich pracowników korzystały jak MSI z hojnie wydawanych publicznych pieniędzy, również zwiększałyby nakład, mimo wszechobecnego kryzysu i wszem i wobec przez UM głoszonej konieczności rozważnego wydawania pieniędzy. W czym redakcja zatem widzi taką zasługę MSI? W przerabianiu na makulaturę naszych podatków?
Czytelnicy pozwolą, że zdania o najważniejszym źródle informacji już nie będę ruszał. Trąci na odległość.
Wydaje się, że nic tylko się śmiać – kilka linijek a tyle perełek. Ale jakoś nie chce się śmiać, prawda? Jakieś to trochę niesmaczne…

Published in: on 13/04/2012 at 10:57 pm  Dodaj komentarz  

Po lewej miazga

Wybraliśmy! Nawet, jeśli niektórzy będą się zżymać na niezadowalającą frekwencję, czy niedoinformowanie społeczeństwa. Wybraliśmy kształt i barwy naszej codzienności na najbliższe kilka lat. Tak, w tym momencie nie zaryzykuję napisania, że na cztery lata. Zmieniło się dla jednych niewiele. Dla innych jednak, tych, którzy uważniej obserwują to, co dzieje się poza pierwszym planem politycznej sceny, stało się bardzo wiele. Zajmę się zatem drugim planem…

A w drugim planie mamy dwa niezwykle istotne ruchy – w dół i w górę, dla równowagi. Ten w dół jest dla wielu bardzo bolesny – to miażdżąca klęska SLD, a więc polskiej lewicy w tym kształcie, czy raczej bezkształcie, w jakim dotąd nam się objawiała. Także ten w górę jest oczywisty – Ruch Palikota, który wykonał gigantyczny skok z nicości, w której uparcie chciały go widzieć niektóre opiniotwórcze media, do przedpokoju władzy. Tak, RP znalazł się w tym przedpokoju ze swoim wyborczym wynikiem. Inna sprawa, że przedpokój można opuścić wchodząc na pokoje po zdjęciu wierzchniej odzieży, lub też opuszczając lokal. W tej chwili nie jesteśmy w stanie stwierdzić, które drzwi otworzą się przed Ruchem Palikota. Zajmiemy się nim zatem z perspektywy przedpokoju.

Dziś jednak o lewicy. A może raczej o jej braku? Wydaje się bowiem, że w tym momencie po lewej stronie sceny politycznej mamy bezkształtną masę, z której nie można wyciągnąć wniosków co do kształtu, który przybierze. Pisałem o „makutrze Napieralskiego” nie wiedząc jeszcze, że nieudolne kręcenie zakończy się wyborczym zakalcem. Wyraźnie przestrzegałem przed tym, że polityczna niekonsekwencja i rodzaj przedwyborczego awanturnictwa w okręgu gliwickim zemści się srodze, nie sądząc, że klęskę taka polityka poniesie w skali całego kraju. Pisałem wyraźnie, że SLD drogo zapłaci za to, jak postępuje – nie sądziłem, że aż tak drogo. Skutki tej wyborczej Dunkierki będziemy odczuwać dość długo. Swoją drogą, skojarzenie z Dunkierką jest chyba bardzo właściwe. Ewakuacja bowiem jeszcze trwa. Sam jestem ciekaw, które partyjne krążowniki dopłyną do nowych portów. Tych upragnionych, teraz jakby chętniej nazywanych Nową Lewicą. Od razu jednak wypada stwierdzić, że jeśli owa – póki co w polskich realiach wciąż mityczna – Nowa Lewica istnieje, lepiej dla niej byłoby, aby te stare, wysłużone i przeżarte rdzą jednostki potonęły w drodze. I znów marynistyczne porównanie nasuwa się samo. Jedna z teorii zagłady Titanica stwierdza, że winę za wszystko ponosiła zła struktura użytej stali i przez to dużo niższa wytrzymałość całej konstrukcji. Niby wszystko się zgadzało – te same pierwiastki w znanym stosunku, a jednak całość do bani. Strzał w dziesiątkę! Dokładnie to samo przydarzyło się SLD. Trzeba wręcz sięgnąć do etosu lewicy i do jej historii, aby zrozumieć jak bardzo ewolucja, która stała się udziałem tej partii oddala ją od źródła i przerzuca poza linię demarkacyjną, którą zwyczajowo, dość nieostro wprawdzie, ale jednak dostrzegalnie, odgradza się „lewe” od „prawego”. Wrażliwość socjalna nie wystarczy dziś do zdefiniowania lewicy. Nie ma chyba w Polsce Partii, która w swych postulatach nie głosiłaby chęci pomocy biednym, wykluczonym i marginalizowanym. Wszystkie widzą drogę do tego celu w takim czy innym konstytuowaniu instytucji pomocy. Żadna niestety nie widzi konieczności takiego reformowania panujących w kraju stosunków społecznych, aby zrealizować podstawowy z dawien dawna postulat lewicy, domagający się stworzenia takich warunków pracy i bytowania, aby dzięki tej pracy zaspokoić wszystkie swoje potrzeby. Eliminowanie bezrobocia (systemowe i skuteczne!), humanitarne warunki pracy, godziwe i sprawiedliwe wynagrodzenia – to wszystko składa się dopiero na warunki, w których możliwa jest liberalnie pojmowana wolność RZECZYWISTA. A za rzeczywistą uważam wolność, z której mogę korzystać w pełni, nieograniczany deficytami, wynikającymi z niezaspokojenia wymienionych wcześniej podstawowych (dla lewicy na pewno!) standardów. Lewica zatem zyskuje podmiotowość przez wyraźne wskazanie owych deficytów i ostre i zdecydowane przeciwko nim wystąpienie. Lewica jest więc również programowo i moralnie zobowiązana do zwalczania wszelkich przejawów dewiacji, fiksacji, czy jak inaczej to określimy, demokracji i kapitalizmu w formie, w jakiej obecnie się utrwalił. Lewicę polską przetrąciła jednak uparta głuchota na wszelkie tendencje werbalizowane od dawna na Zachodzie. Tak, właśnie te, które doprowadzają do coraz częstszych aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa, ostatnio przecież nawet w USA. Czy SLD spełnił kryteria podstawowe, o których wyżej, w dużym uproszczeniu, napisałem? Nawet postawienie tego pytania zakrawa na żart! Jedyne, co zrobił SLD pod ostatnimi światłymi przywództwami, to zerodował skutecznie, rozgościł się na politycznych salonach, poczuł się namaszczony swoją lewicowością i obdarzony bezterminowym kredytem zaufania swojego stałego elektoratu. Ale Polska to nie USA. Stały elektorat bywa u nas bardzo niestały.

Proponuję teraz małe matematyczne wyliczenie. Porównajmy wyniki wyborów z 2007 z tegorocznymi:

2007 – LiD – 13,15% głosów

2011 – SLD – 8,24% głosów

różnica – 4,91%

Teraz frekwencja wyborcza:

2007 – 53,88%

2011 – 48,92%

różnica – 4,96%

Oczywiście można się opowiadać za analizą takich czy innych migracji między elektoratami różnych partii, jasne że 4,96% wszystkich głosujących to nie to samo, co 4,91% różnicy w ilości głosów na SLD. Jednak ta zbieżność wartości bezwzględnej urasta do rangi symbolu. Wystarczy przecież iść trochę dalej i konstatując, że elektorat lewicowy jest stały, wyprowadzić wniosek, że ze sceny znikła lewica w formie, którą duża część tego elektoratu chciałaby widzieć. I ta część, wierna swoim lewicowym przekonaniom, została w domu. I to jest duża składowa tego frekwencyjnego tąpnięcia. Zanim na polskiej scenie politycznej nie pojawi się po lewej stronie siła zdolna do przyciągnięcia wyborców na powrót i zawalczenia o nieprzekonanych w innych elektoratach, liczba nieidących do urn lewicowo zorientowanych wyborców może się tylko zwiększać.

Skoncentrujmy się teraz na gliwickim poletku. Nasi ludzie lewicy… Jacy są? Jak postrzegamy Marka Widucha, Elę Kwaśnicką i innych? Odpowiedź jest prosta – nijak. Oni nie istnieją. Ujawniają się i pojawiają, często z nadania jak Kwaśnicka, wtedy, gdy przychodzą kolejne wybory. Siedzą za takimi czy innymi biurkami, pracują (czytaj przepychają się) w partyjnym aparacie, punktują u wodzów. Podsumowując – nie istnieją! Ani społecznie, ani politycznie. Tak się nie da. Lewica, i to nie tylko polska, staje obecnie przed koniecznością powrotu do etosu walki (oczywiście nie użycie siły w jakimkolwiek sensie mam tu na myśli) i bycia blisko z ludźmi (przyszłymi wyborcami!). Charakter lewicy, a raczej nadal funkcjonujący społecznie sposób jej pojmowania, wciąż pozostawia wiele miejsca dla niepopularnego już raczej „trybuna ludowego”. Trzeba temu pojęciu nadać sens, trzeba zejść do ludzi i jeśli oni wychodzą na ulice, wyjść tam z nimi. To jedyna droga do odbudowania lewicy. Innej nie ma. Problem jednak pojawia się właśnie w tym miejscu. Czy w takiej roli widzimy Napieralskiego, Kalisza, Kwaśniewskiego nawet? A może Elę Kwaśnicką czy Marka Widucha? Właśnie! Problemem polskiej lewicy jest brak ludzi spełniających kryteria stawiane przez współczesność. Przepraszam, brak ich z przodu, bo może istnieją w którymś tam rzędzie. Nie są jednak w stanie zaistnieć w realiach partii, która pojęcie partyjnego aparatu wprowadziła w charakterze normy. To już jednak inna historia i zupełnie nie moja sprawa.

Kończąc zaryzykuję stwierdzenie, że SLD w formie, w jakiej się znalazł jedynie hamuje w polskiej lewicy procesy, które na świecie zdają się powoli dominować po lewej stronie sceny. W tej formie już wkrótce SLD przejdzie do historii.

Published in: on 14/10/2011 at 6:39 am  4 Komentarze  

Kibic? Obywatel!

Z reguły obserwując takie czy inne oddziały prewencji pacyfikujące grupy chuliganów przy takich okazjach, jak chociażby niesławny występ naszych kibiców podczas międzypaństwowego meczu Litwa – Polska, nie miałem większych wątpliwości co do zasadności zastosowanych środków. Przyznam nawet, że były sytuacje, także oglądane przeze mnie na stadionie, kiedy wręcz stwierdzałem, że nieudolność i obawa przed użyciem drastyczniejszych środków doprowadzały do eskalacji agresji grup, których nie dało się już później kontrolować. Nie tym razem jednak.

Zapoznając się z póki co jednostronną wersją wydarzeń, które miały miejsce podczas wyjazdu niespełna 150 osobowej grupy kibiców Piasta na mecz Ligi Mistrzów do Pragi, byłem wstrząśnięty. Powodów tego było kilka. Przede wszystkim każdy myślący człowiek wie, co to znaczy tłum. Rządzi się swoimi prawami i nie trzeba tu bynajmniej zgłębiać prac Eliasa Canettiego, żeby to zrozumieć. Nasi kibice mówili prawdę – przez wiele godzin byli przetrzymywani, dokonywano szczegółowych rewizji, w których nawiasem mówiąc nie znaleziono jakiejkolwiek broni i innych materiałów niebezpiecznych, a to ważne dla dalszych rozważań. Policja w każdym kraju doskonale wie, jak łatwo można sprowokować raczej przewidywalne reakcje. Powstaje tu pierwsze pytanie: Dlaczego przez nieodpowiednie i PROWOKACYJNE traktowanie polskich kibiców doprowadzono do maksymalnej eskalacji napięcia?

Nic nie znaleziono u nich samych ani w autokarze, sprzedano im bilety. Dość enigmatycznie brzmi wypowiedź kibiców, że pod bramą stadionu doszło do zamieszania i potem nastąpiła brutalna akcja policji. To prawda, że należy wyjaśnić czym było „zamieszanie”. Pytanie drugie jednak nasuwa się samo. Co musiała zrobić grupa kibiców, aby usprawiedliwić użycie przez policję metalowych pałek, połamane palce i ciężkie pobicie jednego z nich? Pytania pomocnicze: Co robił kibic, który w ciężkim stanie znajduje się w szpitalu – leżąc po pierwszych ciosach chwytał zębami za nogawki? Musiało to być coś strasznego, skoro zdecydowano się go „dopacyfikować”.

Jasne, to relacje jednej strony i wypada poczekać na stanowisko czeskie. Ale jakoś nie otrzymujemy materiałów operacyjnych, z których wynika, że Pragę nawiedziła horda Hunów z Gliwic, którzy w 140, gołymi rękami prawie przewrócili stadion. Nie wierzę w szczególnie chamskie zachowanie kibiców. Wiem na pewno, że podobnych środków prewencji nie użyto by w stosunku do kibiców czeskich. Obym nie miał racji, ale najwyraźniej ktoś w Pradze miał ochotę naszym kibicom dać nauczkę.

Na koniec o innym, ale dla mnie najważniejszym aspekcie. Obywatele RP poza granicami kraju zwrócili się kilkukrotnie z prośbą o pomoc do przedstawiciela Państwa Polskiego, jakim jest konsul. Ich WYRAŹNE prośby o pomoc zostały zignorowane. Czy mogły zostać tak potraktowane? Czy 4 godzinne przetrzymywanie przez obce służby policyjne grupy polskich obywateli nie jest dostatecznym powodem do reakcji konsula? Osobistej reakcji? Jeśli nie, to chyba wypada zmienić obywatelstwo.

Oto co między innymi na temat powinności konsula mówi kierownik polskiego konsulatu w Brukseli Piotr Wojtczak, zapytany o to, z jakimi sprawami nasi obywatele mogą zgłaszać się do konsulatu:

Trudno wskazać wszystkie sprawy, dlatego postaram się wymienić najczęściej spotykane. Są to kwestie zapewnienia pomocy obywatelom w realizacji praw przysługujących im zgodnie z prawem państwa przyjmującego czy prawem międzynarodowym, a więc m.in. sprawy łamania praw pracowniczych przez tutejszych pracodawców, przypadki aresztowań. Dbamy o to, by władze lokalne zapewniały Polakom takie same prawa, jak swoim obywatelom. Zajmujemy się też szeregiem sytuacji losowych: pomagamy w razie kradzieży i wypadków (oby ich było jak najmniej). Właśnie po to jesteśmy, by pomóc przejść przez te trudne sytuacje w jak najłagodniejszy sposób (a często przecież w przypadku tych osób dochodzi jeszcze bariera językowa).” Tu mam kolejne pytanie: Czy konsul RP w Republice Czeskiej ma inne zdanie na ten temat?

