Po lewej miazga

Wybraliśmy! Nawet, jeśli niektórzy będą się zżymać na niezadowalającą frekwencję, czy niedoinformowanie społeczeństwa. Wybraliśmy kształt i barwy naszej codzienności na najbliższe kilka lat. Tak, w tym momencie nie zaryzykuję napisania, że na cztery lata. Zmieniło się dla jednych niewiele. Dla innych jednak, tych, którzy uważniej obserwują to, co dzieje się poza pierwszym planem politycznej sceny, stało się bardzo wiele. Zajmę się zatem drugim planem…

A w drugim planie mamy dwa niezwykle istotne ruchy – w dół i w górę, dla równowagi. Ten w dół jest dla wielu bardzo bolesny – to miażdżąca klęska SLD, a więc polskiej lewicy w tym kształcie, czy raczej bezkształcie, w jakim dotąd nam się objawiała. Także ten w górę jest oczywisty – Ruch Palikota, który wykonał gigantyczny skok z nicości, w której uparcie chciały go widzieć niektóre opiniotwórcze media, do przedpokoju władzy. Tak, RP znalazł się w tym przedpokoju ze swoim wyborczym wynikiem. Inna sprawa, że przedpokój można opuścić wchodząc na pokoje po zdjęciu wierzchniej odzieży, lub też opuszczając lokal. W tej chwili nie jesteśmy w stanie stwierdzić, które drzwi otworzą się przed Ruchem Palikota. Zajmiemy się nim zatem z perspektywy przedpokoju.

Dziś jednak o lewicy. A może raczej o jej braku? Wydaje się bowiem, że w tym momencie po lewej stronie sceny politycznej mamy bezkształtną masę, z której nie można wyciągnąć wniosków co do kształtu, który przybierze. Pisałem o „makutrze Napieralskiego” nie wiedząc jeszcze, że nieudolne kręcenie zakończy się wyborczym zakalcem. Wyraźnie przestrzegałem przed tym, że polityczna niekonsekwencja i rodzaj przedwyborczego awanturnictwa w okręgu gliwickim zemści się srodze, nie sądząc, że klęskę taka polityka poniesie w skali całego kraju. Pisałem wyraźnie, że SLD drogo zapłaci za to, jak postępuje – nie sądziłem, że aż tak drogo. Skutki tej wyborczej Dunkierki będziemy odczuwać dość długo. Swoją drogą, skojarzenie z Dunkierką jest chyba bardzo właściwe. Ewakuacja bowiem jeszcze trwa. Sam jestem ciekaw, które partyjne krążowniki dopłyną do nowych portów. Tych upragnionych, teraz jakby chętniej nazywanych Nową Lewicą. Od razu jednak wypada stwierdzić, że jeśli owa – póki co w polskich realiach wciąż mityczna – Nowa Lewica istnieje, lepiej dla niej byłoby, aby te stare, wysłużone i przeżarte rdzą jednostki potonęły w drodze. I znów marynistyczne porównanie nasuwa się samo. Jedna z teorii zagłady Titanica stwierdza, że winę za wszystko ponosiła zła struktura użytej stali i przez to dużo niższa wytrzymałość całej konstrukcji. Niby wszystko się zgadzało – te same pierwiastki w znanym stosunku, a jednak całość do bani. Strzał w dziesiątkę! Dokładnie to samo przydarzyło się SLD. Trzeba wręcz sięgnąć do etosu lewicy i do jej historii, aby zrozumieć jak bardzo ewolucja, która stała się udziałem tej partii oddala ją od źródła i przerzuca poza linię demarkacyjną, którą zwyczajowo, dość nieostro wprawdzie, ale jednak dostrzegalnie, odgradza się „lewe” od „prawego”. Wrażliwość socjalna nie wystarczy dziś do zdefiniowania lewicy. Nie ma chyba w Polsce Partii, która w swych postulatach nie głosiłaby chęci pomocy biednym, wykluczonym i marginalizowanym. Wszystkie widzą drogę do tego celu w takim czy innym konstytuowaniu instytucji pomocy. Żadna niestety nie widzi konieczności takiego reformowania panujących w kraju stosunków społecznych, aby zrealizować podstawowy z dawien dawna postulat lewicy, domagający się stworzenia takich warunków pracy i bytowania, aby dzięki tej pracy zaspokoić wszystkie swoje potrzeby. Eliminowanie bezrobocia (systemowe i skuteczne!), humanitarne warunki pracy, godziwe i sprawiedliwe wynagrodzenia – to wszystko składa się dopiero na warunki, w których możliwa jest liberalnie pojmowana wolność RZECZYWISTA. A za rzeczywistą uważam wolność, z której mogę korzystać w pełni, nieograniczany deficytami, wynikającymi z niezaspokojenia wymienionych wcześniej podstawowych (dla lewicy na pewno!) standardów. Lewica zatem zyskuje podmiotowość przez wyraźne wskazanie owych deficytów i ostre i zdecydowane przeciwko nim wystąpienie. Lewica jest więc również programowo i moralnie zobowiązana do zwalczania wszelkich przejawów dewiacji, fiksacji, czy jak inaczej to określimy, demokracji i kapitalizmu w formie, w jakiej obecnie się utrwalił. Lewicę polską przetrąciła jednak uparta głuchota na wszelkie tendencje werbalizowane od dawna na Zachodzie. Tak, właśnie te, które doprowadzają do coraz częstszych aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa, ostatnio przecież nawet w USA. Czy SLD spełnił kryteria podstawowe, o których wyżej, w dużym uproszczeniu, napisałem? Nawet postawienie tego pytania zakrawa na żart! Jedyne, co zrobił SLD pod ostatnimi światłymi przywództwami, to zerodował skutecznie, rozgościł się na politycznych salonach, poczuł się namaszczony swoją lewicowością i obdarzony bezterminowym kredytem zaufania swojego stałego elektoratu. Ale Polska to nie USA. Stały elektorat bywa u nas bardzo niestały.

