Podali nam dłoń!

Impresja z pierwszego dnia Palm Jazz Festiwal 2011

Drugi Palm Jazz Festival wystartował. Za nami pierwszy koncert, który z całą pewnością zaostrzył jeszcze apetyty tych, którzy zdecydowali się piątkowy wieczór spędzić w „Bajce” w znakomitym wszakże towarzystwie.

Było ich trzech. Wspaniałych muzyków, wirtuozów gry na instrumentach, których wielu z widzów dotąd nie widziało i nie słyszało. No, może poza Dimą Gorelikiem, znakomitym gitarzystą z Izraela, który jednak z powszechnie znanej gitary potrafi wydobyć zupełnie niespotykane rzeczy. Jednego już znacie, dwaj pozostali to pochodzący z Syberii Vladisavar Nadishana oraz Belg Raphael de Cock. Żeby zakończyć część biograficzną – kilka szczegółów. Vlad i Raphael nieprzypadkowo świetnie się podczas gry rozumieją. Obaj są miłośnikami instrumentów, które czy to zostały zapomniane, czy też, ze względu na skomplikowaną technikę gry, nie zostały spopularyzowane. Obaj również stawiają na perfekcyjne opanowanie gry i wreszcie obaj swobodnie poruszają się zarówno w przestrzeni geograficznej jak i historycznej. De Cock interesuje się poza tym studiowaniem najbardziej skomplikowanych technik głosowych. Przekonaliśmy się o tym, że opanowuje je w stopniu perfekcyjnym – zarówno staroskandynawska pieśń, jak i ludowe brzmienia z syberyjskiej Tuvy podane były rewelacyjnie. Skoro przy Tuvie jesteśmy… Wywodząca się stamtąd technika gardłowego śpiewu (zetknąć się z nią mogli chociażby ci, którzy znają Sainkho Nemchilak) wymaga wiele wysiłku, ale efekt jest piorunujący i zgromadzona w Bajce publiczność doświadczyła tego w całej rozciągłości. Co efektowniejsze frazy de Cocka budziły prawdziwy aplauz.

Cóż, omawianie poszczególnych utworów raczej nie ma tu sensu. Ci, którzy na koncert się nie wybrali zapewne nie usłyszą ich, czytając. Może zatem lepiej pokusić się o kilka refleksji z samego koncertu i z godzin po nim. Muzyka… Magiczna przestrzeń dialogu, która dostępna jest dla każdego, kto zechce go nawiązać. Dialogu oczywistego, jak między trójką muzyków na scenie, prowadzonego w ich języku, na poziomie, który pozwala im osiągnąć wirtuozeria. Autentyczna przyjemność, którą daje taka muzyka była wręcz widoczna. De Cock uśmiechający się i kręcący z podziwem głową nad popisami Dimy i Vlada. Ci dwaj, co trochę improwizujący wspólnie. Błogostan na twarzy Dimy, który gdzieś tam do nieba się chyba uśmiechał, kierując w górę naprawdę uduchowione spojrzenie. Drugi dialog nastąpił również – między muzykami i publicznością. Czy to wtedy, gdy Raphael namawiał aby zamknąć oczy słuchając syberyjskich śpiewów, czy wtedy, gdy przy wykonaniu macedońskiej pieśni publiczność dała się porwać zarówno jej brzmieniu i niesionej nim energii jak i sile mistrzowskiego przekazu. I trzeci dialog wreszcie – między cywilizacjami. Między ludźmi, których różni w zasadzie wszystko. Macedonia, Syberia, średniowieczna Norwegia, szamani, Irlandia, Flandria. Różnica tysięcy kilometrów, setek lat, mentalności, wiary. A jednak muzyka nie dzieli. To łącznik, przez który chyba najłatwiej zrozumieć to, co łączy nas wszystkich niezależnie od miejsca i epoki – emocje. Miłość, tęsknota, radość. Czuliśmy je w tych pieśniach. Energia pozytywna była niezaprzeczalna. Palm – dłoń. Wyciągnęli ją do nas siedzący w kole mieszkańcy Syberii, słuchający szamańskich zaśpiewów, nie odmówili jej skandynawscy żeglarze z Szetlandów, podali irlandzcy kobziarze. Przyjęliśmy ją i poczuliśmy ten przekaz ponadprzestrzenny i ponadhistoryczny. Poczułem dziwną satysfakcję słuchając zachowanych muzycznych perełek, tworzonych przez anonimowych twórców, których tak często chętnie postrzegamy gorszymi od siebie. To ich wkład do wspólnego dziedzictwa. Jego nośnikiem muzyka.

Dla mnie była to muzyczna uczta. Jeśli przy okazji mógłbym coś artystom poradzić (może organizatorzy zechcą im tę uwagę podać, bo przecież w niczym nie kontestuje ona bardzo pozytywnych wrażeń z koncertu), to większej uwagi dla uzyskania pewnej dramaturgii koncertu, odbieranego w kategoriach spektaklu. Muzyka przez nich wykonywana jest specyficzna i zwłaszcza dla nieprzygotowanego dbiorcy może być nieco nużąca. Może warto byłoby ustalić pewien własny rytm koncertu, jego wewnętrzne tempo i siłę? Może za wiele było takich dość przypadkowych falowań nastroju, sprawiających wrażenie dość przypadkowych jednak? Ukierunkowanie nastroju publiczności, reżyseria jej reakcji i zachowań, koniec końców byłaby przecież bardzo zgodna z rolą wykonywanej przez artystów muzyki tam, skąd ona pochodzi.

Na koniec refleksja mniej sympatyczna. Po reakcjach muzyków i ich dedykacjach dla Krzysztofa Kobylińskiego, dyrektora artystycznego festiwalu, mogliśmy zrozumieć, że właśnie w Gliwicach urodził się Festiwal, który ma szansę stać się wydarzeniem o bardzo szerokim oddźwięku nie tylko w kraju. Mamy do czynienia z dużą jakością. Wydaje się, że Miasto ma właśnie gotowy prawdziwy wał napędowy, który tylko należy wykorzystać w promocji. Palm Jazz Festiwal dopiero się urodził, cieszy, że Samorząd wyasygnował pewne środki na jego realizację. Prosimy o więcej, a będziemy mieli nad Kłodnicą kolejne gwiazdy światowego formatu. I niech tam Rybnik ma Briana Adamsa, a przecież na niedzielny koncert moi przyjaciele z Rybnika przyjeżdżają do nas. A jednak temat frekwencji, to przysłowiowa łyżka dziegciu. Przypominam sobie Jerzego Waldorffa, który potrząsając laską namawiał warszawską młodzież do pójścia na koncerty Warszawskiej Jesieni, mówiąc, że tą laską będzie lał po grzbietach tych, którzy nie pójdą. W Gliwicach Waldorff by nie pomógł. Zaścianek bowiem nie bierze się sam z siebie. Jest w ludziach. Leniwych, wbitych w fotele, nie wychylających nosa poza własną dzielnicę, co najwyżej walących na popcorn do multipleksu lub weekendowe zakupy do takiej czy innej galerii. Wyrwijmy się z zaścianka! Za tak niską cenę, zaryzykuję, nigdzie nie posłuchamy takiej muzyki. Festiwal trwa do 14 czerwca. A jeśli nic się nie zmieni, tu kieruję słowa do organizatorów, nie martwcie się, w przyszłym roku zjadą do Gliwic goście z całego Śląska! To pewne. A gliwiczanie? Obudzą się, kiedy bilety będą nie do zdobycia, kiedy będą kosztowały tyle, ile spokojnie kosztować powinny. Do rozsądnych i szukających inspiracji tylko jedno – 25 zł, tyle kosztuje przeniesienie się w przestrzeń, do której będzie się potem wracać. Namawiam!

Published in: on 28/05/2011 at 12:01 pm  Dodaj komentarz  

Ślązacy – narodowość, której nie ma…?

 W 2007 roku opublikowałem w Gazecie Gliwickiej taki oto tekst w cyklu „Raport mniejszości”. Warto go chyba przypomnieć właśnie teraz.

Zaskakująca to była rozmowa w dość nietypowym gronie. W leżącym blisko Gliwic Kleszczowie zasiadło do wspólnej kawy kilku mężczyzn – Grzegorz, kierowca, który jest „kaliszakiem” od urodzenia, Roman, jak sam mówi „Ślązak z krwi i kości” i Krzysztof – dwaj pracownicy miejscowej firmy logistycznej, oraz autor tego tekstu. Zaczęło się od tego, że zapytałem Romana, którego zdanie w wielu kwestiach bardzo sobie cenię, co sądzi o narodowości śląskiej i o samej zasadności stosowania tego terminu. I zaczęło się – „A kto tu jest Ślązakiem?” – z zainteresowaniem włączył się Grzegorz.

Niby naiwne pytanie, bo teoretycznie, Ślązakiem jest każdy, mieszkający na Śląsku człowiek. A jednak od jakiegoś czasu to tradycyjne znaczenie przestaje już być w obiegu, ustępując miejsca jego znaczeniu w sensie etnicznym (jakkolwiek wielu nadal nie chce go uznać). Dzieje się tak zwłaszcza po 2002 roku, kiedy to w Narodowym Spisie Powszechnym w polskiej części Śląska zadeklarowało narodowość śląską 173 200 osób, a liczba ta w rzeczywistości byłaby znacznie wyższa, gdyby rachmistrze przeprowadzający spis nie odmawiali w wielu przypadkach jej wpisania do formularza. Oczywiście wiele osób, mogących zadeklarować narodowość śląską nie mogło z różnych przyczyn wziąć udziału w spisie. Nie obejmował on także osób niepełnoletnich. Tak czy owak, zgodnie z wynikami spisu to właśnie Ślązacy, są największą w Polsce mniejszością (wcześniej byli nią Niemcy).

A więc „Kto tu jest Ślązakiem?” – przesympatyczny rozmówca z Kalisza szybko rozwinął pytanie, nie sugerując wprost, ale dając do zrozumienia, że właśnie mamy do czynienia z kimś, kto reprezentuje wątpliwości bardzo wielu Polaków w całym kraju. Za chwilę również wyraził opinię, że sprawa dotyczy chyba w szczególności osób starszych. Rzeczywiście mogłoby tak być zważywszy, że przed II wojną światową, świadomość narodowa Ślązaków miała szczególnie podatny grunt do rozwoju – na polskiej części Śląska ukonstytuowało się wtedy autonomiczne województwo śląskie ze stolicą w Katowicach i z własnym Sejmem Śląskim. Zapewne dlatego sam Jerzy Giedroyć napisał: „Pamiętam doskonale, a jeszcze lepiej pamiętają o tym sami mieszkańcy, że dzięki autonomii Śląsk należał do najbogatszych polskich prowincji. Większość wypracowanych pieniędzy pozostawała na miejscu. Budowano za nie przemysł, miasta, drogi, obiekty komunalne, finansowano kulturę. W okresie powojennym Centrala rozpoczęła nadmierną eksploatację tej ziemi. Nie da się ukryć – panuje niesłychana ignorancja dążeń Ślązaków do samostanowienia, lekceważenie raportów o stanie zagrożeń, począwszy od ekologii, na społecznych kończąc. Jeśli się to nie zmieni, Śląsk może stać się ogniskiem niepokoju, promieniującym na cały kraj. Trzeba nieustająco przypominać Warszawie, że nie ucieknie przed tym nabrzmiałym problemem”. To zdanie często powraca na różnych forach i w wypowiedziach osób z ruchów społecznych takich jak Ruch Autonomii Śląska czy Związek Ludności Narodowości Śląskiej.

Niektóre wypowiedzi działaczy RAŚ sprawiły, że spotkał się on z oporem w prawie całej Polsce. Jerzy Gorzelik, przewodniczący Ruchu stwierdził: „Jestem Ślązakiem, nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem. Państwo zwane Rzeczpospolita Polska, którego jestem obywatelem, odmówiło mi i moim kolegom prawa do samostanowienia i dlatego nie czuję się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa”.

Aż chce się uspokoić opinię publiczną. Nawiązując do rozmowy, o której wspomniałem na początku, także na końcu tego artykułu pozwolę sobie przytoczyć, za zgodą rozmówców, najistotniejsze ich opinie:

Grzegorz z Kalisza – „I doszliśmy do wspólnego zdania. Nie ma różnic, których nie można pokonać. Wy wycierpieliście swoje, my również, ale żyć trzeba dalej”.

Roman – „Nie mam nic przeciwko narodowości śląskiej. Ale, podkreśl to mocno w artykule, nie może być ona pretekstem do robienia karier politycznych, załatwiania sobie mandatów w Sejmie i jakiegoś szowinizmu!”

Krzysztof – w zasadzie… wymowne milczenie. To nie był jego temat a z całej rozmowy najbardziej zainteresowało go, kto zdeklarował narodowość śląską (wcześniej podałem informację, że jeden z naszych wspólnych znajomych tak zrobił).

Ja – byłem adwokatem raczej, prowokującym do rozmowy. We wczesnym dzieciństwie często miałem okazję spotykać się z nieprzychylnie brzmiącym „To Ślązak, Ślązaczka!”, mającym tłumaczyć niechęć do kontaktów z taką czy inną osobą. Na szczęście w moim przypadku zadziałało to jak szczepionka uodparniająca na nietolerancję i nacjonalizm. Jestem zatem za oficjalnym uznaniem narodowości śląskiej, a zdecydowanie przeciw wszelkim nastrojom separatystycznym, nawet pod płaszczykiem autonomii.

W mojej opinii utwierdza mnie zwłaszcza wypowiedź mieszkającego w Zabrzu Sebastiana. To właśnie wspomniany wspólny znajomy, który zadeklarował narodowość śląską, zadając przy okazji kłam twierdzeniu, jakoby problem dotyczył jedynie osób starszych. To, co powiedział nie pozostawia wątpliwości co do kierunku, w którym powinny zmierzać działania takich organizacji jak ZLNŚ i RAŚ: „To tylko narodowość śląska ale zawsze będę Polakiem!”

Published in: on 26/05/2011 at 5:10 pm  Comments (1)  

Debatowali o kulturze

5 maja w Czytelni Sztuki odbyły się konsultacje w sprawie ewentualnego przystąpienia Gliwic do Paktu dla Kultury. Połączone były one z panelem dyskusyjnym. Czy Prezydent Miasta Zygmunt Frankiewicz podpisze dokument, który parafowali już prezydenci kilku innych miast, przekonamy się już wkrótce. Poniżej prezentuję roboczy zapis dyskusji.

Wystąpienia panelistów

Spotkanie rozpoczęło się w ustalonym składzie panelistów. Wzięli w nim udział prawie wszyscy z zaproszonych gości i zainteresowani uczestnicy życia kulturalnego miasta. Rozpoczęło się od krótkiego wprowadzenia na temat projektu Paktu dla Kultury. Każdy z panelistów określił potem swoje oczekiwania względem Paktu i przedstawił ewentualne sugestie w kwestii priorytetów jego gliwickiej wersji.

Małgorzata Tkacz – Janik za jeden z wielkich atutów i oczywisty priorytet uważa otwartość Paktu, zmierzającą bezpośrednio do demokratyzacji kultury w sensie równego dostępu do niej i czytelności mechanizmów zarządzania i dystrybucji środków. Wskazała na konieczność traktowania kultury również w kategoriach ekonomicznych. Za niezbędne uważa otwarcie się samorządów na sprawy kultury we wszystkich jej przejawach. Być może udałoby się w Gliwicach powołać rodzaj gremium doradzającego w tych kwestiach samorządowi. Konieczna jest według niej zmiana podejścia do finansowania instytucji kultury w kontekście planów wieloletnich.

Dariusz Jezierski podkreśla konieczność upodmiotowienia w Pakcie grup nieformalnych oraz późniejszego wypracowania mechanizmów umożliwiających artystom udział w życiu kulturalnym bez wstępnych warunków w rodzaju konieczności zrzeszania się, tworzenia podmiotów w sensie prawnym itp.

Renata Caban w nawiązaniu do uwag Dariusza Jezierskiego podkreśliła, iż najłatwiejszą metodą wprowadzenia ich w życie jest obudowanie działaniami podmiotów nieformalnych podmiotów prawnych i instytucji kultury. Podkreśliła również pewnego rodzaju niesprawiedliwość podziału środków na wyższych szczeblach samorządowych, Urzędu Marszałkowskiego, Ministerstwa Kultury itp., podając za przykład między innymi Teatr Rozrywki, finansowany z budżetu województwa śląskiego w zestawieniu z finansowanym całkowicie z budżetu miasta Gliwickim Teatrem Muzycznym. Jej zdaniem działania kulturalne na szczeblu Gliwic mają problem z przebiciem się, są marginalizowane i niedostrzegane. Przestrzegła również przed postawą, która mając na widoku ewentualne przyszłe ułatwienia i środki doprowadzałaby do zaniedbań spraw bieżących i nierozwiązywania problemów obecnych.

Grzegorz Krawczyk zwrócił uwagę na to, że Polska w najbliższym czasie stanie przed koniecznością zmierzenia się z całkowitą zmianą w podejściu do kultury. Tradycyjne wartości i kategorie, w jakich postrzegamy kulturę zgodnie z nowymi trendami w Europie są całkowicie marginalizowane. To będzie proces bolesny. Kultura będzie traktowana stricte jako produkt i w ocenie takiej czy innej inicjatywy czy jakiegokolwiek projektu najważniejsze będą czynniki ekonomiczne. Aby zmierzyć się z tymi problemami konieczna jest dyskusja i stworzenie odpowiedniego aparatu pojęciowego. Obecny nie radzi sobie z nadchodzącym sposobem traktowania kultury. Szanse, jakie widzi w Pakcie to między innymi otwieranie się instytucji i ich uelastycznianie oraz tworzenie programów, które szerzej finansują przedsięwzięcia z zakresu kultury. Obawia się, że niemożliwe jest realne zwiększenie środków na kulturę o 1%. Gdyby nawet się tak stało, trzeba się obawiać, że te środki trafią finalnie w produkcję telewizyjną, reklamę, itp. Dariusz Jezierski w nawiązaniu – Pakt daje szansę niedopuszczenia w obliczu nieuchronnych zmian do redefiniowania wszystkich pojęć. Są sfery i kategorie kultury, o które można i należy zawalczyć. Nie należy dopuścić do pełnej unifikacji.

Grażyna Grzesik niewielki udział III sektora w działalności w zakresie kultury widzi w braku przejrzystych reguł finansowania. Wnioski o dofinansowanie składane na różnych szczeblach są oceniane niemerytorycznie i nie są równo lecz podejrzliwie traktowane. Postulowała uszczegółowienie 4 punktu Paktu, dotyczącego równego dostępu do środków publicznych.

Ksiądz Robert Chudoba wyraził obawę, czy zastanawiając się nad tworzeniem kultury nie zapominamy o jej odbiorcach. Dostrzega rosnącą przepaść między tymi podmiotami ze względu na brak wrażliwości odbioru kultury. Niezbędna jest edukacja.

Mariusz Kozubek stykając się z odbiorcami sztuki bezpośrednio, zadaje sobie pytanie, w którym momencie wyjście do widza i próba dotarcia do niego kończy się banalizowaniem własnej wypowiedzi artystycznej i kiedy kończy się sztuka a zaczyna tylko rozrywka. Widzi zanikające u odbiorców kompetencje kulturowe.

Magdalena Żmudzińska – Nowak nie postrzega wszystkiego tylko w kategoriach finansowych. Nie trzeba rewidować systemu wartości. Także w kulturze płacimy za nieumiejętność bycia obywatelem. Dotyczy to w znacznym stopniu przestrzeni miejskiej jako obrazu kultury. Nieprzemyślane i lekkomyślne zmiany są tu często nieodwracalne. Brak w Pakcie zapisów dotyczących kultury miejsca i kultury przestrzeni. Konieczna jest praca nad widzem, uczestnikiem kultury. Konsumujemy nie kulturę, lecz papkę. Kulturę odbiera się na wyższym poziomie.

Dyskusja

Marian Dragon, pytanie do pani Tkacz – Janik – Co miała na myśli mówiąc demokratyzacja kultury, jej upowszechnienie czy dostęp do niej? Zdaniem pana Mariana, kto chce robić jakąkolwiek imprezę, po prostu ją robi i nie ma z tym problemu.

Odpowiedź Małgorzaty Tkacz – Janik. Powinna istnieć wystarczająca ilość instytucji kultury umożliwiających powszechne korzystanie z nich. Tymczasem, także w Gliwicach, jest mniej bibliotek, domów kultury, kin. Zatem na pewno dostępność tam, gdzie się ona zmniejszyła. Z drugiej strony trzeba zauważyć, że istniejące instytucje kultury powinny mieć bardziej zróżnicowaną ofertę. Tymczasem oferują one repertuar, o którym decydują gremia, o których nawet nie do końca wiemy, z kogo się składają. Z jednej strony będąc zwolenniczką wielkich narracji i rozumiejąc podział na kulturę wysoką i popularną, nie może jednak nie dostrzec, że podział ów jest już nieco archaiczny. Trzeba się zatem otworzyć także na kulturę zupełnie inaczej rozumianą, a ta z kolei potrzebuje określonej przestrzeni miejskiej, w której mogłaby być realizowana. Nowe wzorce kultury wymagają nowych kompetencji kulturowych. Te zaś potrzebują instytucji, które pozwalają je nabyć. Dostęp do kultury uniemożliwiony jest chociażby przez funkcjonowanie transportu publicznego.

Dariusz Jezierski w nawiązaniu: W moim pojęciu inaczej należy rozumieć kwestię dostępności do kultury. Pakt dla Kultury mówiąc o równej dostępności do kultury nie określa w ogóle grup, które ten dostęp mają ograniczony. Tak jak gdyby piszący bali się nazwać obszary biedy, niepełnosprawnych, patologie społeczne, środowiska wiejskie. Tu właśnie widzę szanse dla Gliwickiego Paktu dla Kultury. Powinniśmy w nim szczegółowo dopracować te właśnie treści i spróbować wypracować jakieś konkretne rozwiązania. Nie można za łatwo posługiwać się sformułowaniem, że mamy za mało takich czy innych instytucji kultury. Trzeba dokładnie zdiagnozować, jakich brakuje naprawdę. Skoro na drugim po premierze, stosunkowo niezłym spektaklu zabrzańskiego Teatru Nowego jest na widowni 60 osób, znaczy to, że nie tyle jest potrzebny nowy teatr, co znalezienie skutecznych sposobów korzystania z możliwości, które niesie ten istniejący. Potrzebne są racjonalne metody pobudzenia społecznej potrzeby teatru. I dotyczy to bardzo wielu innych dziedzin sztuki.

Beata Stradowska (Młodzieżowy Dom Kultury): Powinno się zdecydowanie inwestować w plany wieloletnie. Projekty te powinny być kierowane do najmłodszych. Jednorazowe, oderwane od siebie akcje nie przyniosą skutku. Stradowska podała za przykład długoletnią akcję umuzykalniającą prowadzoną wspólnie z Filharmonią. Mimo początkowych trudności pojawiają się spektakularne efekty. Dzieci nabierają zainteresowania treściami spotkań i robią pierwsze kroki do kształtowania własnego gustu muzycznego. Wiele z nich uczęszcza potem do szkół muzycznych. Te działania właśnie zapewnią nam w przyszłości odbiorców kultury. Sugestia kolejna – gremia decydujące o rozdziale środków na kulturę nie mogą mieć stałego składu. Musi się on zmieniać, chociażby ze względu na to, że pewne osoby mają określone preferencje kulturalne i siłą rzeczy mogą one rzutować na ocenę poszczególnych przedsięwzięć.

Grzegorz Krawczyk w nawiązaniu – sądzi, że z tym ostatnim postulatem (kadencyjności ciał decydujących o rozdziale środków) zgodzą się wszyscy. Brak przejrzystości procedur i zasad rozdziału środków na takie czy inne projekty uznaje za problem dotyczący całej Polski. Nigdy nie wiadomo, kto i na jakiej zasadzie przyznaje te środki. Widzi możliwości powołania gremiów wywodzących się ze środowisk kultury, w których wypracowane wspólnie zasady władze powinny jak najmniej ingerować. Zdejmie to zapewne z tych kwestii odium jakieś domniemanej manipulacji czy politycznych uwarunkowań. Edukacja kulturalna to klucz do wszystkiego. Tylko w niej jest w chwili obecnej jakaś nadzieja. Niekoniecznie jednak powinna być ona kierowana tylko do najmłodszych. To jest rozwiązanie najprostsze, ale w każdym wieku można coś jeszcze zmienić na lepsze. Ważne jest, by nauczyciele potrafili korzystać z instrumentów, jakimi są instytucje kultury. Ważne jest, aby w programach nauczania znalazł się na to czas. To bardzo poważna sprawa.

Jolanta Witkowska, zastępczyni dyrektora GTM – wszystkie wnioski oczywiście są słuszne, ale ma wrażenie, że dzielimy trochę skórę na niedźwiedziu. Tymczasem najpierw należałoby do Paktu podejść bardziej pragmatycznie i skoncentrować się na stworzeniu liczącego się lobby i doprowadzeniu do zwiększenia środków na kulturę o sugerowany 1%, a dopiero później dzielić cokolwiek i dyskutować. Niezależnie od tego czy chodzi o instytucje publiczne czy o podmioty pozarządowe wszyscy stykamy się z problemami finansowymi, które trzymają nas nisko przy ziemi. Stwierdziła, że zapewne jesteśmy wszyscy wystarczająco inteligentni, aby potem dać sobie radę z dzieleniem środków.

Dariusz Jezierski w nawiązaniu: Mamy jednak nadzieję, że wszyscy tworzymy to lobby i także działania w Gliwicach mają temu służyć. Zgadzam się z przedmówczynią, ze zaczynamy trochę latać definiując kulturę na różne sposoby i zastanawiając się, gdzie ona z wysokiej zmienia się w niską itd., tymczasem zapominamy często o zwykłych, często przez maleńkie „k” działaniach kulturalnych, na które nigdy nie ma środków. A tak naprawdę o tym, czy będziemy mieli odbiorców kultury a także jej twórców, zadecyduje to, czy 5, 6, 12- latki będą mogły we wszystkich swoich środowiskach od szkoły począwszy a na dzielnicach i mieście skończywszy robić cokolwiek, co ma nawet zupełnie relatywną wartość, natomiast budzi niezwykły apetyt na uczestnictwo w kulturze i na jej tworzenie. Jest wielka przepaść między tymi mikroskopijnymi środkami, które wędrują gdzieś na jakieś konkursy, na małe festiwale dziecięce, a rzeczywistymi potrzebami. Problemem jest, że działania kulturotwórcze najmłodszych zwłaszcza mają bardzo niską ocenę społeczną. Są w bardzo nikły sposób postrzegane i doceniane przez kogoś innego niż rodzice, ewentualnie nauczyciele. Nie ma nic gorszego jak spektakl robiony w pocie czoła przez grupę 10 – latków przez 3 miesiące i potem wystawiony raz na szkolnym korytarzu czy na apelu w sali gimnastycznej. Trzeba stworzyć przestrzeń do chwalenia się ich dziełami.

Magdalena Żmudzińska – Nowak: Należy rozmawiać o edukacji. Zwłaszcza tych najmłodszych. Ona jest lokatą na przyszłość. Należy jednak zdecydowanie edukować także dorosłych – pewna świadomość rodzica, który zaprowadzi swoje dziecko na warsztaty czy na imprezę kulturalną jest niezbędna. Widzi konieczność dyskutowania o strategiach wydania przyszłych pieniędzy. Bardzo często bowiem, bez przygotowania i przemyślenia celów są one po prostu marnowane. Bardzo wiele można zaczynać nie od otrzymania pieniędzy, ale właśnie od koncepcji. Oczywiście pieniądze są fundamentem każdych działań, ale pytanie o nie nie może się pojawić na początku. Wyjdźmy od idei.

Jeden z młodych uczestników dyskusji wyraził własne zaniepokojenie możliwością, w której jego dzieci będą przeświadczone, że brał udział w pracach nad dokumentem, który nie tylko nie ma większego znaczenia, ale wręcz zdezawuował cele, które sobie stawiał, podobnie jak według niego stało się z wieloma poprzednimi podobnymi działaniami. Boi się po prostu, że ze wszystkich dobrze obecnie brzmiących postulatów wybrane zostaną po prostu te najprostsze do zrealizowania i że zwycięży „idea produktywizmu”. Dla niego najważniejsze jest, aby kultura służyła naprawdę społeczeństwu i zwiększała jego udział w naszej rzeczywistości.

Tadeusz Stapowicz, Galeria Sztuki Współczesnej „Esta” – Najważniejsze dla niego jest to, że Kongres Kultury Polskiej wyzwolił liczne inicjatywy oddolne mające na celu zaktywizowanie i zmobilizowanie środowisk związanych z kulturą. Warto według niego jest dyskutować o wartościach, ale trudniej o rzeczach szczegółowych. Cokolwiek jednak by nie mówić bez pieniędzy niczego nie da się zrealizować. Nie można o tym nie rozmawiać, ale wręcz trzeba dyskutować o tym, co można z nimi zrobić. Trzeba koniecznie pomyśleć o zupełnie innej organizacji jednostek kultury. Współpracuję z wieloma muzeami i galeriami – sytuacja wygląda tragicznie. Większość z nich zorganizowana jest fatalnie. Mnóstwo środków idzie na sfinansowanie nieefektywnych działań i wadliwych struktur. Ich działania często mają małą wartość merytoryczną. Pieniędzy nie jest aż tak bardzo mało – są jednak bardzo źle wykorzystywane. O tym trzeba dyskutować.

Andrzej Pieczyrak – W naszej dyskusji, co chwilę kultura zostaje sprowadzona do towaru i trudno mi tego słuchać. Jesteśmy obywatelami, a więc podmiotem finansującym tak naprawdę kulturę, a tymczasem jesteśmy ograbiani z przestrzeni publicznej. Znikły małe kina, domy kultury, itp., a młodzież robiąca cokolwiek w przestrzeni publicznej jest wręcz wrogo traktowana i rugowana z niej chociażby za pomocą straży miejskiej. Należy tymczasem oddać tę przestrzeń młodzieży, ale również dorosłym, domorosłym artystom, którzy po prostu nie mają gdzie funkcjonować. Pan Dragon stwierdził, że każdy, kto chce może robić kulturę. Otóż to nie jest prawda. Młodzież, która chce zorganizować spontanicznie jakąś najmniejszą imprezę nie ma na to miejsca. Nie róbmy kultury tylko dla warstwy bogatych – twórzmy ją dla wszystkich.

Anna Kubicka – Związek Polskich Artystów Plastyków. „Róbmy swoje”! Kultura odkąd pamiętam opierała się na pasjonatach, którzy robili wiele „dla idei”. My nie mamy problemu z zaproszeniem uczniów i nauczycieli na moje wystawy. Teraz dyskutujemy nad 1%. Jak znam życie za parę dni sprawa ucichnie i nic z tego nie będzie. Pieniądze to jednak nie wszystko.

Katarzyna Lisowska – Chcę zaprotestować przeciwko głosom, że nie ma sensu dyskutować. Bzdura. Spróbujmy tę dyskusję twórczo wykorzystać. Spróbujmy skorzystać z wniosków, które spłyną na podany adres e-mail. To ma wielki sens, cokolwiek nas teraz dzieli. Wojciech Nurek, określił się żartobliwie „zwykłym konsumentem kultury”. Podkreślił konieczność zmiany osób, które decydują o priorytetach w kulturze i rozdzielają środki. Chętnie widziałby tu udział takich gremiów jak dzisiejsze. Małgorzata Tkacz – Janik i Dariusz Jezierski – podsumowali dyskusję i potwierdzili potrzebę wykorzystania tego spotkania i tych głosów, które się pojawiły. Jezierski stwierdził, że inicjatorzy dosłownie rozumieją otwartość dyskusji. Tkacz – Janik nie wyobraża sobie, aby wyjść z tej sali i opuścić ręce. Jak widać dyskusja poruszyła wiele różnych wątków, ale wyraźnie dały się określić zbieżne punkty. Czy uda się wykorzystać tę szansę? Odpowiedzi udzielą najbliższe tygodnie.

Published in: on 11/05/2011 at 6:45 pm  Dodaj komentarz  

To jest biografia roku!

 Cóż można napisać o książce, o której pisać będzie bardzo wielu? Co nowego, innego? Takie pytania pojawiły się, kiedy siadłem nad kartką (tak, nie przed komputerem!) aby zapisać także swój głos na temat „najważniejszej książki Roku Miłosza”, jak określiło dzieło Andrzeja Franaszka „Miłosz. Biografia”, Wydawnictwo Znak. I postanowiłem, że podzielę się z Czytelnikami raczej wrażeniami z lektury tej potężnej księgi, niż porcją mniej lub bardziej merytorycznych treści.

Miłosz był od zawsze w mojej humanistycznej edukacji. Od szkoły średniej aż do dziś przeszedłem wszystkie etapy dojrzewania prywatnego stosunku do jego dzieła. Tak mi się zdawało przynajmniej, bo przecież było najpierw niezrozumienie, ale jakieś takie bardzo otwarte, przeczuwające wielkość, którą należy zgłębić. Potem była lektura uważniejsza, postrzeganie Miłosza bezpośrednie, rozumiejący wgląd w jego poezję. Później Miłosz via Zeszyty Literackie, a więc teksty o nim j jego własne, fragmenty korespondencji. Był też Miłosz odkrycie – „Rodzinna Europa” i „Zniewolony umysł”, przeczytane wprawdzie dość późno, ale przecież z tym większą gotowością emocjonalną i, co tu dużo mówić, intelektualną. I był zgrzyt – Sergiusz Pisasecki i jego „Były poputczik Miłosz” z 1951 roku. „Mimo wszystko jednak w galerii naszych poetów Tuwim będzie miał wielki portret, u którego stóp przytuli się maleńki portrecik Miłosza. Ale w galerii poputczików Miłosz będzie miał wielki portret, Tuwim zaś spocznie u jego stóp, nie dorastając mu do pięt” – tak wieszczył Piasecki, zajadły wróg poety. Swoją drogą, dopiero książka Franaszka wyjaśniła mi, przynajmniej częściowo, dlaczego Piasecki nienawidził Miłosza w tak absolutny sposób. Miał swoje, bardzo osobiste powody, które wynikały chyba przede wszystkim z urażonej męskiej dumy, ale przyznam, wynikać mogły również z uzasadnionej po części, surowej oceny człowieka. Jadwiga Waszkiewiczówna, później żona Piaseckiego, nie została przez poetę potraktowana szlachetnie. Po szczegóły odsyłam jednak do lektury… Po zetknięciu z wynurzeniami Piaseckiego był etap poszukiwania dodatkowych wiadomości, próba pójścia tym tropem, odbrązowienia noblisty, któremu było chyba łatwiej tam na Zachodzie, bo „najlepiej uciec i mędrkować”… Potem pogodzenie i rozgrzeszenie – wszak wielki poeta, ale także zwykły człowiek, z jego prawem do błędów. I lektura, dopiero niedawna, „Historii literatury polskiej” ze wszystkimi wątpliwościami, ale również doceniająca świeżość, a może raczej odmienność spojrzenia. Wydawać się mogło, że nic już w owym portrecie Miłosza zmienić się nie może. I wtedy przyszedł Franaszek…Nie wiem jak to zrobił, jak napisał tę gigantyczną biografię w taki właśnie sposób, ale stworzył dzieło, które pozwala smakować podwójnie – najpierw życie człowieka nietuzinkowego, jakim był Miłosz, a potem kunsztu słowa i niebanalnej narracji samego autora. Czytając tę książkę, zaczynałem już po stu stronach odczuwać żal, że nieubłaganie zbliżam się do końca, choć „cegła” ma przecież 1104 strony! Nieczęsto mi się to zdarza. A teraz, już po lekturze, czekam jedynie na kolejną przesyłkę ze Znaku (tak, uśmiecham się tu do Moniki Bartys, która potraktowała mnie już wcześniej biografią jeszcze w wersji próbnej), w której przyjdą zapewne „Wiersze wszystkie” Czesława Miłosza i zacznę wielką literacką ucztę. Franaszek przygotował mi zastawę, w której to danie będzie smakowało zupełnie inaczej – nie mam wątpliwości.

Chaotyczne to może, ot, takie impresje. Może zatem garść konkretów? Dlaczego biografia autorstwa Franaszka jest tak dobra? Dla mnie to proste – zadecydowała literacka kultura autora. Literacka, a nie akademicka, czyli ta każąca wszystko interpretować, reinterpretować a w rzeczywistości nadinterpretować. Franaszek zebrawszy materiał gigantyczny, przebrnąwszy przez ogrom literackiej spuścizny poety i jego korespondencji, przeanalizowawszy tysiące mniejszych i większych źródeł posiadł wiedzę, która wystarczyłaby na kilka prac. Tymczasem, nie uległszy pokusie pokazania wszystkiego, co wie, stworzył książkę, która nie narzuca niczego, która w pewnych momentach jedynie sugeruje, a i to niekategorycznie, która wręcz zaprasza do własnych interpretacji. Biografia Miłosza w tej wersji niczego nam nie psuje, nie każe przyjąć jedynie słusznej koncepcji. Ona daje klucz do twórczości poety. Klucz biograficzny. Dzięki tej pełnej empatii pracy zaczynamy bardzo jasno postrzegać cały skomplikowany splot wielu różnych okoliczności i wydarzeń, które złożyły się na genialną „nadwrażliwość” Miłosza. Franaszek, jakby doceniając niezwykłość losu człowieka w ogóle, a geniusza w szczególności, świadomie rezygnuje z kategorycznego osądu czegokolwiek, pisze z ogromnym wyczuciem i ze szczerością, która wyzbyta jakiejkolwiek agresji staje się przez to atutem książki. Dzięki temu nawet zdanie wyjęte z dzienników Iwaszkiewicza (znów odsyłam do lektury) nie szokuje.

Mógłbym tak długo. Tylko po co? Szanowni Państwo, biografia Miłosza autorstwa Andrzeja Franaszka warta jest tych niespełna 70 zł, które kosztuje (na http://www.znak.com.pl można ją kupić jeszcze taniej i w pakiecie z „Wierszami wszystkimi”, w którym „Historię literatury polskiej” otrzyma się za darmo!). Ja mogę na koniec napisać tylko jedno. Wielki poeta miał ogromne szczęście – trafił na wielkiego biografa!

Published in: on 04/05/2011 at 9:18 pm  Dodaj komentarz  

Lekcja, co się zowie!

„Jaki mistrz, taka nauka” – Przysłowie ludowe

Niedawno z prawdziwą satysfakcją oglądałem grupę uczniów, pewno całą klasę, przeczesującą lasek na Zatorzu i zbierającą do dużych plastikowych worków śmieci, które wczesnowiosenne słońce nieubłaganie wystawiło na nasz widok. Niestety, satysfakcja nie trwała długo. Najpierw dłuższa obserwacja, a potem raczej przygnębiająca refleksja sprawiły, że euforyczny nastrój prysnął jak mydlana bańka.

Dokładniejsza obserwacja całej grupy pozbawiła mnie większości złudzeń, jakie dość naiwnie, przyznaję teraz, powziąłem widząc budujący, jak mi się zdawało, obrazek. Otóż gromadka, bardziej niż wesoła, bo jej bardziej niż radosne i dużo bardziej niż donośne wrzaski sprawiły zapewne, że co bardziej nerwowi mieszkańcy pobliskich domów czym prędzej rzucili się do okien, stosunkowo najmniej koncentrowała się na zbieraniu śmieci. Dużo bardziej na wesołych pogwarkach. A śmieci? No cóż, jeśli już, to stosowana była selekcja ad hoc, która sprawiała, że tylko te „czystsze”, mniej brudzące przejawy ludzkiej działalności, znikały w workach, a te co bardziej paskudne, nadal triumfalnie pozostawały na swoich miejscach. Jeden z młodocianych obrońców przyrody z zapałem okładał grubym kijem nikomu niczego niewinną brzózkę, inny opluwał kolegę z pełnym oddaniem. Podkreślić warto, że w tym wszystkim nie dostrzegłem owej, jak pochopnie sądziłem, niezwykle ekologicznie zaangażowanej osoby, która zabrała klasę na ekolekcję. A ta lekcja to było chyba coś w rodzaju małej umowy społecznej – i nauczycielka i klasa jednomyślnie zapewne wolały w pogodny dzionek opuścić chłodne mury szkoły pod tym, jakże zacnym pretekstem. Nie chcę tu w żadnym razie podważać zasadności tak pojmowanej pedagogicznej mitręgi, która zwraca uwagę młodocianych podopiecznych na tak istotne kwestie jak ochrona przyrody, ekologiczne uwarunkowania naszej wspólnej egzystencji itp. Chcę jednak podkreślić, że zanim puści się w las młodych tropicieli odpadów i być może przyszłych ekowojowników, konieczna jest chyba autentyczna refleksja nad problemem, zapanowanie nad naturalną skłonnością do „migania się” i uświadomienie celu całej eskapady. Inaczej będzie jak w tym przypadku – śmieci pozostaną, uczniowie pójdą w inne miejsce, w którym pewnie zostawią pamiątki, pozwalające innym uczniom dokonać zbożnego dzieła oczyszczania planety, a taki obserwator jak ja, zostanie z przykrym wrażeniem bezsensu tego, co oglądał. Bo takie wrażenie we mnie pozostało. Zadałem sam sobie pytanie – jaki to ma sens? Te wszystkie działania wykonywane bez świadomości, a dalej to całe, inaczej już pojmowane, sprzątanie świata z innych śmieci – ludzkich brudów, politycznych i historycznych odpadów itp. I, o ile dostrzegam sens w czynnym proteście i przeciwstawianiu się złu wszelkimi sposobami, zastanawiam się jednak, jakie syzyfowe prace sami sobie zadajemy. Walczymy potem z demonami, które sami tworzymy, narzekamy na trendy, które ogromnym nakładem środków i ludzkiej pomysłowości z mozołem tworzymy, tępimy rozliczne zła, których rodzicami chrzestnymi wszak jesteśmy. Tworzymy błędne koło, egzystencjalny kierat, w którym obracamy się siłą naszej woli, ale już bez naszej decyzji. Musimy przecież sprzątać to, co my sami i inni przyszli sprzątacze po sobie zostawimy. Zaczynamy już nie dawać rady – nie nadążamy. I tu pojawia się problem naszej cywilizacji w punkcie, do którego niedawno dotarła. Ale my dalej, jak te dzieciaki, do roboty! No bo cóż innego nam zostało?

Published in: on 02/05/2011 at 5:19 am  Dodaj komentarz