Nie dajmy się ponieść retoryce niektórych. Nie stosujmy w tej sprawie zbyt daleko idących uogólnień. Przede wszystkim w interesie Państwa Polskiego jest sprawdzenie, czy rzeczywiście cały incydent można potraktować li tylko jako pacyfikację chuliganów, czy jednak zostali pokrzywdzeni obywatele polscy, których potraktowano niezgodnie z normami prawa międzynarodowego. Na koniec zaś kategorycznie wymaga wyjaśnienia zachowanie naszego konsula. Niezależnie bowiem do jakiej z dwóch wyżej wspomnianych kategorii zaliczymy incydent, jego odpowiednio wczesna interwencja z pewnością by mu zapobiegła, a polscy obywatele nie zostaliby przez policję pobici. Może się mylę, ale tak rozumiem nasz dobrze pojęty interes, który jak sądzę powinien być tak pojmowany także przez konsula. W tej sprawie z całą pewnością powinno się wypowiedzieć MSW. Tylko kto w imieniu kibiców Piasta Gliwice, gliwiczan, obywateli RP, z takim zapytaniem do ministerstwa się zwróci? To już ostatnie pytanie…


Published in: on 20/09/2011 at 9:20 am  Dodaj komentarz  

A jeśli Ela Kwaśnicka nie kłamie?

Choć znając wszystkie fakty, którą to znajomością zaraz podzielę się z Czytelnikami, trudno mi w jej prawdomówność uwierzyć, jednakowoż muszę zakładać choćby w minimalnym stopniu, że nie kłamie. A wtedy? Wtedy wniosek jest tylko jeden: Ela Kwaśnicka w żadnym wypadku posłanką zostać nie może!

Po kolei jednak. Chciałem już zająć się sprawami znacznie ciekawszymi niż te związane z kandydatką, na którą przecież głosował nie będę, ale wczoraj pojawiły się na moim blogu dwa komentarze niejakiego „baciara”. Przytoczę ten z nich, mający związek ze sprawą:

Czy jeśli ja napiszę post i podpiszę się jako Dariusz Jezierski, to moje wypociny będą szły na konto szanownego Autora? Czy nie taką metodę zastosowano wobec pani Eli?

Jeśli chodzi o pierwsze pytanie – tak, to możliwe, ale na pewno nie na tym blogu. Pytanie drugie jest ciekawsze, bowiem zawiera w sobie niespecjalnie zawoalowaną sugestię, że oto ktoś najwyraźniej chciał spróbować dorobić Pani Eli gębę, której nie ma i zdyskredytować ją tym samym publicznie. Pozwolę sobie w to wątpić. Dlaczego? Zamieszczam screen, na którym wyraźnie widać, że post został wysłany przez Elę Kwaśnicką z podanym adresem kwasnicka@kwasnicka.pl (jest też IP).Hmm, ciekawe, prawda? Ciekawość czasem skutkuje wiedzą i dlatego dzisiaj postanowiłem zajrzeć sobie na profile kilku osób, nie będąc pewnym, czy inne baciary nie dyskredytują mojego tekstu, poczytalności i diabli jeszcze wiedzą czego. I znów niespodzianka. Pan Michał Jaśniok na tablicy p. Eli Kwaśnickiej zapytał ją o to, czy haniebny wpis w komentarzu na moim blogu jest jej autorstwa. Odpowiedź p. Eli jest następująca:

Przepraszam ale nie wiem (przynajmniej teraz ) o jakim wpisie Pan pisze 🙂 i nie kojarzę Pana Jezierskiego. Pozdrawiam Ela. PS. jeżeli było coś toksycznego – to nie chcę się tym zajmować 🙂

Jak widać, z uśmiechami, z jakże kobiecym i delikatnym odżegnywaniem się od wstrętnych i toksycznych rzeczy. Lukrecja Borgia, czy ki diabeł? Czemu pytam? Bo za tą słodyczą czai się łgarstwo kolejne. Znowu screen, z którego jasno wynika, że Ela Kwaśnicka nie dość, że mnie kojarzy, to jeszcze powzięła informacje o tym, kim jestem. Pisałem już zresztą o tym.

Cóż, przedstawiłem dwa dowody na to, że Ela Kwaśnicka kłamie. Ale nie jesteśmy w sądzie i trudno to jeszcze definitywnie osądzić, prawda? Nie osądzajmy więc. Jeśli jednak mamy założyć, że Ela Kwaśnicka nie kłamie, to wnioski są oczywiste. Przede wszystkim czas powiadomić prokuraturę! To co zrobiła ta szuja, która włamała się do prywatnej poczty p. Eli, na jej prywatnej domenie w dodatku, podlega pod paragrafy i to liczne! Aż drżę na samą myśl, co taki podły człowiek, a może ludzie, wszak może to być spisek, mogą jeszcze wymyślić żeby zdyskredytować p. Elę! To już gorzej niż zwykły baciar!

