Sportretowali niebo, czyli niezależna superprodukcja

Rozmawiałem z twórcami realizowanego w Gliwicach filmu „Portrety nieba”. Za kilka miesięcy będziemy już mogli obejrzeć go w kinach. W jakich? Póki co nie wiadomo. Na pewno jednak warto przeczytać, co mieli nam do powiedzenia Tomasz Namiota i Krzysztof Płużek.

 Ja: Gdybyście mieli krótko przekonać widzów żeby obejrzeli Wasz film, to…

 Oni: …powiedzielibyśmy, że naszym zdaniem warto zobaczyć coś nowego. Nawet nie w sensie samej treści. Raczej dla zaspokojenia ciekawości w jaki sposób „zwykli ludzie z ulicy”, bez budżetu, wsparcia, sponsora, metodami prawdziwie amatorskimi, zmierzyli się z filmem pełnometrażowym. I zrobili to od przysłowiowego „A” do „Z”. Sami napisali scenariusz, zorganizowali casting, plany, zdjęcia, znaleźli kompozytora, zmontowali i udźwiękowili film. Podobnych projektów jest sporo… ale sęk właśnie w tym, że „podobnych”… Nie udało się nam znaleźć naprawdę pełnometrażowej produkcji zrobionej takimi metodami. Uważamy, że warto zobaczyć efekt starcia zwykłych ludzi z tak gigantycznym przedsięwzięciem.

 Ja: Postprodukcja trwa już dość długo. Z czym to się wiąże? A może po prostu film będzie przygotowany perfekcyjnie?

 Oni: Postprodukcja zawsze trwa kilkakrotnie dłużej niż zdjęcia, które w przypadku „Portretów nieba” pochłonęły 3 miesiące. Nasz film jest produkcją w pełni amatorską. Piszę „w pełni”, gdyż często spotykamy się z tzw. kinem amatorskim, lub niezależnym, które realizowane jest przez zawodowe ekipy, posiada całkiem poważne wsparcie finansowe, lub budżet i biorą w nim udział znane postacie świata aktorskiego. W naszym przypadku tak nie jest. Jak na realia produkcji filmowej – jest to film bezbudżetowy. Na pewno nie można więc będzie mówić o perfekcji. Postprodukcja ciągnie się również z innego powodu. Robiona jest „po godzinach”. Każdy z nas ma normalne życie, pracę, obowiązki i dom, który musi możliwie normalnie funkcjonować. Wielokrotnie wyobrażaliśmy sobie jak pięknie byłoby móc przeznaczać dziennie 8 do 12 godzin na tę pracę… jak szybko osiągnęlibyśmy to, co teraz trwa tak długo i o ile lepiej mogłoby być to zrobione. Póki co jednak, twarde realia nie pozwalają nam na taką pracę. Coś trzeba jeść.

 Ja: Kiedy i gdzie będziemy mogli film obejrzeć?

 Oni: Obecnie jesteśmy mniej więcej w połowie drugiego montażu, w którym obwieszamy przygotowany wcześniej „goły pień” „liśćmi i kwiatami”. Chcielibyśmy bardzo zdążyć jeszcze w tym roku, ale doświadczenie, które już nabyliśmy, nauczyło nas ostrożnego prognozowania. Na pytanie gdzie? – chciałbym odpowiedzieć „oczywiście w Gliwicach”. Jednak problemem może okazać się sfera techniczna. Film zapisany będzie na dysku twardym. Nie stać nas na wykonanie kopii na taśmie 35mm. W grę wchodzi więc tylko rzutnik z projektorem i odtwarzaczem cyfrowym. Z tego co nam wiadomo zorganizowanie odpowiedniej sali kinowej z takim sprzętem może okazać się kłopotliwe. Ale z całą pewnością będziemy szukać i starać się to zorganizować w Naszym Mieście.

 Ja: Jakie są wasze plany w związku z dystrybucją filmu? Festiwale? Przeglądy?

 Oni: Na pewno będziemy chcieli wyświetlać nasz film na tych festiwalach i przeglądach, które będą to umożliwiały. Większość imprez tego typu dopuszcza obrazy maksymalnie kilkudziesięciominutowe. Nasz film, na razie w wersji roboczej, trwa grubo ponad dwie godziny. W wersji finalnej będzie oczywiście krótszy, natomiast w żaden sposób nie uda się skrócić go aż tak, by odpowiadał takim kryteriom. Nie jesteśmy zresztą tym zainteresowani. Nie chcieliśmy robić kolejnego filmu krótkometrażowego. Tej historii po prostu nie da się opowiedzieć szybko. Jej „smak” w dużej mierze zamknięty jest w powoli sączącej się, rozbudowanej historii. Co do dystrybucji – sami zadajemy sobie to pytanie. Bylibyśmy szczęśliwi gdyby ktoś zainteresował się naszym filmem pod tym kątem. Z tego, co dowiedzieliśmy się na ten temat – jest to bardzo trudne w przypadku takich produkcji w Polsce. Najczęściej nie stoją one po prostu na wystarczającym poziomie. I to jest punkt krytyczny rozważań na ten temat. Zobaczymy, czy uda się nam utrzymać „nad poprzeczką”. Dodatkową trudność stanowi dość niekomercyjny charakter i temat filmu. Na razie nie chcemy mówić więcej na ten temat. Zresztą chyba nam nie wypada.

 Ja: A dalsze plany artystyczne całej ekipy, aktorów, reżysera…?

 Oni: Trudno mówić nam o planach wszystkich. Każdy, z kim mieliśmy przyjemność pracować, okazał temu projektowi wiele osobistego zaangażowania, a często nawet serca. Mamy wrażenie, że w wielu osobach udział w tym projekcie obudził zainteresowanie filmem, aktorstwem oraz pewien rodzaj śmiałości. Odtwórcy głównych ról pojawiają się w różnych przedsięwzięciach artystyczno-wizualnych, Twórca muzyki realizuje się na wielu innych muzycznych polach i wszystko to cieszy nas to ogromnie. Ja sam, jako reżyser, mam dość konkretne plany dotyczące przyszłości. Dzielę je na dwa etapy: Po pierwsze chciałbym solidnie odpocząć. Po drugie, jeśli zdrowie i twarda rzeczywistość pozwolą – zrobić kolejny film. „Portrety” są pierwszym tak dużym przedsięwzięciem w moim życiu. Przez to siłą rzeczy swoistym „poligonem doświadczalnym”. Myślę, że praktyka, to najlepsza ze szkół i lekcję tę chciałbym dobrze wykorzystać w przyszłości.

Ja: Możemy mówić o jakimś filmowym objawieniu roku? Komu z ekipy wróżycie karierę?

 Oni: To bardzo trudne pytanie. Głównie ze względu na to, że jestem tak samo wdzięczny za udział w filmie aktorom epizodycznym jak tym, którzy grali główne role, a siłą rzeczy to Ci ostatni mają największe szanse na zauważenie. Ale nie jest to na szczęście regułą potwierdzającą się bez wyjątków. Ze względu na szaleńcze tempo realizacji zdjęć nie mieliśmy czasu na solidne próby i przygotowanie z aktorami. Dlatego szczególną wagę w ocenie ma tu cecha, którą pozwalam sobie nazywać „śmiałością aktorską”, albo po prostu „luzem”. Z całą pewnością na uwagę zasługują główne postacie grane przez Agnieszkę Batóg, Kasię Makarowską, Damiana Stępienia i Iwonę Duchewicz. To czwórka młodych, zdolnych i obdarzonych pozytywnym „luzem” ludzi, z którymi spędziłem najwięcej czasu. Czułbym ogromną satysfakcję osobistą, gdyby ktokolwiek z nich został zauważony. Oprócz młodej kadry mieliśmy również przyjemność pracować z seniorem. Mimo wielu naszych obaw związanych z postacią Leona (bardzo długo szukaliśmy odpowiedniego kandydata), Pan Bolesław Pasek bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Wniósł w graną przez siebie postać ciepło, a jednocześnie mądrość i rozwagę – a taki właśnie miał być Leon. Nie chcę pominąć jednak pozostałych. Mimo szaleńczego tempa i braku długich przygotowań starałem się z każdej postaci wydobyć choć krótką, charakterystyczną chwilę. Coś, co sprawi, że postać nie będzie mdła, nijaka i nie zostanie zapomniana po zniknięciu z kadru. Moje osobiste wrażenie jest takie, że udało się nam to osiągnąć. Ciekaw jestem bardzo oceny publiczności. Sądzę również że na uwagę zasługuje muzyka Piotra Karbownika, która ewoluuje wraz z filmem od wczesnych, prostych propozycji na etapie zdjęć, do finalnych wykonań – świetnych, klimatycznych, profesionalnie brzmiących utworów, które wprowadzamy do ścieżki dźwiękowej.

 

Published in: on 09/11/2011 at 7:23 am  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://darjez.wordpress.com/2011/11/09/sportretowali-niebo-czyli-niezalezna-superprodukcja/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: