Sztuka i terapia, czyli… „Droga do zrozumienia”

Pamiętamy niedawną akcję Marcina Kondraciuka, który także za pośrednictwem Gazety Gliwickiej zwrócił się do wszystkich ludzi z duszą artysty i z empatią dla niełatwego życia twórców z prośbą o pomoc realizacji filmu. Dziś najlepszy dowód, że nie dołożyliśmy wszyscy swojej cegiełki nadaremnie. Specjalnie dla naszych Czytelników wywiad z Mateuszem Markiem, aktorem pracującym z Teatrem Nowej Sztuki, który tym razem wcielił się w niezwykłą dla niego rolę – w filmie „Droga do zrozumienia” zagrał osobę niepełnosprawną, występując obok aktorów niepełnosprawnych, którzy także znaleźli się w obsadzie filmu.

Dariusz Jezierski: Mateuszu, co to był za projekt? Terapia? Sztuka? A może raczej zabawa i frajda dla wszystkich?

Mateusz Marek: Może niektórym będzie wydawać się, że to była tylko zabawa, że to kolejna amatorska produkcja. Jednak sam byłem zaskoczony tym, jak to wyglądało. Sprzęt, ekipa, wszystko wypadło tutaj bardzo profesjonalnie. Kręcenie zdjęć trwało ponad dwa tygodnie, w tym tydzień na wyjeździe. Pracowaliśmy w malowniczej miejscowości Radzanów, na północy Polski. Ujęcia kręciliśmy w między innymi w pociągu, w wozie strażackim, na kajakach, pod namiotem, nad jeziorem, pracowaliśmy z końmi. Aż głupio wymieniać i zdradzać te szczegóły. Do dyspozycji były dwie kamery, wózek filmowy, sprzęt do rejestracji dźwięku. To nie była tylko terapia, to była wspólna praca, razem z niepełnosprawnymi, nad fantastycznym filmem, z którego każdy, jestem pewien, będzie po prostu dumny. Kto nie może w to uwierzyć już teraz powinien znaleźć stronę filmu na facebooku, obejrzeć making offy, zobaczyć zdjęcia.


DJ: Ja to wiem. Towarzyszyłem wam na samym początku, podczas castingów i pierwszych zajęć. Wiem, że terapia przez sztukę jest jednak w tym projekcie niezwykle ważna.

MM: Tak, motyw terapii jest jednak bardzo istotny. Co ważne – terapia działa w obu kierunkach. To nie jest tak, że doświadczają jej tylko niepełnosprawni. Wszyscy się tam uczymy. Uczymy się siebie nawzajem, ekipa uczy się radości z życia i myślenia wolnego od barier, a uczestnicy przebywania wśród ludzi potocznie nazywanych zdrowymi. Najważniejszym punktem tej terapii jest jednak fakt, że od wszystkich wymaga się tak samo, każdy dostaje wymagające odpowiedzialności zadania i przekracza swoje granice. Wtedy nikt nie szczędzi pochwał. Na przykład Daniel ma problemy z koordynacją oczu i podejmowaniem decyzji, a mimo to dzielnie pstrykał zdjęcia przez cały plan. Był pierwszorzędnym dokumentalistą. Co nie znaczy, że od razu wszystko wychodziło mu bez zastrzeżeń…


DJ: Jest zatem czym się pochwalić, a wasze doświadczenia powinny być może służyć także innym?

MM: Oczywiście i tym bardziej nobilitujacy dla całej produkcji był fakt, że ekipie naszego filmu cały czas towarzyszyła ekipa z Mistrzowskiej Szkoły Filmowej Andrzeja Wajdy, która przygotowywała film dokumentalny na ten temat. Mamy nadzieję, że dzięki temu całe przesięwzięcie zyska na rozgłosie. W końcu z filmami stypendystów z tej szkoły wiele osób się liczy, pojawiają się na wszystkich ważnych festiwalach w Polsce.

DJ: Opowiedz naszym Czytelnikom coś o samej fabule filmu.

MM: Jednym z głównych bohaterów jest Paweł. Porusza się z trudnością, używając modnych ostatnio kijków turystycznych. Mógłby jeździć na wózku ale nie poddaje się i sam dzielnie zasuwa, ćwicząc przy tym ręce. W siłowaniu się pokonałby mnie bez mrugnięcia okiem. Właśnie taka postawa, czyli wymaganie od siebie i stawianie czoła przeciwnościom niemalże na równi z osobami zdrowymi, towarzyszyła wszystkim uczestnikom. Jak żartuje sam reżyser, Marcin Kondraciuk – nie ma nic gorszego od litości. Fabuła filmu wydaje się być banalna. Opowiada o trójce niepełnosprawnych przyjaciół, która postanawia uciec ze swojego ośrodka i wyruszyć do, losowo wybranego, miejsca na mapie Polski. To jednak bardzo ubogi opis a ciężko powiedzieć coś więcej, by nie zdradzić szczegółów i nie uprzedzić zwrotów akcji, które kochamy w filmach najbardziej. Obecnie trwają prace nad montażem, muzyką i wieloma innymi szczegółami, którymi musi się zająć Marcin. Jako człowiek, który jest reżyserem, producentem i autorem scenariusza filmu – ma jeszcze przed sobą bardzo dużo pracy. Premiera przewidziana jest dopiero na kwiecień, podczas gliwickiego festiwalu filmowego „Drzwi”. Tak to jest – jeśli rzecz ma być porządnie zrobiona – wymaga to dużej ilości czasu.

Published in: on 18/10/2011 at 10:06 pm  Dodaj komentarz  

Po lewej miazga

Wybraliśmy! Nawet, jeśli niektórzy będą się zżymać na niezadowalającą frekwencję, czy niedoinformowanie społeczeństwa. Wybraliśmy kształt i barwy naszej codzienności na najbliższe kilka lat. Tak, w tym momencie nie zaryzykuję napisania, że na cztery lata. Zmieniło się dla jednych niewiele. Dla innych jednak, tych, którzy uważniej obserwują to, co dzieje się poza pierwszym planem politycznej sceny, stało się bardzo wiele. Zajmę się zatem drugim planem…

A w drugim planie mamy dwa niezwykle istotne ruchy – w dół i w górę, dla równowagi. Ten w dół jest dla wielu bardzo bolesny – to miażdżąca klęska SLD, a więc polskiej lewicy w tym kształcie, czy raczej bezkształcie, w jakim dotąd nam się objawiała. Także ten w górę jest oczywisty – Ruch Palikota, który wykonał gigantyczny skok z nicości, w której uparcie chciały go widzieć niektóre opiniotwórcze media, do przedpokoju władzy. Tak, RP znalazł się w tym przedpokoju ze swoim wyborczym wynikiem. Inna sprawa, że przedpokój można opuścić wchodząc na pokoje po zdjęciu wierzchniej odzieży, lub też opuszczając lokal. W tej chwili nie jesteśmy w stanie stwierdzić, które drzwi otworzą się przed Ruchem Palikota. Zajmiemy się nim zatem z perspektywy przedpokoju.

Dziś jednak o lewicy. A może raczej o jej braku? Wydaje się bowiem, że w tym momencie po lewej stronie sceny politycznej mamy bezkształtną masę, z której nie można wyciągnąć wniosków co do kształtu, który przybierze. Pisałem o „makutrze Napieralskiego” nie wiedząc jeszcze, że nieudolne kręcenie zakończy się wyborczym zakalcem. Wyraźnie przestrzegałem przed tym, że polityczna niekonsekwencja i rodzaj przedwyborczego awanturnictwa w okręgu gliwickim zemści się srodze, nie sądząc, że klęskę taka polityka poniesie w skali całego kraju. Pisałem wyraźnie, że SLD drogo zapłaci za to, jak postępuje – nie sądziłem, że aż tak drogo. Skutki tej wyborczej Dunkierki będziemy odczuwać dość długo. Swoją drogą, skojarzenie z Dunkierką jest chyba bardzo właściwe. Ewakuacja bowiem jeszcze trwa. Sam jestem ciekaw, które partyjne krążowniki dopłyną do nowych portów. Tych upragnionych, teraz jakby chętniej nazywanych Nową Lewicą. Od razu jednak wypada stwierdzić, że jeśli owa – póki co w polskich realiach wciąż mityczna – Nowa Lewica istnieje, lepiej dla niej byłoby, aby te stare, wysłużone i przeżarte rdzą jednostki potonęły w drodze. I znów marynistyczne porównanie nasuwa się samo. Jedna z teorii zagłady Titanica stwierdza, że winę za wszystko ponosiła zła struktura użytej stali i przez to dużo niższa wytrzymałość całej konstrukcji. Niby wszystko się zgadzało – te same pierwiastki w znanym stosunku, a jednak całość do bani. Strzał w dziesiątkę! Dokładnie to samo przydarzyło się SLD. Trzeba wręcz sięgnąć do etosu lewicy i do jej historii, aby zrozumieć jak bardzo ewolucja, która stała się udziałem tej partii oddala ją od źródła i przerzuca poza linię demarkacyjną, którą zwyczajowo, dość nieostro wprawdzie, ale jednak dostrzegalnie, odgradza się „lewe” od „prawego”. Wrażliwość socjalna nie wystarczy dziś do zdefiniowania lewicy. Nie ma chyba w Polsce Partii, która w swych postulatach nie głosiłaby chęci pomocy biednym, wykluczonym i marginalizowanym. Wszystkie widzą drogę do tego celu w takim czy innym konstytuowaniu instytucji pomocy. Żadna niestety nie widzi konieczności takiego reformowania panujących w kraju stosunków społecznych, aby zrealizować podstawowy z dawien dawna postulat lewicy, domagający się stworzenia takich warunków pracy i bytowania, aby dzięki tej pracy zaspokoić wszystkie swoje potrzeby. Eliminowanie bezrobocia (systemowe i skuteczne!), humanitarne warunki pracy, godziwe i sprawiedliwe wynagrodzenia – to wszystko składa się dopiero na warunki, w których możliwa jest liberalnie pojmowana wolność RZECZYWISTA. A za rzeczywistą uważam wolność, z której mogę korzystać w pełni, nieograniczany deficytami, wynikającymi z niezaspokojenia wymienionych wcześniej podstawowych (dla lewicy na pewno!) standardów. Lewica zatem zyskuje podmiotowość przez wyraźne wskazanie owych deficytów i ostre i zdecydowane przeciwko nim wystąpienie. Lewica jest więc również programowo i moralnie zobowiązana do zwalczania wszelkich przejawów dewiacji, fiksacji, czy jak inaczej to określimy, demokracji i kapitalizmu w formie, w jakiej obecnie się utrwalił. Lewicę polską przetrąciła jednak uparta głuchota na wszelkie tendencje werbalizowane od dawna na Zachodzie. Tak, właśnie te, które doprowadzają do coraz częstszych aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa, ostatnio przecież nawet w USA. Czy SLD spełnił kryteria podstawowe, o których wyżej, w dużym uproszczeniu, napisałem? Nawet postawienie tego pytania zakrawa na żart! Jedyne, co zrobił SLD pod ostatnimi światłymi przywództwami, to zerodował skutecznie, rozgościł się na politycznych salonach, poczuł się namaszczony swoją lewicowością i obdarzony bezterminowym kredytem zaufania swojego stałego elektoratu. Ale Polska to nie USA. Stały elektorat bywa u nas bardzo niestały.

Proponuję teraz małe matematyczne wyliczenie. Porównajmy wyniki wyborów z 2007 z tegorocznymi:

2007 – LiD – 13,15% głosów

2011 – SLD – 8,24% głosów

różnica – 4,91%

Teraz frekwencja wyborcza:

2007 – 53,88%

2011 – 48,92%

różnica – 4,96%

Oczywiście można się opowiadać za analizą takich czy innych migracji między elektoratami różnych partii, jasne że 4,96% wszystkich głosujących to nie to samo, co 4,91% różnicy w ilości głosów na SLD. Jednak ta zbieżność wartości bezwzględnej urasta do rangi symbolu. Wystarczy przecież iść trochę dalej i konstatując, że elektorat lewicowy jest stały, wyprowadzić wniosek, że ze sceny znikła lewica w formie, którą duża część tego elektoratu chciałaby widzieć. I ta część, wierna swoim lewicowym przekonaniom, została w domu. I to jest duża składowa tego frekwencyjnego tąpnięcia. Zanim na polskiej scenie politycznej nie pojawi się po lewej stronie siła zdolna do przyciągnięcia wyborców na powrót i zawalczenia o nieprzekonanych w innych elektoratach, liczba nieidących do urn lewicowo zorientowanych wyborców może się tylko zwiększać.

Skoncentrujmy się teraz na gliwickim poletku. Nasi ludzie lewicy… Jacy są? Jak postrzegamy Marka Widucha, Elę Kwaśnicką i innych? Odpowiedź jest prosta – nijak. Oni nie istnieją. Ujawniają się i pojawiają, często z nadania jak Kwaśnicka, wtedy, gdy przychodzą kolejne wybory. Siedzą za takimi czy innymi biurkami, pracują (czytaj przepychają się) w partyjnym aparacie, punktują u wodzów. Podsumowując – nie istnieją! Ani społecznie, ani politycznie. Tak się nie da. Lewica, i to nie tylko polska, staje obecnie przed koniecznością powrotu do etosu walki (oczywiście nie użycie siły w jakimkolwiek sensie mam tu na myśli) i bycia blisko z ludźmi (przyszłymi wyborcami!). Charakter lewicy, a raczej nadal funkcjonujący społecznie sposób jej pojmowania, wciąż pozostawia wiele miejsca dla niepopularnego już raczej „trybuna ludowego”. Trzeba temu pojęciu nadać sens, trzeba zejść do ludzi i jeśli oni wychodzą na ulice, wyjść tam z nimi. To jedyna droga do odbudowania lewicy. Innej nie ma. Problem jednak pojawia się właśnie w tym miejscu. Czy w takiej roli widzimy Napieralskiego, Kalisza, Kwaśniewskiego nawet? A może Elę Kwaśnicką czy Marka Widucha? Właśnie! Problemem polskiej lewicy jest brak ludzi spełniających kryteria stawiane przez współczesność. Przepraszam, brak ich z przodu, bo może istnieją w którymś tam rzędzie. Nie są jednak w stanie zaistnieć w realiach partii, która pojęcie partyjnego aparatu wprowadziła w charakterze normy. To już jednak inna historia i zupełnie nie moja sprawa.

Kończąc zaryzykuję stwierdzenie, że SLD w formie, w jakiej się znalazł jedynie hamuje w polskiej lewicy procesy, które na świecie zdają się powoli dominować po lewej stronie sceny. W tej formie już wkrótce SLD przejdzie do historii.

Published in: on 14/10/2011 at 6:39 am  4 Komentarze  

Spotkałem Kuryluk w Czytelni Sztuki

odnalezione w bucie

historie przenoszone

dużo przenoszone

zostały przeniesione

istota sztuki – przenoszenie?

PS. Pisanie o wystawie i rozmowie z Ewą Kuryluk jakimikolwiek dookreślonymi słowami ani nie ma sensu, ani nie przyniesie efektu. Jej świat tak naprawdę nie musi być wykładany i tłumaczony. Jej świat musi być komentowany. Stwierdziła sama, podczas spotkania, że nie może istnieć sztuka bez komentarza. Zgadzam się z tym całkowice. Mój prywatny komentarz powyżej. Że pojmą go tylko Ci, którzy znają opowiedzianą na wernisażu historię? A w czym miałoby to szkodzić? Niech idą obejrzeć wystawę, niech wedrą się w czyjąś prywatność ze swoim własnym wytrychem. To nie wścibstwo. To przywilej. Ci wielcy nie boją się szczerości. Ewa Kuryluk jest wielką artystką. Do 27 listopada możemy oglądać bardzo ważną i, jak sama stwierdziła, „chyba dość dobrą” wystawę.

Czytelnia Sztuki znakomicie wypełnia tę jesień. I tyle żółci, brązów i sepii wokoło…

Published in: on 12/10/2011 at 7:21 am  Dodaj komentarz