Jeśli zaś chodzi o odpowiedź Panu Jaśniokowi i jej zupełną sprzeczność z wpisem na profilu p. Adriana Króla, to zakładając prawdomówność p. Eli, trzeba skonstatować, że komentuje to, czego nie czytała (mój tekst) lub, że po kilku dniach zapomina to, co przeczytała. Jak zatem będzie pracowała w Sejmie??? Tam będzie trzeba dużo więcej przeczytać i zapamiętać. Wracamy zatem do wniosku postawionego na początku. Jeśli p. Ela Kwaśnicka nie kłamie, to w żadnym razie nie może znaleźć się w Sejmie! Może bowiem w swojej pracy być równie solidną co w swojej przedwyborczej sieciowej aktywności. O brakach w znajomości mnemoniki nie wspominając.

A jeśli Ela Kwaśnicka kłamie (co dla mnie jest już oczywiste)? Sprawa jest prosta – jej obecność na najbardziej eksponowanym miejscu wyborczej listy SLD jest skrajnym nieporozumieniem.

Published in: on 27/08/2011 at 8:53 pm  2 Komentarze  

O, Ela! Straciłaś…

ELA Kwaśnicka w komentarzu pod moim poprzednim tekstem:

https://darjez.wordpress.com/2011/08/18/zdejmiemy-zielony-obrus-adrianowi-krolowi-odpowiadam/

w odpowiedzi na moją, może i przykrą w odbiorze, ale nieuwłaczającą nikomu i nikogo nieobrażającą krytykę, obraziła mnie w niewybredny sposób, podając w wątpliwość moją sprawność intelektualną. Zatem (oczywiście na początek)…

O, Ela! Straciłaś…

Nie, na pewno nie przyjaciela, że sparafrazuję tekst znanej niegdyś piosenki, bo za takiego dla Ciebie nigdy nie mógłbym uchodzić. Powiem nawet wprost, że już raczej między Twoich nieprzyjaciół (tylko politycznych!) można by mnie zaliczyć. Wytłumaczę już na wstępie, Ela, skąd ten mój kolokwialny ton. Pozwoliłaś sobie mianowicie, Ela, na komentarz, na który, z racji pozycji, do której aspirujesz, nie powinnaś sobie pozwolić. Widzisz, Ela, każda „jedynka” jest na cenzurowanym. Ty też, Ela i dlatego pozwoliłem sobie na prywatnym blogu napisać, co sądzę o Twojej, Ela, kandydaturze. Zgodnie z wszelkimi regułami udostępniłem to wszystkim, którzy chcą czytać. I Ty, Ela, przeczytałaś. Polemizuje ze mną, w zgodzie z wysokimi takiej polemiki standardami Pan Adrian Król i bardzo to sobie cenię i szanuję. Ale Ty, Ela, napisałaś dosłownie: „Czy ty człowieku leczysz się na głowę?”. Pojechałaś, Ela! – dostosuję się do twojego stylu – bardzo żałośnie. I nie chodzi mi bynajmniej o trącący nieco myszką, raczej już mało używany zwrot, ale bardziej o demonstrację braku wartości i kultury politycznej, które sobą powinnaś reprezentować. Bo widzisz Ela, Ty dajesz mi rady (o czym za chwilę), więc ja Ci dam małe upomnienie. To co napisałaś jest mało polityczne i w zasadzie powinienem czuć się urażony i próbować dochodzić swoich praw jako osoba prywatna obrażona w niewyszukany sposób przez osobę publiczną. Do wczoraj nie miałem wyrobionego zdania o Pani Kwaśnickiej, o pardon! O Eli, nie wiedząc nic o Twoich kwalifikacjach, zaletach i wadach i pisałem  że jesteś dla mnie anonimowa. I druga uwaga, Ela. Sporo osób w Polsce „leczy się na głowę”, korzystając z pomocy psychologów i psychiatrów. Walczą ze słabością, z demonem, którego sobie, Ela, nawet wyobrazić nie możesz. Wielu z nich pójdzie do urn, być może także na Ciebie, Ela, chcąc oddać głos. Nie obrażaj ich więc przy okazji. Żeby skończyć temat, powiem jeszcze o swojej głowie – nie Tobie jej stan oceniać, bo nie posiadasz instrumentów.

Przywołałem tu Twoje kwalifikacje i zalety. Nieprzypadkowo. Bo oto inny zgoła komentarz, już nie na moim blogu, ale na FB Adriana Króla. Jakże inaczej brzmi! Na miły bóg, toć to już prawie parlament!  Aż zacytuję, wciąż pod wrażeniem będąc: „co za troska Pana Redaktora o jakość naszych list -wielkie dzięki. Gdyby jednak Pan się troszke postarał to wiedziałby, że można mi wiele zarzucić ale nie brak odwagi i kompetencji. A tak dla Porządku: Mam na imię Ela (właściwa pisownia). I moja rada 🙂 proszę zmienić OZI 🙂” Ileż tu szacunku (nawet duże litery!). Również szczypta ironii, choć przyznam, bez polotu. Jak to brzmi w porównaniu z „Czy ty człowieku leczysz się na głowę”? Czyżby dwie twarze ewentualnej posłanki? Jedna ugrzeczniona – eksponowana na widok publiczny, druga, chyba jednak prawdziwa – do dyskusji z krnąbrnymi wyborcami, czy dziennikarzami? Dobrze się stało, że ta druga twarz mignęła nam już teraz. Postaram się, i to Ci Ela obiecuję, zatrzymać ją jak w kadrze i pokazać maksymalnie dużej liczbie osób. Tak się składa, że sam mam raczej lewicowe poglądy i dotyczy to również bardzo wielu bliskich mi osób.

Wróćmy jednak do drugiego komentarza i zacznijmy od mojego zainteresowania. Z OZI nie korzystam, a informacje o ludziach, którzy mnie interesują, zdobywam zwyczajnie, ludzkimi metodami. Więc ta rada mi nie pomoże. Ale ciekawi mnie tu coś innego – gdzie to zarzuciłem Ci, Ela, brak odwagi i kompetencji? Jak to pisał Pan Adrian Król? „Uderz w stół, a nożyce same się odezwą”? Zaiste, mądrze prawił! Więc o co chodzi, Ela? Prewencja? Jakieś słabe punkty, czy kompleksy? Nie zarzucałem Ci niczego, pisząc jedynie, że jesteś dla mnie anonimowa. Już nie. Bo teraz mogę Ci Ela zarzucić coś innego – zwyczajny brak kultury i totalną polityczną niezgrabność. I to wszystko. Na koniec, Ela, wybacz Elżbietę. Każdy zapytany, który Cię nie zna (a ja Cię nie znałem), stwierdziłby, że Ela to Elżbieta. Jestem mniej bezpośredni niż Ty (w zasadzie byłem, bo mnie z tego zwolniłaś) i nie ośmieliłbym się na taką poufałość. Ale Ela mi pasuje. Bardzo. Elżbieta brzmi zbyt poważnie.

Published in: on 19/08/2011 at 8:50 am  5 Komentarzy  

Zdejmiemy zielony obrus? – Adrianowi Królowi odpowiadam

To pytanie kieruję bezpośrednio do Pana Adriana Króla z bytomskiego SLD, o którego istnieniu pewnie bym nie wiedział (bez urazy!), gdyby nie jego komentarze pod którymś z moich tekstów. Oto link do jego blogu (nie czekam na rewanż!), który, przyznam, od czasu owych komentarzy zacząłem śledzić z zainteresowaniem, gdyż autor pisać potrafi i w dodatku ciekawie.

http://adriankrol.blogspot.com/2011/08/negocjacje-przy-zielonym-2004-stoliku.html

Tym razem jednak mało to merytoryczne, a bardzo w typie kaznodziejskim. Jest o wierze w samego siebie i o innych sprawach, jest i sugestia, co do wyjątkowej bezwzględności w walce o „jedynki’ (w kontekście tytułu wyraźnie mowa o zaiste krwiożerczej, bezwzględnej i okrutnej Małgorzacie Tkacz-Janik, która ku zaskoczeniu wielu nie została „jedynką” w naszym okręgu). Krytykując medialną kampanię przeciw SLD, tworzy pan Adrian jednocześnie mit o pazernych Zielonych, mający w sobie tyle samo prawdy, co doprawiona gęba wilka z bajki o Czerwonym Kapturku. Rozumieć chyba należy, że niespodziewana zupełnie na czubie Elżbieta Kwaśnicka ma być przykładem tego, jak osoba pokorna i w pocie czoła pracująca, zostaje nagrodzona niespodziewanym awansem? Dla mnie ta obecność świadczy jedynie o bezpardonowej walce, ale zupełnie gdzieś indziej, konkretnie w samej SLD. Pewnie Pan Zaborowski w duchu przyzna mi rację. Rzecz w tym, że kandydatura Kwaśnickiej, która sama jest dla mnie tak anonimowa jak którykolwiek z kuzynów Marka Widucha, jest już czymś więcej niż niezręcznością. Jeśli ma wygrać rzeczywiście – może się pomylić. Rozmawiam z ludźmi, także mocno lewicowymi – nie lubimy jej tu. Nie jest naszą kandydatką i mamy pełną świadomość, że została oddelegowana do załatwienia kilku spraw takoż prestiżowych (Z kontra N) jak pokazowych („a jednak kobieta!”). A jeśli ma wygrać Marek Widuch? Cóż, w powszechnej opinii został nieco ośmieszony. Jedno pokazaliście na pewno – słabość i nijakość gliwickich struktur SLD. I partia zapłaci za to szybciej niż się wydaje.

A co do „magii jedynki”. Panie Adrianie, proszę nie pozować na ideowca. 70 % elektoratu głosuje „po numerku jeden” i statystyka już się z tym uporała, pokazując te zależności. Ale tu może zadecydować jak nigdy dotąd czynnik irracjonalny. To mieszanie w kociołku nie podoba się także wielu osobom ściśle związanym z SLD. W krańcowym przypadku może się to skończyć tak, że zostaniecie bez mandatu. Tkacz-Janik jest społeczną liderką i żadne złośliwości nic tu nie zmienią. Sposób jej potraktowania jest mało elegancki i słychać to w wielu niezależnych komentarzach. Jej wynik z wyborów samorządowych mówi sam za siebie i proszę mi wierzyć, jej osoba mandat SLD gwarantuje. Nie ukrywam, że od kilku dni sam namawiam ją do tego, żeby nie odpuściła i spróbowała zaapelować do zdrowego rozsądku waszych liderów. To wszystko można odwrócić.

Wrócę do zielonego stolika. Po co w tym momencie narzuca Pan tu zielony obrus? Zdaję sobie sprawę, że i Pan czuje, że nie załatwiono niczego. Ale te sugestie zawarte w Pana krótkim tekście wręcz skłaniają do zdarcia tego obrusiku. To co, zaczynamy dyskusję o rzeczywistych powodach awansu Pani Kwaśnickiej? O Waszych wewnętrznych rozgrywkach, których projekcją jest niestety sytuacja na liście w naszym okręgu? Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą, ale cena, którą chce SLD zapłacić w cudzej (zielonej) walucie jest zbyt wysoka. Całe lata mozolnej politycznej pracy Zielonych na Śląsku, cały spektakularny sukces tej partii, przy małych jeszcze (niestety!) możliwościach jest już walorem, którego nie można tak po prostu oddać za darmo. Gra idzie o rzeczy dużo większe i o dłuższych w czasie konsekwencjach i doskonale Pan o tym wie, ale nie miejsce tu na takie dywagacje.

Idealnym i budzącym szacunek zagraniem ze strony SLD będzie zaproponowanie tej „jedynki”, jeszcze przed niedzielnym konwentem, Małgorzacie Tkacz-Janik. Mam nadzieję, że tak się stanie. Dla dobra, które wykracza poza zwykłe personalne rozgrywki.

Pozdrawiam

dj

Published in: on 18/08/2011 at 9:01 am  15 Komentarzy  

Wyborcza makutra Napieralskiego

Będzie o kobietach, stąd wybaczą mi Panie tę żartobliwą makutrę w tytule. Skojarzenie takie zrodziło się, gdy obserwowałem proces ustalania list wyborczych SLD, zresztą nie tylko w naszym okręgu wyborczym. Powiedziałem „a” w tekście „Św. Mikołaj Napieralski…”, czas powiedzieć „b”, bo od tamtego czasu zmieniło się sporo.

Zatem w reporterskim skrócie… Tomasz Kalita miał startować w Gliwicach. Już mocno się szykował, już zapewne nawet wkuwał co ważniejsze dane, a tu nagle zmiana: partia potrzebuje go na innym odcinku, czytaj lepszy kąsek pan Tomasz dostanie, bo z posmakiem krakowskich obwarzanków. Poszedł na to! Głupi by nie poszedł. Naturalną koleją rzeczy, jak mi się zdawało, Małgorzata Tkacz – Janik, jedynka z ostatnich wyborów samorządowych, mogłaby spokojnie wskoczyć na pierwsze miejsce listy. Nawiasem mówiąc, jestem przekonany i nie zmienię zdania, że byłby to najmądrzejszy ruch SLD. Stało się inaczej. Wierchuszka zakręciła w makutrze i oto zupełnie niespodziewanie w szranki wyborcze z pozycji lidera miał wejść Marek Widuch. Tkacz – Janik, wszystko na to wskazywało, miała być dwójką. Popełniła jednak sporą nieostrożność – ośmieliła się czytelnie i dość głośno skrytykować politykę SLD względem kobiet na listach wyborczych partii. Słusznie skrytykować, o czym później. W partyjnych trybach jednak taka krytyka traktowana jest najwyraźniej jak wrzucony w nie kamień. Makutra Napieralskiego popracowała znowu i wyrzuciła… aż dwie kobiety! Jakim cudem? To proste – jedną wyrzuciła nagle na powierzchnię aż ze Śląskiej Rady Wojewódzkiej SLD i oto na miejscu numer 1 w okręgu gliwickim znalazła się Elżbieta Kwaśnicka (przynajmniej swoja babka, bo z sąsiedniego Knurowa). Drugą też wyrzuciła, ale za karę chyba – Tkacz Janik najprawdopodobniej nie wystartuje bowiem w wyborach z list SLD. Cóż, karząca ręka partyjnej sprawiedliwości jest surowa. A ja dodam do tego, że sam Grzegorz Napieralski ma coś wspólnego z Temidą. Podobnie jak ona jest ślepy. O tym później. Muszę bowiem zacząć od gratulacji, gdyż najwyraźniej krytyka Małgorzaty Tkacz – Janik spowodowała tę, koniec końców pro kobiecą, zmianę na liście. Nawiasem mówiąc cała ta sytuacja potwierdza jedną istotną moją tezę – Marek Widuch, forma przetrwalnikowa SLD w gliwickiej Radzie Miejskiej czuje się dobrze i zapewne czekać w niej będzie do następnych wyborów samorządowych. Wtedy spróbuje się przepoczwarzyć w stworzenie polityczne dużo bardziej aktywne, żywotne i agresywne. Czy się uda? Osobiście wątpię.

Wróćmy jednak do ślepoty Napieralskiego. Z mozołem budowany mit o pro kobiecej orientacji SLD właśnie rozsypuje się w kawałki. Zadecydowało o tym stare dobre partyjniactwo. Person, jak pisałem we wspomnianym wcześniej tekście, do obdarowania jest wiele, ale jak o prezenty chodzi, bida. Polskie kobiety takiego traktowania SLD nie wybaczą i sądzę, że boleśnie dadzą partii odczuć swoją niechęć, nie tylko w tych wyborach. Są coraz mocniej w polityce i w walce o ich głosy, skądinąd przyjemna w percepcji twarz pana Grzegorza może okazać się niewystarczająca.

SLD nie ma w tej sprawie czystego sumienia. Wystarczy prześledzić casus Wandy Nowickiej, było nie było, nie jakiegoś pionka, ale szefowej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, która w wyniku partyjnego „ucierania”, mimo wcześniejszych obietnic, wylądowała na 4 miejscu (a jakże, nawet za szefową młodzieżówki SLD). Pani Wanda zachowała się z godnością – z kandydowania zrezygnowała.

Swoją drogą SLD ma niezwykłą łatwość cokolwiek nieeleganckiego wychodzenia z wszelkich aliansów i politycznych sojuszy. W kilka tygodni trwoni kapitał, na który składała się dość konsekwentna polityka kilku ostatnich lat. Cóż, ważniejsze rozdawnictwo wśród swoich niż polityczny pragmatyzm. Za tę ślepotę swoich liderów, ta formacja drogo jednak zapłaci. Chociaż czy ślepotę? Czy Napieralski ma wyjście? Ręce się wyciągają, to jak ma nie dać? Opozycja ma to do siebie, że najczęściej rodzi się z niezadowolenia. Przeciwników pan lider ma już sporo, sojuszników musi sobie kupić i to prawda stara jak świat i praktykowana nawet w najbardziej ideowych formacjach.

Na koniec jeszcze jedna konstatacja. Jeśli miałem wątpliwości co do pewnego zdenerwowania, które w szeregach SLD wywołał dość słyszalny protest w sprawie liczby kobiet na jedynkach, pozbyłem się ich po lekturze oświadczenia, które wydał w tej sprawie Tomasz Kalita, rzecznik SLD. Aż zacytuję dosłownie, nie żądając nic za upowszechnianie treści:

W związku z doniesieniami prasowymi o rzekomo niskiej liczbie kobiet na listach wyborczych SLD uprzejmie informuję, że na listach wyborczych Sojuszu kobiety zajmują blisko 40 proc. miejsc.

Czołowe miejsca na listach wyborczych zostały skonstruowane w oparciu o metodę suwakową. I tak w pierwszej trójce na listach wyborczych SLD obecnie znajduje się 35 proc. kobiet.

W wielu okręgach wyborczych (np. w okręgu nr 4 Bydgoszcz, okręgu nr 11 Sieradz, nr 16 Płock, nr 27 Bielsko-Biała) kobiety zajmują 50 proc. miejsc. Są również takie okręgi, jak rybnicki nr 30, gdzie kobiety zajmują więcej miejsc niż połowa składu listy.

Na naszych listach wyborczych znajdują się również przedstawicielki m. in. Partii Kobiet z którą SLD zawarło porozumienie. Przewodnicząca Partii Kobiet Iwona Piątek zajmuje pierwsze miejsce na liście wyborczej SLD w okręgu sieradzkim.

Jednocześnie informuję, że przyjęte przez Sejm rozwiązanie odnoszące się do kwot płci na listach wyborczych funkcjonuje w Sojuszu Lewicy Demokratycznej od wielu lat. I w każdych wyborach na listach wyborczych SLD jest niemniej niż 30 proc. kobiet.

Na litość boską, Panie Rzeczniku! Tyle błędów w jednym tekście?! Gramatycznych, stylistycznych, a nawet orta widzę?! Musiał Pan być bardzo zdenerwowany. I więcej już komentował nie będę, zwracając tylko uwagę na jeden fakt – dziwnym trafem w tej swojej matematyce o jedynkach Pan zapomniał. Metoda GUS z lat 70-ch? Liczymy to, co nam pasuje? W takim razie niedługo nie będziecie już mogli Panowie liczyć na nikogo…

Published in: on 08/08/2011 at 8:33 pm  Comments (1)