Proponuję teraz małe matematyczne wyliczenie. Porównajmy wyniki wyborów z 2007 z tegorocznymi:

2007 – LiD – 13,15% głosów

2011 – SLD – 8,24% głosów

różnica – 4,91%

Teraz frekwencja wyborcza:

2007 – 53,88%

2011 – 48,92%

różnica – 4,96%

Oczywiście można się opowiadać za analizą takich czy innych migracji między elektoratami różnych partii, jasne że 4,96% wszystkich głosujących to nie to samo, co 4,91% różnicy w ilości głosów na SLD. Jednak ta zbieżność wartości bezwzględnej urasta do rangi symbolu. Wystarczy przecież iść trochę dalej i konstatując, że elektorat lewicowy jest stały, wyprowadzić wniosek, że ze sceny znikła lewica w formie, którą duża część tego elektoratu chciałaby widzieć. I ta część, wierna swoim lewicowym przekonaniom, została w domu. I to jest duża składowa tego frekwencyjnego tąpnięcia. Zanim na polskiej scenie politycznej nie pojawi się po lewej stronie siła zdolna do przyciągnięcia wyborców na powrót i zawalczenia o nieprzekonanych w innych elektoratach, liczba nieidących do urn lewicowo zorientowanych wyborców może się tylko zwiększać.

Skoncentrujmy się teraz na gliwickim poletku. Nasi ludzie lewicy… Jacy są? Jak postrzegamy Marka Widucha, Elę Kwaśnicką i innych? Odpowiedź jest prosta – nijak. Oni nie istnieją. Ujawniają się i pojawiają, często z nadania jak Kwaśnicka, wtedy, gdy przychodzą kolejne wybory. Siedzą za takimi czy innymi biurkami, pracują (czytaj przepychają się) w partyjnym aparacie, punktują u wodzów. Podsumowując – nie istnieją! Ani społecznie, ani politycznie. Tak się nie da. Lewica, i to nie tylko polska, staje obecnie przed koniecznością powrotu do etosu walki (oczywiście nie użycie siły w jakimkolwiek sensie mam tu na myśli) i bycia blisko z ludźmi (przyszłymi wyborcami!). Charakter lewicy, a raczej nadal funkcjonujący społecznie sposób jej pojmowania, wciąż pozostawia wiele miejsca dla niepopularnego już raczej „trybuna ludowego”. Trzeba temu pojęciu nadać sens, trzeba zejść do ludzi i jeśli oni wychodzą na ulice, wyjść tam z nimi. To jedyna droga do odbudowania lewicy. Innej nie ma. Problem jednak pojawia się właśnie w tym miejscu. Czy w takiej roli widzimy Napieralskiego, Kalisza, Kwaśniewskiego nawet? A może Elę Kwaśnicką czy Marka Widucha? Właśnie! Problemem polskiej lewicy jest brak ludzi spełniających kryteria stawiane przez współczesność. Przepraszam, brak ich z przodu, bo może istnieją w którymś tam rzędzie. Nie są jednak w stanie zaistnieć w realiach partii, która pojęcie partyjnego aparatu wprowadziła w charakterze normy. To już jednak inna historia i zupełnie nie moja sprawa.

Kończąc zaryzykuję stwierdzenie, że SLD w formie, w jakiej się znalazł jedynie hamuje w polskiej lewicy procesy, które na świecie zdają się powoli dominować po lewej stronie sceny. W tej formie już wkrótce SLD przejdzie do historii.

Published in: on 14/10/2011 at 6:39 am  Comments (4)  

The URI to TrackBack this entry is: https://darjez.wordpress.com/2011/10/14/po-lewej-miazga/trackback/

RSS feed for comments on this post.

4 komentarzyDodaj komentarz

  1. Nic dodać nic ująć. Diagnoza trafna, zresztą nie jest to diagnoza odosobniona po,lewej stronie. Nie posyłałbym natomiast wszystkich krążowników na dno, moim zdaniem, paradoksalnie w aktualnym stanie globalnej ekonomii, niektóre krążowniki a nawet pancerniki byłyby wsparciem a nie balastem. Napieralski wybierając rozmowę o finansach wybrał właściwe pole sporu, problem polega na tym, że sam jest niedouczony w tym temacie, inni nie chcieli firmować jego polityki. Gdyby SL miał po swojej stronie np. Grzegorza Kołodkę, sądzę, że debata o kryzysie i środkach zaradczych zwalczających ten stan rzeczy byłaby pasjonująca.Ale co do faktu, że droga LiD- u była tak naprawdę jedyna i słuszna, pełna zgoda. Klęskę tego projektu obserwowałem z perspektywy Zarządu Krajowego Sdpl, do dzisiaj nie mogę odżałować tego co się stało. Mam nadzieję, że perspektywa wypadnięcia poza obieg parlamentarny otworzy nam, ludziom SLD szeroko oczy, na razie mamy oczy szeroko zamknięte, przynajmniej część z nas.

    Pozdrawiam Pana
    Adrian Król

  2. Generalnie słuszne spostrzeżenia, przy czym zauważam jeden błąd: kojarzenie niepokojów społecznych dostrzeganych na Zachodzie z instytucjonalną lewicą. Faktem jest, że w Europie socjaldemokracja rośnie w siłę, ale jej działacze wcale nie stoją na czele protestów. Zresztą moim zdaniem protesty te są przeceniane – większość ludzi jest zadowolonych ze status quo. Stąd stała mimo wszystko dominacja partii mainstreamowych. Ewenementy w rodzaju Palikota czy skrajnej prawicy zamykają się w granicach kilkunastu procent poparcia.

    Odwrócenie się od społecznych problemów było ogromnym błędem SLD, ale podpięcie się pod „oburzonych” wcale tej partii nie pomoże.

    • Nie do końca moim zamiarem jest sugerowanie, że socjaldemokracja stoi za falą protestów, bo ma Pan rację – nie stoi. Chodziło mi raczej o to, że właśnie bliżej tych protestujących jest miejsce lewicy i musi sobie tego miejsca szukać tam, a nie na salonach. Te tendencje, na które także nasza lewica jest głucha, są werbalizowane raczej oddolnie a nie z partyjnych struktur i dotyczy to również lewicy na Zachodzie. Ryzykuję tu stwierdzenie, że albo lewica wracając do swojego etosu, zbliży się do tak werbalizowanych roszczeń, albo straci (w tej formie!) w ciągu dziesięciolecia rację bytu. Polemizował będę natomiast z twierdzeniem, że większość ludzi jest zadowolonych. Pozwolę sobie na pewien skrót myślowy, a Pan zapewne zrozumie intencję – życie w tej naszej bardzo indywidualistycznej i relatywnej rzeczywistości bardzo utrudnia protest, zwłaszcza zbiorowy. Jesteśmy pogubieni w labiryncie, w którym znaleźliśmy się goniąc za potrzebami, które wykreowano w ostatnich dziesięcioleciach. Dopóki nie nastąpi jakaś reakcja w sensie procesów społecznych i kulturowych, nie będzie możliwa żadna akcja w rodzaju Solidarności, jaką ją pamiętamy. Zrywy możliwe są w Libii, Egipcie i w innych miejscach, w których jakiś but nie dopuszcza większości obywateli do rozpoznania potrzeb, które potem skutecznie i „demokratycznie” połamią im zęby. Jak wyglądają związki zawodowe w kraju, w którym wszak ich idea dała wolność? Powtarzam, to spore uproszczenie, ale dość funkcjonalne, niestety.

  3. Co do zasady zgoda. Z przedstawionego przez Pana obrazu wynika jednak, że jesteśmy jako społeczeństwo w zaklętym kręgu – jesteśmy skazani na trwanie w marazmie, bo bez poważnej zmiany społeczno – kulturowej, która musi potrwać (a jej zaczątków nawet nie widać), nie jest możliwy oddolny ruch na rzecz zmiany. Zastanawiam się, czy natura świata postpolitycznego w ogóle nie wyklucza takich przemian. To by oznaczało, że teza o „końcu historii” jest prawdziwa. Choć w ostatnim czasie kilka razy wydawało się, że była naciągana, to jednak w społeczeństwach ponowoczesnych wydaje się jak najbardziej trafna.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: