Po co nam Drzwi?

Ten nieco przewrotny tytuł nie sugeruje bynajmniej, że autor ma jakiekolwiek wątpliwości w kwestii zasadności istnienia festiwalu w formule zaproponowanej przez Gliwicki Klub Filmowy WROTA. Oznacza jedynie, że uważa za niezbędne zebranie w jednym miejscu wszystkich, dla niego niezaprzeczalnych, atutów tego projektu.

Czwarty z kolei festiwal Drzwi zbiegł się z obchodami 10 rocznicy istnienia klubu, który zaznaczył swoją obecność nie tylko w Gliwicach, ale jest rozpoznawalny w wielu miejscach kraju – między innymi za sprawą festiwalu, do którego zgłaszane są produkcje kina niezależnego z bardzo różnych ośrodków. Mieliśmy okazję przekonać się, że nie grozi tej formule naturalne wytracenie impetu. Wręcz przeciwnie, ten festiwal jest niezbędny i przez to zauważony, jako przedsięwzięcie stymulujące niezależną produkcję i zachęcające do wytrwałości, której w tej branży, zwłaszcza, gdy środki są ograniczone, trzeba bardzo wiele. Szefów gliwickiej kultury mógłbym jedynie zachęcić do odwiedzenia kolejnych festiwali, albo skontaktowania się z Marcinem Kondraciukiem, który chętnie zaprezentuje potencjał gliwickich twórców. Ja sam nie wiedziałem długo, jak wiele się dzieje w tej branży. Animacja Beniamina Szweda, którą prezentowano w kategorii fabuła i która wygrała ją z miażdżącą przewagą, zaświadcza, jak wiele można dokonać. Po drobnych korektach, na które warto wyasygnować niewielką kwotę, film Rosa Alba może konkurować na wielu festiwalach z doskonałym skutkiem. Tu słowa pochwały dla Magistratu. Środki na dofinansowanie produkcji, wprawdzie niewielkie, ale jednak się znalazły. Projekty arteterapii przez film wdrożone z powodzeniem przez Kondraciuka, zyskały już sławę daleko poza miastem – Telewizja Polska wyemitowała między innymi relację z planu. Namawiam do obejrzenia płyty dvd z realizacjami kolejnych intr festiwalowych. Wniosek z tego jeden – rewolucyjny: dlaczego kolejnego filmu, bodajże o Zagajewskim, który kręcić będzie „wytwórnia GTM” (zainteresowani wiedzą, o jaką chodzi) nie mogliby zrealizować chłopcy z GKF? Czy na pewno kwalifikacje pana reżysera dwóch poprzednich biograficznych obrazów przewyższają filmowe kwalifikacje Marcina Kondraciuka, który 10 lat pracuje z kamerą – podkreślę, twórczo pracuje?! Jeśli ktoś ma wątpliwości namawiam do obejrzenia nagradzanego „Skoku Touretta” w jego reżyserii! Ale… rewolucyjne szarpnięcie, polegające na podmiotowym potraktowaniu takiego klubu, czy jak w innym przypadku teatru (że można, udowadnia choćby Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej) i ZAMÓWIENIU u takiego podmiotu konkretnej produkcji filmowej czy scenicznej wykracza zapewne poza arsenał środków samorządu miasta i oczywiście znajdzie się tu z dziesięć świetnie umotywowanych powodów, dla których jest to niemożliwe. Szkoda. Bo coś mi się zdaje, że właśnie ta sfera, kultura, to poletko, na którym to, co nowe, ma szanse największe.

Wróćmy do Festiwalu Drzwi. Mówiłem w wywiadzie dla przyjaciół z Chorzowa, że tego rodzaju przedsięwzięcia, niszowe, underground, często opozycyjne do trendów, są nie do przecenienia. Ich miarą nie może być ilość widzów (no, może po jeszcze kilku edycjach), ale raczej ilość zgłaszanych filmów, przyjeżdżających gości, jakość tych 4 dni wspólnego „bycia w kulturze”. To jest praca organiczna, cokolwiek ktoś by o niej nie sądził. Zapładnianie, także w naturze, jest procesem raczej skrywanym. Efekty widzimy po wielu miesiącach. W przypadku Drzwi, Goffru, czy kiedyś X-Offu, nawet po latach. Jakie to efekty? Animacja Benka, aktorzy z Gliwic w polskim kinie i teatrze, 3 miejsce Natalii Miśkiewicz w województwie śląskim w OKR – można mnożyć. Zapytajmy tych, którzy byli na festiwalowych projekcjach, słuchali świetnych koncertów, tych, także niepełnosprawnych, którzy brali udział w produkcjach filmowych przed festiwalem, zobaczmy jak przez 4 dni harują ci ludzie podczas festiwalu i spójrzmy na triumf i satysfakcję w ich oczach. Tam jest odpowiedź na ewentualne „czy warto?”.

GKF Wrota z okazji 10 lecia zdobył się na piękny gest – dziesięciu „Istotom Kultury” wręczył statuetki zaprojektowane rewelacyjnie przez Alka Cabana, przedstawiające pióro Pegaza, jako klucz do… właśnie, do czego? Do ludzkiej wrażliwości, według mnie. Jedną z nich z dumą postawiłem na widocznym miejscu, na ulubionej półce z książkami. Cenna to dla mnie nagroda, najcenniejsza, jaką dotąd otrzymałem i myślę, że dla pozostałej dziewiątki laureatów również. Wojtek Kotylak (ostatnio dyplom od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – a kto z władz gliwickiej kultury wie, co on robi?), Tomek Hikman (dla mnie człowiek, z potencjałem tuzina osób), Joanna Sarre (Centrum Inicjatyw Społecznych – kto jej nie zna!), Darek Koszałka (dźwięk i serducho), Joasia Zagórska (ile już lat z nami!), Darek Opoka (prawdziwa opoka gliwickiej kultury), Beniamin Szwed (filmowiec, który dopiero zaczyna kręcić filmowym światkiem), Artur Czok (gospodarz Domu, bez którego mówienie o gliwickiej kulturze straciłoby sens) i Maciej Madeyski (wie, jak ważna jest kultura w wychowaniu najmłodszych) – laureaci nagrody GKF, czasem niedostrzegani, na pewno pracujący w tle, bez którego nie byłoby ekspozycji innych przedsięwzięć. Kondraciuk ich zna, z nimi współpracuje, oni pomagają jemu, ale i z jego strony mogą liczyć na pomoc. Tak tworzy się środowisko.

Zatem, Drogie Moje Środowisko, ja do Ciebie z apelem! GKF WROTA z bólem poczęte dziecię Marcina Kondraciuka, zostało odchowane szczęśliwie i ma 10 lat! Czy będzie lepsza okazja, aby szczęśliwy ojciec dostał nagrodę Prezydenta Miasta w dziedzinie kultury? Moim zdaniem nie! Czy czasem nie przydałoby się, aby jakaś z kilku kategorii była przyznawana także po wysłuchaniu środowisk innych niż te, ogólnie uznane za kulturalne i kulturotwórcze? Drodzy Czytelnicy, czekam na maile z poparciem przedstawionej przeze mnie kandydatury. Liczę na to, że może komisja wybierająca laureatów potrafi dostrzec także wartość w takim, ludycznym nieco potraktowaniu tego wyróżnienia. Abstrahując od wszystkiego, Marcin Kondraciuk na takie docenienie dziesięcioletniej pracy zasługuje, a ja mam nadzieję, że nie zaszkodzi mu moje poparcie. Tak, w tym miejscu uśmiecham się szeroko…

Published in: on 27/04/2011 at 7:03 am  Dodaj komentarz  

Pisanka

Ale teraz to się staje, że od kury mądrzejsze jaje – Aleksander Fredro

„Punch” 1895

Jaja sobie z nas robią! I to raczej nic dziwnego, zważywszy, że świat jest pełen jajcarzy. Któż bowiem nie lubi sobie robić jaj? Z drugiego oczywiście! A w zasadzie z innych, bo traktowani jesteśmy jako zbiorowość. Prawdziwa kurza ferma, na której najważniejsza jest pecking order…

Nie wierzycie? Zacytuję: „Spotkanie utrzymywane było w najgłębszej tajemnicy. Jak udało się ustalić Super Expresowi, prezydent Bronisław Komorowski (59 l.) w prywatnym mieszkaniu swoich przyjaciół spotkał się z Martą Kaczyńską (31 l.), córką tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego (+61 l.).”

