The Beatles w odwrocie, ale spektakl świetny!

Tytuł spektaklu, którym premierowo uraczył nas w piątkowy wieczór Gliwicki Teatr Muzyczny „The Beatles and Queen” i jego podział na dwie „monograficzne” części, wpisuje się w nieustanne spory o to, który zespół bardziej zasługuje na tytuł gwiazdy wszech czasów. Oceniając go, pozostanę w konwencji, porównując obie części. Już we wstępie jednak nadmienię, że moja ocena nie będzie raczej głosem w dyskusji fanów muzyki żadnego z zespołów. W spektaklu, który obejrzałem, Queen otrzymał zbyt duże fory…

Nie da się bez treści!

Dobrze jest, kiedy spektakl teatralny opowiada jakąś historię. Rozumiem ją nie jako płytką, momentami naiwną fabułkę, ograniczoną do kilku wytartych i zużytych scenicznych chwytów, ale jako opowieść zmierzającą do obudzenia w widzu reakcji, wykraczających cokolwiek poza te w rodzaju uronienia na siłę wyciśniętych łez. Wolę, aby ta akurat funkcja pozostała domeną niektórych popularnych produkcji serialowych kina iberoamerykańskiego. W tej kwestii na scenie Gliwickiego Teatru Muzycznego zdecydowanie lepiej wypadł Queen. Być może można to po części usprawiedliwić nieco inną historią obu kapel, inną dynamiką dekad, w których grały i kilkoma innymi czynnikami, ale na dłuższą metę i tak wszystko sprowadzi się do koncepcji całości zaproponowanej przez autorów choreografii i scenografii obu części, odpowiednio Igora Vejsady (The Beatles) i Roberta Balogha (Queen). Odniosłem wrażenie, że obaj panowie przyjęli zupełnie odmienne podejścia do problemu, choć może w pierwszym przypadku nie do końca wynikało to ze świadomego wyboru, a raczej z pewnych niedostatków reżyserskiego warsztatu. Vejsada wybrał bowiem kanoniczny wręcz zestaw beatlesowskich evergreenów, który owszem, doskonale sprawdziłby się w popołudniowej niedzielnej audycji radiowej, co więcej, który z całą pewnością ucieszył wielu widzów (w tym również niżej podpisanego), jako nieźle tanecznie zaaranżowana wiązanka hitów „z dawnych lat”, ale który w tej formie niekoniecznie nadaje się do opowiedzenia jakiejkolwiek historii językiem teatru. Nic dziwnego zatem, że na scenie żadnej historii nam nie zaproponowano. Fabuły w kilku momentach należało się raczej doszukiwać, a najlepszym tego dowodem jest fakt, że w zasadzie kolejność zaproponowanych nam kawałków mogłaby być dowolna i w ogóle nie miałoby to wpływu na naszą percepcję całości. Nie poznajemy ani historii The Beatles ani tym bardziej Johna Lennona, choć choreograf zdecydował się wyprowadzić narrację w dalszą przyszłość, w lata, kiedy to za rozwiązanym zespołem od dawna już rozpaczali niepocieszeni fani. Ta dramaturgiczna łata niestety nijak nie pasuje do reszty materiału. Pomijam już nawet fakt, że nie pozostaje ona w związku z całą fabułą (bo przecież katastrofalnie poprowadzony i kiczowato spuentowany wątek Yoko Ono nie wystarcza do wykonania  tak ogromnego fabularnego skoku), ale wyraźnie nie broni się po względem teatralnym. Pożegnalny taniec Yoko nie jest liryczny, cała scena „odejścia” Johna jest łzawa i banalna. Udowadniają to również soliści, którzy, zupełnie nie ze swojej winy, nie są w stanie wytańczyć nam w tym miejscu nic głębokiego. Bo banał pozostał banałem także dla choreografa, który w tym miejscu nie potrafił zaproponować niczego więcej. Dochodzą o tego zbyt duże uproszczenia fabularne, przykrojenie samej historii The Beatles do potrzeb tak zaaranżowanej historyjki, pominięcie wszystkiego, co w historii zespołu mogło stanowić rzeczywistą treść spektaklu. Konflikty, demontaż przyjaźni, rola Yoko Ono – tego wszystkiego zabrakło i to się zemściło. Każda historia z czyjegoś życia musi być jak samo życie. Są chwile piękna i ekstazy, są wyzwania, cierpienia i tragedie. Tego zabrakło i sceniczna śmierć Johna stała się zupełnie zaskakującą puentą nad pasmem sukcesów, radości i imprez, które zapamiętujemy z widowiska. Tak nie było naprawdę i emocjonalna pustka niestety emanuje ze sceny. Ktoś mógłby powiedzieć, że sama muzyka zespołu taka właśnie była, prosta, rytmiczna, w większości pogodna i – przepraszam fanów, bo sam tak nie myślę – w większości banalna. A do takiej wszak trudno zatańczyć ból, zwątpienie i rozpad. Cóż, taki był wybór autora koncepcji, który koniecznie chciał nam zaserwować słodkie lody o smaku beatles i praktycznie zupełnie pominął późniejszy okres twórczości, z eksperymentalnymi brzmieniami, wręcz nowatorskimi na tamte czasy. Tam można było uchwycić dysonans, wewnętrzne konflikty, początek końca, taki muzyczny ragnarök. Igor Vejsada zdecydował się dać nam imprezę i roztańczone groupies, gdzieniegdzie dorzucając, w zamyśle liryczne, kąski. Taki też produkt otrzymaliśmy. Miły dla ucha, całkiem ładny dla oka, pełen ruchu i barw i… i koniec. Podobnie jak przy ogromnym pucharze lodów, których jestem wielbicielem, doszedłem do momentu, że „ani gałki więcej!”. Rozkołysany i roztańczony wyszedłem na przerwę z lekką obawą o to, co będzie dalej.

Zatańczyć totalnie.

Cóż mogę napisać o drugiej części, kiedy już na samym początku ponoszą mnie emocje, które pozostały we mnie po perfekcyjnie namalowanym (bardzo świadomie używam malarskich odniesień) przez Roberta Balogha muzycznym fresku. Ciężko zebrać myśli i dzieje się tak zawsze wtedy, kiedy czuje się, że opowiedziano nam prawdziwą historię, prawdziwym językiem. To nic, że nieco podbarwioną, bo takie jest prawo sztuki, ale autentycznie przeżytą przez tych, którzy ją nam opowiadali. Balogh to choreograf, który nie przekłada swoich koncepcji na język teatru, on w tym języku myśli. Jestem przekonany, że poradziłby sobie także w teatrze dramatycznym, a fakt, że zajmuje się tańcem jedynie wydatnie zwiększa jego reżyserski arsenał. Balogh zrobił wszystko to, czego Igor Vejsada nie zrobił – zrezygnował z wielu mega przebojów, skonstruował historię, którą chce opowiedzieć i jej podporządkował środki, uchronił się przed sentymentalnym kiczem i wykorzystał ogromny potencjał tancerzy. Za to zresztą muszą mu być wdzięczni zwłaszcza ci, którzy tańczyli również w The Beatles. Nie widząc ich u Balogha nie miałbym pewności, czy aby nie ponoszą jakiejś winy za teatralne rozmazanie części przygotowanej przez Vejsadę. Na tym właśnie skupię się w ocenie drugiej części widowiska, bowiem to właśnie zadecydowało o jego sukcesie w tym samym stopniu, w jakim brak uformowanej treści i niedostatki reżyserii zadecydowały o braku tegoż w części pierwszej.

Ivo Jambor, tańczący rolę Freddiego, to nie tylko doskonały tancerz, ale również znakomity aktor, posługujący się w pracy nad kreacją całą gamą środków, daleko wykraczających poza taniec, ciało i ruch. Ujął mnie ogromnym skupieniem, które emanowało z niego w całym spektaklu, a które zupełnie nie wpływało na jego ekspresję. To profesjonalista w każdym detalu, to postać sceniczna, wokół której każdy reżyser może budować dowolną narrację i stawiać poważne aktorskie zadania całemu zespołowi. Do roli Mercurego został chyba stworzony. Znakomicie przygotowany fizycznie, łączy z tym naturalną lekkość ruchu i perfekcyjne wykonanie. Tańczy tak, jak Freddie Mercury śpiewał – totalnie. Zawłaszcza przestrzeń, jest jej naturalnym dopełnieniem, wydaje się oczywisty w tym, co robi i gdzie się znajduje. Ważna uwaga – tańcząc w duecie podporządkowuje temu swój indywidualizm. Nie wiem, może zapytam solistek, które z nim tańczyły, ale po ich reakcjach po spektaklu widziałem wyraźnie, że czują się z nim pewnie i bezpiecznie. A ja dodam jeszcze, że przy nim błyszczą. Ivo Jambor współtworzy ze swoimi partnerkami w czasie rzeczywistym. To się czuje i to właśnie dlatego wszystkie duety wypadły przejmująco, pięknie eksponując wielkie możliwości Sabiny Langner, czy Zofii Kubic. W tym miejscu czas na inną deklarację. Dla mnie – i niech mi wybaczą to inne solistki – królowa jest tylko jedna. To Sabina Langner. Nie mam wątpliwości, oceniając obie części spektaklu, choć Zofia Kubic w partii Montserrat była wręcz zjawiskowa. Na koniec taniec w duecie z Michałem Krzemieniem, tańczącym Jima Huttona, partnera Freddiego. Bodajże najlepsza miłosna etiuda w spektaklu. Niezwykłe wyczucie tancerzy i perfekcyjna choreografia Balogha sprawiły, że zobaczyliśmy nierelatywne piękno. Doskonały fragment.

Na koniec jeden tylko zgrzyt. Przy takim znakomitym zespole, z tak świetną reżyserią i choreografią, może można się było pokusić o zastąpienie czymś butelki i puzderka z koką? To znaki z innej przestrzeni i zostawmy je raczej początkującym teatrom. W spektaklu są niepotrzebne. I jeśli ktoś nie wie (a nie wie?), że Mercury chlał i ćpał, to może nic się nie stanie, gdy wyjdzie nadal w niewiedzy.

Robert Balogh wraz z tancerzami malował ruchem i dźwiękiem. Obraz mam wciąż przed oczami. Będę wracał na widownię jeszcze wiele razy.

Nic gorszego od słowotoku…

… więc czas na podsumowanie. Po bardzo dobrym „High School Musical” i potknięciu w „Hair”, Gliwicki Teatr Muzyczny ma znowu w repertuarze spektakl, który zaczaruje publiczność. Decyzja dyrektorów Gabary i Serafina o połączeniu sił GTM i Opery Bytomskiej w tym przedsięwzięciu była strzałem w dziesiątkę. Wygląda na to, że spektakl właśnie rozpoczął efektowny i pełen laurów pochód po scenach. Życzę mu jak najlepiej i spodziewam się bardzo wiele.

Kończąc pocieszę jeszcze fanów The Beatles. Autorzy widowiska zdecydowali się na zestawianie i porównywanie. Oceny naturalnie są tego konsekwencją. Także moja. Pierwsza część mimo swoich ewidentnych braków na szczęście broni się jako element całości, choć siłą rzeczy po obejrzeniu całości, jawi się raczej jako rodzaj intro. Z perspektywy widza, który sam praktycznie styka się z materią spektaklu, wiem, że byłoby lepiej, gdyby nad całością czuwała myśl reżysera, dbającego o przestrzeń dla dialogu między częściami. Łatwiej byłoby się pokusić o refleksję głębszej natury. Bo czy śmierć Johna w kontekście historii The Beatles nie jest makabrycznym podkreśleniem klęski zespołu jako grupy przyjaciół i odejścia od wszystkiego co było im drogie, a przy okazji dewaluacji wielu wartości epoki dzieci kwiatów? Czy po tym, co obejrzeliśmy na scenie, nie widać wyraźnie w jakim innym wymiarze postrzegamy śmierć Freddiego? Człowieka który odszedł w chwale, ze świata który chłonął całym sobą, z zespołu, w którym był do końca niekwestionowanym liderem? Tak, to dwie śmierci i dwie różne historie. Tylko jedna dopowiedziana…

Published in: on 25/09/2011 at 12:46 pm  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://darjez.wordpress.com/2011/09/25/the-beatles-w-odwrocie-ale-spektakl-swietny/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: