Lutowe rocznice, czyli o wieszczu zapomnianym

Krótki to będzie felieton, ale na czasie. My Polacy w kwestii oddawania hołdu naszym wielkim rodakom popadamy w skrajności. Albo, czasem nawet nie do końca zasłużenie, celebrujemy jedną czy drugą rocznicę na pograniczu farsy, albo zgoła odwrotnie – przemilczamy ją zupełnie. chciałem zatem ten tekst poświęcić dwóm rocznicom urodzin, dwóch bezsprzecznie wielkich (czy na pewno?) Polaków: Piotra Skargi i Zygmunta Krasińskiego.

Piotr Skarga, który większości kojarzy się z obowiązkowymi partiami materiału w szkole średniej dotyczącymi „Kazań sejmowych”, został w 2012 roku uczczony w sposób szczególny – Sejm RP uchwalił ten rok Rokiem Piotra Skargi. I co, że zapytam obcesowo? I nic! Zważywszy bowiem na oficjalny charakter sejmowych decyzji, jakoś cicho przeszła rocznica urodzin księdza – patrioty przypadająca na 2 lutego (urodził się w roku 1536). To, co głosił Skarga raczej nie znajduje wśród współczesnych gorliwych słuchaczy. Skarga był nierelatywny do bólu. A przecież drogie mu patriotyzm, religijność i wiele innych kwestii raczej odsuwamy pośpiesznie „na inną okazję”. Oczywiście wiele przekonań wielkiego polskiego kaznodziei nie przystaje do naszych czasów i mam tu na myśli chociażby jego religijną nietolerancję. Zważmy jednak, kiedy i w jakich okolicznościach swoje tezy głosił. Zapomnieliśmy (jako społeczeństwo) o urodzinach człowieka, któremu poświęciliśmy rok, mamy jednak sporo czasu, aby się poprawić. Dla zainteresowanych jak najbardziej na miejscu w tym kontekście informacja – Teatr Nowej Sztuki przygotowuje spektakl na motywach „Kazań sejmowych”. W roli Księdza wystąpi w nim Mateusz Mikołajczyk. Zobaczymy go już wkrótce.

Teraz o okazji innej, zapewne większej, choć zupełnie przemilczanej. Od dłuższego już czasu ze zbiorowej świadomości wypierany jest Zygmunt Krasiński. To bardzo niewygodny dla wielu „trzeci wieszcz”. Tymczasem 19 lutego obchodziliśmy 200 rocznicę jego urodzin. Niegdyś, „za ludowej władzy”, godzono się jedynie na „Nie-Boską komedię”, wspominając jeszcze „Irydiona”, a zupełnie pomijając pisma polityczne. Podejmowane przez wielkiego poetę kwestie etyki w polityce były w oczywisty sposób niewygodne. Czy wygodniejsze są dziś? Najwyraźniej nie, skoro rok 2012 jest rokiem Skargi i Korczaka, a okrągła rocznica związana z Krasińskim została zbagatelizowana. A może przeszkadza tu raczej tak ścisłe u Krasińskiego wiązanie kwestii  polityki z etyką chrześcijańską? Tych przyczyn jest zapewne więcej i warto zająć się ich wnikliwą analizą pro publico bono. Na pewno jednak nie powinno się kryteriów w rodzaju wymienionego wykorzystywać do wartościowania dzieła poety. Wielkim artystą jest się niezależnie od przekonań politycznych. W Polsce zbyt często o tym zapominamy. Przeznaczę zatem ostatnie kilka linijek dla słów samego zapomnianego Zygmunta Krasińskiego:

Każdy już nie tylko siebie kocha, ale czci siebie. Każdy przemienił się w ołtarz, na którym sobą samym komunikuje sobie samemu, a wszystko w imię demokracji i socjalizmu, czyli abnegacji tak szalenie daleko posuniętej, że w urzeczywistnieniu każdego by osobnika przetworzyła na machinę ślepo zazębioną o przyległą drugą, na cyfrę, na zero!

Do wielu zjawisk z naszej współczesności te słowa pasują, niestety.

Published in: on 21/02/2012 at 6:32 pm  Dodaj komentarz  

Czy będzie następcą prez. Frankiewicza?

Z tymi moimi prognozami, to różnie bywa. Często jednak sprawdzają się te, o których inni sądzą, że mówiąc najdelikatniej, z palca są wyssane. To dlatego, że zamiast wieszczyć ze znaków na ziemi i niebie, wolę zastanowić się nad kwestiami, które na pierwszy rzut oka niewiele łączy. I nagle pojawia się pewna całość. Czasem to twór w stylu Danikena i już przez to wart rozpropagowania jako para polityczna literatura rozrywkowa. Czasem jednak, wystarczająco często by wciąż próbować, ma to prawie charakter antycypacji. W tym miejscu na wszelki wypadek poproszę o jedno – nie przypisujcie mi Szanowni Czytelnicy, jakichś parapsychicznych więzi z urzędującym prezydentem miasta, gdyby okazało się, że strzał jest celny. Ewentualne spory i tak rozstrzygnie dopiero, już nie tak odległa przecież, przyszłość.

Pełniący od niedawna obowiązki zastępcy prezydenta miasta Krystian Tomala z całą pewnością jest postacią interesującą. Czasem pozory mogą mylić, ale obserwowałem go dość uważnie, kiedy wypowiadał się dla mediów, kiedy zabierał głos podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej. To trochę tak, jak z aktorem na castingu – on stara się schować za mentalną podwójną gardą (w końcu tego się uczył poznając tajniki zawodu), a reżyser musi się przedrzeć przez tę zasłonę i ocenić rzeczywistą przydatność delikwenta. Starałem się zatem wniknąć pod zaporową zasłonę spokojnego głosu i wyważonych słów i dostrzec człowieka, który co najmniej przez najbliższe lata będzie musiał radzić sobie z presją, zachowując przynajmniej pozory opanowania. Co dostrzegłem? Prawie monolit – Krystian Tomala jest człowiekiem odpornym i odnoszę wrażenie, że odpornością inną niż jego poprzedniczka, która wprawdzie na pierwszy rzut oka również opanowanie okazywała, ale płaciła za to ogromną cenę. Krystian Tomala poradzi sobie z obciążeniami w sensie mentalnym. Już samo to czyni go graczem. Nie poda się do dymisji pod wpływem frustracji, czy nagłego zniechęcenia, co więcej, zachowa twarz pokerzysty i nie pokusi się o błyskotliwe jego zdaniem a w rzeczywistości złośliwe riposty, które potem będą cytowane w mediach i wykorzystywane przeciwko niemu. Tak, w tym sensie również jest graczem. Pójdę jeszcze dalej stwierdzając, że swoim opanowaniem i zimną krwią przewyższa nawet swojego szefa, któremu zdarza się słowem, gestem lub mimiką okazać frustrację, zniecierpliwienie czy złość. To dobra cecha polityka, ale diabelnie niebezpieczna dla adwersarza. Spokojny, monotonny, sugestywny i przy tym wszystkim dość przyjemny głos Krystiana Tomali potrafi uśpić czujność przeciwnika i, być może przede wszystkim, zjednać przychylność niezdecydowanego, czy niemającego wyrobionej opinii słuchacza. W naturze najbardziej niebezpieczne osobniki potrafią ruchem i dźwiękiem dosłownie zahipnotyzować przeciwnika (nie chcę tu powiedzieć wprost „ofiarę”, aby nie stworzyć wrażenia, że w tym momencie przypisuję zastępcy prezydenta jakieś złe intencje).

Na niektórych forach pojawiły się informacje i linki do materiałów, które miały w zamyśle ukazać Krystiana Tomalę w negatywnym świetle. Chodziło tu rzecz jasna o jego pracę na stanowisku dyrektora Domu Współpracy Polsko – Niemieckiej. Za jego kadencji doszło tam do wielu nieprawidłowości – niektóre sprawy ciągną się po dziś dzień. Dyrektor Tomala podał się wówczas do dymisji. Cóż, można na to oczywiście patrzeć dwojako. Ja jednak optuję za typowym polityczno – urzędniczym instynktem zachowawczym. Najwyraźniej ta dymisja miała miejsce w odpowiedniej chwili i najwyraźniej sama osoba dyrektora nie była w sprawę uwikłana, bowiem trudno sądzić, że nie wyszłoby to w śledztwie. Takie doświadczenie z całą pewnością sprawnego menadżera i polityka sporo uczy. Z całą pewnością zatem Krystian Tomala nigdy więcej nie będzie na tyle nieostrożny, aby w jakiejkolwiek skali do podobnej sytuacji dopuścić. To ewidentna zaleta takiej „schodkowej” drogi kariery (przypomnijmy, że potem był MZUK). Czasu na pobieranie nauk z życia obecny zastępca prezydenta miasta miał dostatecznie wiele. Teraz zaś trafił do resortu, w którym swoją wiedzę będzie mógł zdyskontować nadspodziewanie łatwo. Dlaczego? To oczywiste. Jego wiele lat piastująca to stanowisko poprzedniczka okazała się wyjątkowo mało efektywna i tym eufemizmem skończę podsumowywanie tego, co zrobiła dla gliwickiej oświaty i kultury. Wydaje się, że w rozkopanym ogródku, który zostawiła, już samo staranne wyznaczenie grządek będzie wydarzeniem. Zważywszy zaś, że Krystiana Tomalę zdecydowanie stać na więcej, możemy spodziewać się spektakularnych, efektownych, a z całą pewnością efektywnych pociągnięć. Tu zdanie moje jest niezmienne – o takie zmiany aż się prosi i każdy, kto ich dokona już tylko przez to zasłuży na uznanie. Jakie to sprawy? Pewnie nikogo nie zaskoczę, powtarzam te opinie od dawna. Będą to np., że wymienię pierwsze z brzegu, odpowiednie pociągnięcia kadrowe w GTM, adekwatny do możliwości miasta system wsparcia i promocji utalentowanej młodzieży, działania wyrównujące szanse dzielnic odstających od najlepszych, umiejętne wykorzystanie infrastruktury kulturalnej dla kulturotwórczej aktywizacji społeczności miasta, być może przynajmniej plany zmierzające do powstania w Gliwicach galerii z przestrzenią wystawienniczą odpowiadającą współczesnym standardom. Można by tu wymieniać dłużej. Dość powiedzieć, że stworzenie funkcjonalnych programów i kilka prostych decyzji może przynieść miastu wielkie zmiany jakościowe. Co z tego wynika? Ano przede wszystkim stosunkowa łatwość kreacji Krystiana Tomali na wyjątkowo sprawnego menadżera i człowieka z wizją. oczywiście nie odbieram mu tych cech awansem i oby okazało się, że rzeczywiście je posiada.

Pora na zebranie tych luźnych spostrzeżeń we wnioski. Do kolejnych wyborów prezydenckich zostało około 3 lat. Wprawdzie w tej chwili bardzo trudno przewidzieć jak będzie się kształtowała sytuacja polityczna za 3 lata, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, ze w Gliwicach główni pretendenci do prezydenckiego fotela wyłonieni zostaną z PO i Koalicji dla Gliwic. Celowo nie napisałem, że jednym z kandydatów będzie Zygmunt Frankiewicz, bo bardzo możliwe, że on sam jeszcze tego nie wie. Podobno już ostatnio mocno zastanawiał się, czy wystartować. Można zatem przypuszczać, że będzie się zastanawiał również przed kolejnymi wyborami. Jeśli na przykład zechce kontynuować karierę polityczną na innym szczeblu, lub skoncentrować się na działalności biznesowej, z całą pewnością, co jest naturalne, będzie mu zależało na kontynuowaniu jego, było nie było, dwudziestoletniej wizji. Jego pozycja po własnej stronie sceny politycznej jest natomiast tak silna, że naturalną koleją rzeczy kandydatem zostanie osoba przez niego wskazana. Nie będę specjalnie oryginalny jeśli stwierdzę, że długo myślałem, iż może to być Marek Pszonak. Wciąż tego nie wykluczam, ale zdecydowanie twierdzę, że pojawił się kandydat kolejny. Powiem więcej, dla mnie zdecydowanie kandydat ze wskazaniem. Oczywiście mam na myśli dzisiejszego zastępcę prezydenta miasta Krystiana Tomalę.

Implikacje tego faktu? Jeśli się nie mylę, walka wyborcza zaczęła się już kilka tygodni temu, a jej pierwszą odsłonę mieliśmy (i mamy!) w związku z problemem szkolnictwa specjalnego w Gliwicach. Opozycja z całą pewnością powinna bić w tarabany. Po drugiej stronie politycznej szachownicy żadnych błędów nie będzie. Mimo pozornej porażki Koalicji w głosowaniu, punkty bonusowe zbiera właśnie Krystian Tomala. Dla postronnego obserwatora jego koncepcja jest skończenie spójna i bardzo dobrze podana, a tymczasem piłeczka jest po stronie większości, która projekt uchwały odrzuciła. Kolejna rudna będzie już stricte merytoryczna. Radni, którzy głosowali przeciw nie mogą czekać jedynie na kolejne propozycje prezydenckie. Sytuacja wygląda tak, że teraz za negacją musi pójść jakość. Do września jest wiele czasu i nawet gdyby nie dało się nic zrobić ad hoc i dzieci z obu szkół w nowym roku szkolnym znowu znalazłyby się w jednym budynku, znacznie łatwiej im i ich rodzicom będzie to zaakceptować, jeśli będą zaawansowane prace zmierzające do rozwiązania tego problemu. Ważne stwierdzenie na koniec. Opinia publiczna nie może pozwolić na twarde upolitycznienie tej sprawy. Obie strony muszą bowiem zgodnie pracować nad rozwiązaniem tej sytuacji. Rada Miejska musi włączyć się w to merytorycznie, czytaj koncepcyjnie, a prezydent miasta pogodzić się z porażką projektu poprzedniego i szukać rozwiązań alternatywnych. Będę do tego z pewnością wracał.

Published in: on 21/02/2012 at 10:12 am  Comments (1)  
Tags: , ,

Stać nas na system idealny

Od dłuższego czasu z uwagą śledzę dyskusję dotyczącą proponowanych przez władze miasta zmian w systemie szkolnictwa specjalnego. Mimo pewnych zastrzeżeń, merytoryczną dyskusję. Dyskusja może bowiem być merytoryczna nawet pomimo znaczącej różnicy zdań. Tak jest właśnie w tej sytuacji. Do tych sporów mimo stałej współpracy i projektów dotyczących edukacji i wychowania osób niepełnosprawnych fizycznie i intelektualnie, z braku dogłębnej znajomości tematu, włączyć się nie mogę. Mogę jednak i czuję, że powinienem zabrać głos z innej, nie mniej ważnej pozycji. Mam bowiem głębokie przekonanie, że oto dotykamy kwestii, w których twarda ekonomia nie tylko nie powinna, ale wręcz nie może być kryterium rozstrzygającym o takim lub innym rozwiązaniu. Poniżej garść refleksji.

Twarda ekonomia w zasadzie przemawia za Gliwicami. Osiągane wyniki, wskaźniki, rankingi i raitingi raczej lokują nasze miasto wśród tych, które nie muszą obawiać się najbliższej przyszłości i wręcz mogą sobie pozwolić na pewną „fantazję inwestycyjną”. Wiele wypowiedzi prezydenta miasta i jego współpracowników sugerowało, że właśnie idąc w tym duchu, Gliwice pozwalają sobie na zaciągnięcie poważniejszych kredytów inwestycyjnych, związanych chociażby z budową hali Podium. Nie chcę w tym miejscu dyskutować o tym, czy właśnie takie inwestycje są dla Gliwic najlepsze, choć swoje odmienne zdanie nieraz artykułowałem. Przyjmę więc domyślnie, dla potrzeb tej argumentacji, że mamy do czynienia z kwestią, której realizacja dyskusji już nie podlega. I w tym miejscu pozwolę sobie na pierwsze poważne zastrzeżenie. Wizjonerstwo w inwestycjach i planowanie ich i ich skutków w dużej perspektywie czasowej jest jak najbardziej pożądane. To w końcu Ci, którzy wyprzedzą innych i odważnie znajdą się w gronie prekursorów jakichś rozwiązań zbiorą z tego największe profity. Inni będą już tylko wtórni i będą się starać odcinać kupony od sprawdzonego pomysłu. W przypadku Podium wtórni może nie jesteśmy, ale znamion oryginalności ten projekt zupełnie nie posiada. Nie o tym jednak. Rzecz bowiem w tym – i nie mam tu najmniejszych wątpliwości – że jakiekolwiek miasto może sobie fundować takie przedsięwzięcie wtedy i tylko wtedy, gdy załatwi zdecydowaną większość spraw socjalnych swoich mieszkańców, gdy wyrówna wszelkie wewnętrzne dysproporcje (myślę chociażby o dzielnicach), gdy wreszcie doprowadzi do sytuacji, że wzrośnie również poziom życia jego obywateli, którzy nie radzą sobie należycie z wyzwaniami współczesności (tu z kolei myślę o ludziach niewykształconych, wykonujących niskopłatne zawody, rodzinach dotkniętych patologią) oraz grup, które z racji swojego statusu siłą rzeczy wymagają opieki systemowej, czyli dzieci, osób starszych i wreszcie ludzi przewlekle chorych i niepełnosprawnych. Nie w tym miejscu chciałbym wymieniać poszczególne mankamenty dotykające rozwiązań we wszystkich wymienionych tu przeze mnie przypadkach, choć chyba warto wreszcie stworzyć coś w rodzaju listy socjalnych potrzeb miasta, które głośno chwali się dobrobytem. Będę do tego namawiał. W tym tekście jednak chciałbym odnieść się do sytuacji, o której mówimy, czyli do owych propozycji zmian w systemie szkolnictwa specjalnego w Gliwicach. Rzecz dotyczy likwidacji jednej ze szkół i pozostawienia ich tylko dwóch. Oczywiście argumenty twarde (ekonomiczne) przemawiają za tym. Niż demograficzny i spadająca liczba uczniów, konieczność ponoszenia kosztów utrzymania dodatkowej placówki i osób w niej zatrudnionych itp. Tylko że ja w tym miejscu powrócę do tezy sygnalizowanej na początku – mówimy o kwestii, której nie możemy rozpatrywać w kategoriach twardej ekonomii. Ważne jest tu sformułowanie „nie możemy”. Napisałbym „nie powinniśmy” gdybyśmy mówili o mieście o słabszej kondycji finansowej (np. o Bytomiu). W przypadku miasta tak możnego i dobrze prosperującego (przyjmuję na wiarę to, co mi się głosi w tym wypadku) stwierdzam kategorycznie, że nie możemy. W takiej bowiem sytuacji nasze miasto nie tylko stać na poniesienie kosztów edukacji niespełna 500 dzieci na najwyższym możliwym poziomie, ale wręcz powinno ono stać się pionierem modelowych rozwiązań w tej kwestii.

Bardzo dużo pracuję z osobami niepełnosprawnymi, także intelektualnie. Ja, w przeciwieństwie do wielu wygłaszających sądy, poznałem specyfikę tej pracy i widzę jak bardzo indywidualnego podejścia i jakiego czasu ta praca wymaga. Przełożenie jest tu oczywiste – spadek ilości uczniów szkół specjalnych nie powinien się przekładać (w bogatym mieście!) na natychmiastowe i poprawne ekonomicznie zredukowanie liczby szkolnych ławek, ale wręcz przeciwnie – na maksymalnie możliwe podwyższenie standardów edukacji. Oto bowiem otrzymujemy szansę kilkuletniej pracy, którą można zracjonalizować i zindywidualizować, podczas której można zmniejszyć liczbę uczniów przypadających na jednego nauczyciela, kładąc nacisk na pracę pedagogiczną dostosowaną do potrzeb konkretnego ucznia. Pośpieszna próba natychmiastowej likwidacji jednej z placówek jest dla mnie w tym kontekście pochopnym marnowaniem dużej szansy.

Jak stwierdziłem na początku, nie chcę zupełnie w tej chwili dyskutować o racjonalności projektu Podium, o potrzebie (i kosztach!!) zorganizowania w Gliwicach zjazdu Światowego Stowarzyszenia Technopolii, megachoinki za 200 tys., kwietnych potworów przez połowę roku straszących i „eksperymentalnej” jak widać fontanny. Część z tych przedsięwzięć (ale tylko część!) da się pewnie wybronić. Chcę jedynie w tym miejscu mocno stwierdzić, że czas wreszcie, aby nasze posażne miasto zasłynęło, być może nie tylko w Polsce, nowymi, świetnymi rozwiązaniami socjalnymi. Chociażby w kwestii szkolnictwa specjalnego. Są na to pieniądze, stać nas na to a taka edukacja teraz to ewidentne oszczędności w przyszłości. Mówimy o kilkuset dzieciach. Stwórzmy im warunki na miarę XXI wieku i tak też wyedukujmy. Stwórzmy im potem miejsca pracy i… uczmy tego innych. A potem? Stwórzmy system wsparcia rozwoju kulturalnego dzieci z rodzin ubogich, dzieci z dzielnic zapóźnionych w rozwoju w stosunku do innych. Stwórzmy system ŻYCIA KULTURALNEGO dla seniorów. Racjonalny system stypendiów naukowych dla młodzieży. Rzeczywiście funkcjonujący system stypendiów w dziedzinie kultury. I mógłbym tak dalej wymieniać. Dlaczego? Bo stać nas na to. A to, o czym piszę, to nie idée fixe miasta opiekuńczego. To jedynie propozycja zrównoważenia wydatków budżetu miasta. A zrównoważone wydatki to takie, które dostrzegają potrzebę INWESTYCJI (!!!) w sferze niematerialnej. Podkreślam, jeśli wierzyć samorządowi miasta, stać nas na to! A potem budujmy Podium, piramidy i tamy na Kłodnicy.

Wypada jednak w tym miejscu dodać jeszcze łyżkę dziegciu. To wszystko byłoby może możliwe, ale pod jednym warunkiem. Nie podzielam zdania wielu o złej woli prezydenta Frankiewicza. To głupie. Problemu upatruję jednak w miernej obsadzie niektórych stanowisk za kulturę i edukację odpowiedzialnych. Przede wszystkim mam tu na myśli stanowisko zastępcy prezydenta miasta. Pani Renata Caban zrobiła, co zrobiła – nic. Pana Tomali siłą rzeczy oceniać nie mogę – bardzo krótko zajmuje stanowisko. Może okaże się, że będzie znakomitym urzędnikiem, a może nie. Oby to pierwsze, bowiem Gliwice stać również na ŚWIETNEGO zastępcę miasta w tym sektorze. Podobnie jak na zespół znakomitych fachowców w dziedzinie edukacji i kultury. Takich, z którymi będzie można współpracować i będzie to twórcze i korzystne dla wszystkich.

Teraz jednak wiem jedno – propozycję przedstawioną przez prezydenta Tomalę należy bardzo starannie rozważyć z mocnym zastrzeżeniem, że w tym akurat przypadku etyczna argumentacja, jakże chętnie określana mianem niemerytorycznej, jest co najmniej tak samo istotna jak ta oparta na ekonomii. Zlikwidować zawsze jest najłatwiej – placówki i etaty. Niepokoi mnie narzucony znowu pośpieszny tryb procedowania sprawy. Na pośpiech bowiem nie wolno sobie w tej kwestii pozwolić. To byłoby nieetyczne. Jeśli zatem jest zbyt mało czasu dla merytorycznego i pełnego rozpatrzenia tych kwestii, Rada Miasta powinna wniosek odrzucić.

Published in: on 09/02/2012 at 8:10 am  4 Komentarze  

Odkryć Wisławę Szymborską

Wisława Szymborska napisała „zaledwie” około 350 wierszy. Pytano ją wielokrotnie o to, dlaczego „tylko tyle”, dlaczego genialna poetka pisze z przeznaczeniem do publikacji zaledwie kilka utworów rocznie. Odpowiedź naszej noblistki na któreś z tych pytań powinna stać się frazą wyrytą w marmurze: „Mam w domu kosz!”.

Z reguły nie publikujemy w Gazecie takich tekstów, zajęci raczej prezentacją tego, co aktualnie „dzieje się w kulturze” w naszym otoczeniu. Koncerty, wystawy, wieczory autorskie i spektakle. Być może niektóre z nich nie powinny zostać zaprezentowane widzom, być może wielu autorów i twórców zapomniało o tym, że także w ich domu istnieje instytucja kosza (o tak, w tym sensie kosz powinien stać się wręcz instytucją!). Tym razem zrobię wyjątek uznawszy, że właśnie śmierć Wisławy Szymborskiej DZIEJE się w naszym otoczeniu w ostatnim czasie i dziać zapewne będzie się jeszcze długo. Nie chciałbym zanudzać Czytelników przypominaniem biograficznych szczegółów podawanych z takiej czy innej pozycji przez różne media. Znamy je już wszyscy siłą rzeczy. Chciałbym jedynie podzielić się garścią refleksji i być może skłonić do uważniejszej lektury jej wierszy.

O tych z ostatnich lat jakże często mówiło się „słabsze”. Sporo było głosów, podkreślających pewne wypalenie się poetki i brak tego, co wcześniejsze utwory nieodmiennie cechowało – głębi w prostocie. Być może została w nich nawet tylko prostota. Czyż jednak ta nie jest dla nas jedynym antidotum na nasze codzienne zapętlenia? Czy czasem nierelatywne definicje rzeczy podstawowych nie są nam niezbędne na już, jak ratunek? Nie mnie na te pytania odpowiadać, choć przecież często zdaje mi się, że odpowiedź znam. Ale namawiać, aby Czytelnicy sami sięgnęli po „Tutaj” (tomik wydany przez ZNAK w 2009 r.), czy „Chwila” (również ZNAK z 2002 r.) nie przestanę. Zróbcie to i zderzcie się ze zdaniami precyzyjnymi jak lancet i skondensowanymi jak wiązka lasera. To dobre porównania. Te słowa czasem tną do bólu, czasem łagodnie stymulują do myślenia. Z całą pewnością mają jedną wielką zaletę – nie są jak u Paulo Coelho – czasem jedynie ładnie opakowanymi miałkimi frazesami (przepraszam wielbicieli autora). Zróbmy coś, co nie będzie manifestacją na pokaz – zanurzmy się w poezję Wisławy Szymborskiej prywatnie. Nie musimy wcale dołączać do kolejnej manifestacji naszej „wiecznopolskiej” miłości do tych którzy odeszli. Nie zacznijmy doceniać werbalnie, zapalać świeczek, pisywać komentarzy na forach – oddajmy hołd temu niezwykłemu przejawowi ludzkiego ducha i myśli, który nosił miano Wisławy Szymborskiej i sięgnijmy po tę poezję.

Napisałem pod wpływem wzruszenia tuż po otrzymaniu wiadomości o śmierci poetki:

 MAM PYTANIE PANI WISŁAWO:

 czym się staje poezja

gdy odchodzi

kiedy zasypia tak niewzniośle

z pergaminową bladością

twarzy

czym staje się poezja

kiedy stygnie

nagle tężeją słowa latające

złapane w lodowatą klatkę

palców

 poezja czym się staje

gdy cichnie

 PROSZĘ SIĘ NIE ŚPIESZYĆ Z ODPOWIEDZIĄ – POCZEKAM

 A teraz już znam odpowiedź. Poezja staje się wtedy czekaniem. Na ponowne odkrywanie, na kolejne spotkania. Jeśli to wielka poezja, to na zawsze stanie się również wyzwaniem.

Wisławy Szymborskiej, Człowieka, już nie ma. To, co było w niej człowieczego – zostało. I TO obroni pamięć poetki przed rozliczeniami w rodzaju tych, dotyczących pro stalinowskich wierszydeł. Obroni, jeśli adwokatem stanie się każdy kolejny Czytelnik – eksplorator. Kupą nie da rady – to wyprawa dla samotników. Ścieżka jest wąska. Ale zaprowadzi wszędzie.

Published in: on 08/02/2012 at 9:41 am  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,