Do wielkiej kanikuły naprawdę daleko, a tu tematy o zapaszku równie atrakcyjnym jak ten siarkowodorowy z zepsutego jaja. I żebyż to jeszcze tylko najbardziej super tytuł prasowy! Niestety, wrzeszczy do nas o tym Wirtualna Polska. Swoją drogą znakomity początek literackiego hitu z dolnej półki. Rozpiszę zatem konkurs na najlepszą powieść sensacyjną, będącą rozwinięciem tego sensacyjnego wątku, ponoć dzięki najmniej jajcarskiemu, choć mówią niektórzy, że jajogłowemu Pospieszalskiemu Janowi odkrytemu. Dla najlepszych nie będę miał wprawdzie w nagrodę jaja Fabergé, z przyczyn oczywistych, ale jakaś udatna podróbka jaja norymberskiego zapewne się znajdzie. Zatem moi drodzy, do pracy! Temat wszak wdzięczny, a śledzenie zarówno super pisma jak i super portalu, zapewni mnogość wątków pobocznych. Tytuł z Bułhakowa proponuję – „Fatalne jaja”. Znając naszą narodową mentalność, po publikacji rozgorzeje dyskusja podobna do tej, która rozpętała się po „Złotych żniwach”. A to już będą raczej „Kosmiczne jaja”! A, zapomniałbym! Prawa autorskie, z których oczywiście wszyscy jaja sobie robią! Na wszelki wypadek dodajmy do tytułu jakiś nowy element. Np. „Decydujące starcie”.

Wiem, złośliwi będą twierdzić, że podrzuciłem teraz naszym literatom prawdziwe kukułcze jajo. Nie zgadzam się z tym. Raczej strusie! Ogromne, okrąglutkie, kształtne jak należy. Nie próbujcie mnie zatem obrzucać zgnitymi jajami, bo ja już jestem raczej facet z jajami i potrafię sobie z tym poradzić. Złote jajo dla tego, któremu się uda! Jednak raz jeszcze ostrzegam, jaj sobie ze mnie nie róbcie, bo zostaniecie jak te wydmuszki.

Na koniec, drodzy moi, rada dla autorów sensacyjnego doniesienia z Super Expresu i jego propagatorów z WP, niezadowolonych z tego tekstu, bezjajecznych i innych frustratów. This is an egg! Więc lepiej teleportujcie się gdzieś daleko stąd – do Mgławicy Zepsutego Jajka na przykład. A my tu sobie ab ovo wszystko…

Jest jak jest, bowiem jak powiedział wielki Tuwim: „Gdyby jajko miało inną formę, życie kury byłoby potworne”. No bez jaj!

Published in: on 22/04/2011 at 6:12 am  Comments (1)  

Rekolekcji nie będzie!

Recolere, łacińskie słowo, od którego pochodzi termin „rekolekcje”. Oznacza nic innego, tylko „zbierać powtórnie”. Rekolekcje od zawsze kojarzą nam się szczególnie z Wielkim Postem. W ubiegłym roku po katastrofie smoleńskiej, zewsząd epatowano nas, wyjątkowo widać medialnym, zbitkiem słów „narodowe rekolekcje”. Nie pierwsze zresztą i pewnie nie ostatnie, prawda? Zawsze mnie śmieszył i rozczarowywał ten górnolotny ton. Sztuczny patos, medialne „wyczulanie społeczeństwa”, nachalne uwrażliwianie naszego oglądu rzeczywistości. Uśmiech jednak siłą rzeczy przechodzi w grymas zażenowania, bo prawie zawsze konstatuję na nowo, że to się udaje! Zastępcze tematy są naturalną zasłoną dymną dla najbardziej dotkliwych społecznie działań każdego rządu. O ile łatwiej jest zrobić cokolwiek, gdy ma się w darze od losu jakąś, choćby kilkutygodniową, przerwę, w której można zaapelować do narodowej solidarności, do patriotyzmu, do uczuć wyższych po prostu. I łapiemy się na to, my Polacy, prawie zawsze. Łapiemy się, bo jesteśmy jacyś trochę nienowocześni, jeśli przez nowoczesność rozumiemy kształt, jaki wypracowały społeczeństwa zachodnie. Jesteśmy wrażliwsi, bardziej podatni na wzruszenia i nieodporni na medialne zastrzyki z patosu. Muszę użyć tego słowa – jako społeczeństwo jesteśmy naiwni. To dlatego jesteśmy łatwym kąskiem dla każdej reklamy, dla machiny politycznego marketingu. To jednak trochę inny temat. Wróćmy do rekolekcji. Nagle, wczoraj, jakoś tak pod wieczór, czekając na benefis Młynarskiego w radiowej „Trójce”, usłyszałem informację, że w całej Unii Europejskiej, Polska jest krajem, w którym najdłużej przechowuje się wszelkie informacje o nas i najdłużej zachowuje nasze rozmowy telefoniczne, sms itp. W dodatku jesteśmy krajem, w którym najłatwiej każdym służbom uzyskać zgodę na udostępnienie tych wszystkich danych. Taka polska wolność kontrolowana. I przypominają mi się moje perypetie z uzyskaniem paszportu, ponieważ… nie jestem zameldowany. I dlatego, że nie mam miejsca zameldowania Państwo Polskie nie mogło poświadczyć normalną drogą, że jestem jego obywatelem. Udało się, ale Państwo Polskie oddało mi inaczej – kilka dni po paszporcie przyszło wezwanie na komendę Policji. Niedopełnienie obowiązku meldunkowego. Tak nazywa się przestępstwo, które popełniłem. Chłop nie chciał się przypisać do ziemi? Chłopa trzeba było ukarać! Zmieniło się wiele na szczęście! Mieszkam w wolnym kraju, więc oszczędzono mi chłosty i ukarano jedynie grzywną. Tej nie zapłaciłem z premedytacją i nie zapłacę. Dlaczego? Bo to Państwo Polskie powinno mi zapłacić odszkodowanie za wszelkie utrudnienia, które w moim życiu powoduje absurdalny przepis, problemy z załatwieniem czegokolwiek, rozpoczęciem działalności gospodarczej, nawet założeniem stowarzyszenia. To Państwo Polskie, dla którego najwyraźniej sprawą priorytetową jest kontrolowanie gdzie przebywam, z kim rozmawiam, zachowywanie moich świńskich sms, negocjacji w sprawach finansowych, drobnych i większych kłamstewek. Tylko po co? To już sobie odpowiedzcie sami, Drodzy Czytelnicy.

To dlatego właśnie wczoraj uznałem, że nam naprawdę są chyba potrzebne narodowe rekolekcje! Te, których z jakiegoś względu nie przeprowadziliśmy, a chyba jednak (choć kiedyś sądziłem inaczej) były konieczne. Nazywają się lustracją. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie z powodu nieprzeprowadzenia tak pojętych narodowych rekolekcji odsetek „ludzi stamtąd” w strukturach władzy i aparacie zamordyzmu (a takim zawsze będzie Policja i dziesiątki innych służb społecznego kontrolingu) jest zbyt duży i to dlatego przetrwały dawne, polskoludowe sposoby traktowania własnego narodu, ciągłego kontrolowania, sprawdzania, inwigilacji. I to stąd, z powodu niezmycia tamtego brudu, nie potrafimy się z tego wydobyć jednym ruchem. Nadal się meldujemy, jesteśmy archiwizowani jak nigdzie indziej itd. Czy nie jest spektakularna sytuacja, w której jedynym właściwie urzędem, któremu w niczym nie przeszkadza mój brak stałego adresu jest Urząd Skarbowy? Ta zacna instytucja ściąga, co należy i jest dobrze. Żeby chociaż mogła za mnie poręczyć przed moim Państwem! Ze płacę uczciwie z tych swoich marnych groszy, że jestem trwałą płytką w naszym cudownym szklanym domu, że można mi zaufać! Nie poręczy…

I co? Kiedy zbierzemy się powtórnie? W jakiej drużynie? Dziś rano puenta – znowu w „Trójce” słyszę, że jakaś tam akcja strajkowa będzie przebiegała pod hasłem „Władza wasza, nędza nasza”. „A wiosna Muminków!” – dodała kobieta, która już dwa dni heroicznie walczy o debet w wysokości 1000zł w banku, w którym od wielu lat ma konto ze stałymi wpływami. Cóż, nie z tych źródeł, co powinna!

Pozdrawiam Was, Muminki!

Published in: on 19/04/2011 at 6:39 am  Dodaj komentarz  

Gliwiczanka w filmie, który przejdzie do historii kina

Tydzień temu wspomniałem o jej przejmującej kreacji w filmie „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego. Dziś, specjalnie dla moich Czytelników, obiecany wywiad.


Dariusz Jezierski: Twoja droga do filmu… Jak staje się u boku Hauera i Yorka?

Sylwia Szczerba: Gdy miałam kilkanaście lat na liście rzeczy, które chcę w życiu zrobić, umieściłam punkt: „zobaczyć siebie w TV”. W tym celu zgłosiłam się raz do jednej ze śląskich agencji castingowych i zostawiłam swoje zdjęcia. Przez kilka lat nikt nie dzwonił. Aż tu nagle pewnego letniego popołudnia otrzymałam zaproszenie na casting do filmu „Młyn i krzyż” od samego reżysera. Głównym powodem była zapewne moja nietypowa uroda, bo jak wiadomo, Lech Majewski nie szukał klasycznych piękności. Później odbyło się kilka etapów castingu i ku memu zaskoczeniu znalazłam się w obsadzie. Jestem dowodem na to, że absolutnie każdy może w życiu dostać taką szansę, nawet jeśli nie podejrzewa u siebie zdolności aktorskich. Wszystkich, którzy chcą taką przygodę przeżyć, zachęcam do próbowania swoich sił.

DJ: Jak określiłabyś to doświadczenie? Twoja rola była elementem wielkiego fresku. Jak gra się, mając taką świadomość?

S.Sz.: To ogromny zaszczyt zaczynać przygodę z filmem od takiego dzieła. Na planie każdy z nas był jednym z wielu elementów, które mają ostatecznie złożyć się w całość – w obraz. Każdy jest ważny i każdy musiał być dopracowany do perfekcji. Wielu z nas było naprawdę podekscytowanych, myślę że ja też. Uważam też, że gdy się pierwszy raz w życiu bierze udział w powstawaniu filmu, to zawsze jest to ogromne przeżycie.

DJ: Czy obraz Bruegela po pracy nad filmem znaczy teraz dla Ciebie więcej?

S.Sz.: Chętnie powiesiłabym „Drogę na Kalwarię” w pokoju, może kiedyś jakaś kopia pojawi się w moim domu. Dzieło stało mi się bardzo bliskie, wiąże się z jakąś częścią mojego życia. A poznanie go od „wewnątrz” skłoniło mnie do wielu refleksji. Dla mnie najważniejszym i najsmutniejszym przesłaniem malarstwa Bruegela jest to, jak łatwo nasze największe cierpienia, przechodzą niezauważone przez innych. Jak łatwo sami możemy nie dostrzec czyjejś krzywdy.

DJ: Twoja rola była przejmująca. Udało Ci się odnaleźć coś wspólnego dla każdego cierpienia w sytuacji absolutnej bezsilności. Sprawiłaś, że czując ból Twojej postaci, zaczęliśmy się bać takiego właśnie cierpienia. Jak tę rolę budowałaś? O czym myślałaś, płacząc tak rozdzierająco, a przecież tak prawdziwie?

S.Sz.: Cieszę się, że udało mi się ten ból choć trochę przekazać. Jestem dość wesołą osobą, ale na szczęście również wrażliwą. Aby wprowadzić się w stan rozpaczy, musiałam sporo myśleć o smutnych i tragicznych wydarzeniach. Wyjdę na potwora, ale prawda jest taka, że uśmierciłam w myślach chyba wszystkich swoich bliskich. To co widać na ekranie, to zaledwie kropla w morzu łez, które wylałam podczas zdjęć.

DJ: Miałaś kontakt z „wielkimi” tego filmu, czy też charakter tej produkcji zupełnie tego nie wymagał?

S.Sz.: Jeśli jako „wielkich” rozumiemy trójkę zagranicznych aktorów, to, choć bardzo żałuję, nie mieliśmy w ogóle wspólnych zdjęć. Żałuję, gdyż obserwacja ich pracy byłaby dla mnie cenną lekcją aktorstwa. Natomiast dla mnie „wielkich” w filmie było więcej: Asia Litwin (żona Bruegela) – świetna aktorka, Ruta Kubac (Estera)– niesamowita i inspirująca postać, Bartek Capowicz (Jezus) – ogromne poświęcenie. Cennym doświadczeniem była też praca z ludźmi, którzy stoją po drugiej stronie kamery i których w samej produkcji nie widać, ale mają na nią przecież ogromny wpływ.

DJ: Ile trwały zdjęcia do Twojej roli?

S.Sz.: Łącznie spędziłam na planie około 10 dni: w Olsztynie, Będzinie, Katowicach i Chorzowie. Najlepiej wspominam czas Olsztyna, gdzie nocowaliśmy w miejscowym ośrodku i spędzaliśmy dni na planie od 5-6 rano do wieczora. A wieczorami można było się integrować.

DJ: Jakim reżyserem okazał się Majewski widzieliśmy, a jakim jest człowiekiem? Nauczycielem czy egzekutorem?

S.Sz.: W pierwszym momencie, jako studentka Politechniki z praktycznym podejściem do życia, nie widziałam szans na znalezienie wspólnego języka z takim wielkim artystą. Dziś uważam, że Lech Majewski jest prawdziwym wizjonerem, inteligentnym i obdarzonym poczuciem humoru. Na planie aktorom cały czas mówi, co mają robić, więc można powiedzieć, że jest nauczycielem. Ale bywają też gorsze momenty, gdy coś idzie nie po myśli mistrza, ktoś coś zawali. Wtedy Lech Majewski wzbudza oprócz szacunku również strach.

DJ: Anegdota z planu?

S.Sz.: Tu może wspomnę, że najwięcej dubli dotyczyło mojej sceny „łóżkowej”. Kompletnie nie potrafiliśmy z Mateuszem Machnikiem, moim filmowym mężem, udawać, że jesteśmy w sobie zakochani. To już właśnie były momenty, gdy zaczęłam się bać gniewu reżysera.

DJ: Co dalej z aktorstwem?

S.Sz.: To była dla mnie pierwsza okazja, by spróbować swoich sił jako aktorka. Nawet w szkole podstawowej w teatrzykach nie miałam takiej szansy, bo jako „kujon” byłam zawsze narratorem, który miał najwięcej tekstu do zapamiętania. Przed „Młynem” zatem w ogóle o aktorstwie nie myślałam. Ale już na planie usłyszałam wiele pozytywnych opinii od koleżanek i kolegów, a przede wszystkim od profesjonalistów – reżyserów, operatorów kamery. Nie dałam się namówić na zmianę całego życia i pójście do szkoły teatralnej, ale jestem otwarta na kolejne propozycje. Może nawet spróbuję swoich sił w teatrze.

Mogę tylko dodać, że jest bardzo prawdopodobne, iż Sylwia już wkrótce pojawi się na deskach. Na propozycję ze strony Teatru Nowej Sztuki zareagowała więcej niż pozytywnie. Jaka będzie na scenie? Odpowiedź jest prosta – doskonała!

Czytaj więcej: https://darjez.wordpress.com/2011/04/07/mlyn-i-krzyz/

Published in: on 12/04/2011 at 7:38 pm  Dodaj komentarz  

Edyta Lutek – recenzja powieści Wiesława Myśliwskiego „Nagi sad”

Pierwsza z recenzji nadesłanych na ogłoszony w Chwili Bibliofila konkurs na recenzję dowolnej książki.

Wiesław Myśliwski już bardzo dawno temu zdobył grono wiernych czytelników. Swoim niepowtarzalnym stylem zjednał sobie serca wszystkich tych, którzy w książkach poszukują czegoś więcej niż tylko paruset stron zadrukowanych banałami. W tym roku Wydawnictwo „Znak” wznowiło, w przepięknej oprawie, debiutancką powieść tego autora zatytułowaną „Nagi sad”.

Powieść ta jest hołdem syna złożonym ojcu. I to hołdem najpiękniejszym, bo ze słów utkanym…

Główny bohater, sam będący już w podeszłym wieku, wraca pamięcią do czasów minionych, wspomina chwile z przeszłości. Te, które najbardziej utkwiły mu w pamięci. Kilka zdarzeń, historii będących  odzwierciedleniem jego kontaktów ze swoim ojcem. Tych chwil, tak przecież ulotnych, a pozostawiających swój niezatarty ślad na długie lata. Czasami niezrozumiałych, czasem śmiesznych dla młodego człowieka zachowań, których sens i zrozumienie przychodzi wraz z wiekiem…

Ale tak naprawdę to z duszą na ramieniu odwiedzam tamte lata, jak w nie swoje progi wchodzę, nieproszonym gościem się czuję, natrętem. Dręczy mnie obawa, że przychodzę tylko zakłócić ten czas miniony swoją starością, której nie da się już ukryć. [cyt. str.34]

Wszystkie te wspomnienia składają się na piękną historię o wzajemnych relacjach, szukaniu siebie, odnajdywaniu w najprostszych gestach, bez zbędnych słów…

„Nagi sad” został wydany po raz pierwszy w 1968 roku. Jest debiutem literackim Wiesława Myśliwskiego i to debiutem dojrzałym. Z kart powieści wyłania nam się ukształtowany prozaik, posiadający już swój własny, niepowtarzalny styl, sprawiający, że zwykłe z pozoru prawdy, codzienne sprawy zostają ubrane w język pełen znaczeń. To powoduje, że nabierają one wymiaru czegoś niezwykłego, a prozaiczne czynności zostają wyniesione do rangi misterium.

Język, jakim posługuje się Wiesław Myśliwski jest pełen metafor, znaczeń, pięknych poetyckich porównań. Wydaje się, że z taką łatwością przenosi zwykłe, znojne wiejskie życie w inne wymiary, nadaje mu sens. Ale przecież z pewnością wymaga to od autora trudu i doskonałego warsztatu.

Uwagę przyciąga zwłaszcza pierwszoosobowa narracja, będąca monologiem głównego bohatera, która jest tak charakterystycznym znakiem rozpoznawczym późniejszych powieści tego autora.

„Nagi sad” jest po prostu piękną prozą, oszczędną w opisach, a jednocześnie tak bogatą w znaczenia. Bo według słów samego autora:

„Aby tak słowa się dało ominąć, bo słowa najwięcej myślom wadzą i na pewno łatwiej jest żyć niż spisywać to życie” [cyt. str. 78]

 

Published in: on 11/04/2011 at 7:33 pm  Comments (1)  

Młyn i krzyż

Najnowszy film Lecha Majewskiego wymyka się wszelkim porównaniom. Realizacja, która wymagała wręcz detalicznego podejścia do każdego kadru stanowiła wyzwanie nie tylko dla reżysera i aktorów, ale również „artystów komputera”, którzy mozolnie scalali kolejne warstwy (jak mówił sam reżyser, w niektórych ujęciach jest ich ponad 100!) aby uzyskać efekt końcowy. Jaki?

Fenomenalny! Obraz Pietera Bruegela „Droga Krzyżowa” dosłownie ożył. Wszystkie jego elementy znalazły swoje naturalne rozwinięcie w fabule filmu. Każde „miejsce” widoczne na obrazie zostało ograne i przybliżone widzom. Opowiedziane przez Majewskiego historie ludzi z obrazu pozwalają nam przeżyć wszystko głębiej i pełniej. Zaczyna się niesamowitą wręcz sekwencją w młynie. Dodajmy od razu, w Mega Młynie! Ogromne schody, wszystko jakieś takie potężne i złowrogie, obracające się mechanizmy, ścierane na mąkę-proch ziarno. Czy na pewno ziarno? Przecież Młynarz wyraźnie zastępuje nam Boga, patrzącego ze swojego Niebiańskiego Młyna, hen wysoko, w dół, na ziemię i ludzkie mrówki. Młyn nie miele ziarna, ale ludzkie losy, historię. A tam daleko, w ziemskim kurzu, rozgrywają się człowiecze historie, te zwyczajne, codzienne i te niezwykłe. Jak je odróżnić? Kto rozstrzygnie, skoro upadek Zbawiciela na samym obrazie jest raczej ukryty? Reżyser jeszcze pogłębił tę niepewność. Czyja męka bowiem jest bardziej przejmująca? Chrystusa, czy niewinnego młodego człowieka, skatowanego i rozpiętego na kole? Czyja rozpacz bardziej przejmująca> Matki Bożej, czy zwyczajnej Holenderki? W swoim wspaniałym filmowym keksie Majewski umieścił taką ilość bakalii, że dużo czasu zajmie nam ich rozpoznanie i posmakowanie. Szczegóły, kolory, dźwięki (wspaniałe dźwięki!) i fabuły – jest ich tyle, że nie wiem ile razy jeszcze musiałbym film obejrzeć, aby poczuć i zrozumieć wszystko. Czyż nie jest dokładnie tak, jak z oglądaniem samego obrazu? Długą i wielokrotną jego kontemplacją, wręcz adoracją?

Coś mi zgrzytnęło podczas oglądania, ale przecież jeszcze nie pora na to, aby to wyrazić. Nie boję się tego przyznać – nie jestem pewien pierwszych reakcji. Nie przekonała mnie zbyt dosłowna Męka Pańska w niderlandzkich klimatach. Bo jeśli już – to dlaczego skazańcy całują krzyż przed śmiercią? A jeśli to przeniesienie Chrystusa w tamtą współczesność to tylko symbol? Czy nie zbyt banalny w stosunku do wielowarstwowej symboliki dzieł Bruegela? Nie wiem, musiałbym raz jeszcze obejrzeć. Tak samo jak nie wiem, czy dobrze się stało, że reżyser nie zakończył filmu w momencie, w którym dotarł do sytuacji zastanej na obrazie. Bo przecież potem opowiedział nam po raz kolejny już doskonale znaną historię samego ukrzyżowania Chrystusa. Swój obraz zakończył jednak sceną mistrzowską, samą w sobie będącą obrazem. Taniec bohaterów filmu, zwykłych ludzi, nie wiadomo czy bardziej radosny, czy… rozpaczliwy pozostaje przed oczami długo. Pogłębia niepewność, rodzi kolejne pytania. Po obejrzeniu nie wiem wszystkiego i nieprędko się dowiem (może innym przyjdzie to łatwiej). Wiem tylko jedno – to film zniewalający siłą wyrazu w każdym możliwym aspekcie.

Mało kto wie, że w filmie zagrali gliwiczanie! Przejmującą, cudownie liryczną rolę stworzyła Sylwia Szczerba. Skąd się tam wzięła? Kogo zagrała? Jak grało jej się obok takich sław jak Rutger Hauer, Michael York czy Charlotte Rampling? O tym wszystkim za tydzień. Gazeta Gliwicka ma wyłączność na pierwszy wywiad z aktorką, która już w tej chwili będzie oglądana w ponad 40 krajach. Widziałem ją na gliwickiej premierze, nie wiedząc jeszcze, jak bardzo mnie wzruszy, nie wiedząc po prostu, że gra w filmie! Dlaczego nie była zaproszona wraz z reżyserem do rozmowy po seansie? Nie wiem, może nikt nie znalazł wcześniej gliwickiego śladu? A jest ich więcej. Już od Sylwii dowiedziałem się, że w filmie wystąpili również inni gliwiczanie, Łukasz Michowski i Adam Majkut (chyba także jego córka Sylwia).

A Sylwia Szczerba, powiem to na zachętę, była porażająca. I to największy komplement, jaki mogę wypowiedzieć.

Published in: on 07/04/2011 at 4:45 pm  Comments (1)  

Kto niepełnosprawny?

Męstwo i radość to obowiązki życia – Selma Lagerlöf

Kiedy miałem niewątpliwą przyjemność zasiadać w Radzie Konsultantów niedawnych Śląskich Spotkań Artystów Nieprzetartego Szlaku, widziałem po raz kolejny rzeczy, których tak bardzo brakuje mi w „normalnym” teatrze, na „normalnych” spektaklach. Jakie to rzeczy? Radość. Spontaniczność. Umiejętność wyrażania radości. Pozostało pytanie: czy czasem my, „normalni”, nie jesteśmy dysfunkcyjni?

Wystarczy czasem przyjrzeć się ludziom zaczepianym przez artystów podczas takiej czy innej akcji ulicznej. Reakcja często bliska alergicznej, nerwowa, niejednokrotnie pełna niewytłumaczalnej agresji. „Nie chcę! Proszę mi dać spokój! Innym razem!” Te i inne słowa jakże często potrafią zmrozić, uniemożliwić zabawę, sparaliżować akcję szczególnie wtedy, gdy artyści dopiero zbierają doświadczenia. A w Bojkowie, podczas Spotkań? Wystarczał gest, aby zrywali się z miejsc niepełnosprawni widzowie i aktorzy, którzy akurat na scenie nie występowali. Wystarczało kilka słów i taktów melodii, aby po sali zaczął wędrować korowód taneczny. Śmiech, prawdziwa radość na twarzach, prawdziwa satysfakcja. Czy potrafimy tak my wszyscy, którzy w naszym mniemaniu posiadamy wszelkie niezbędne atrybuty, by potrafić się cieszyć – intelekt, zdrowie, wyobraźnię? Odpowiedź nie będzie przyjemna – nie potrafimy! Wymienione przeze mnie przymioty nie tylko jakoś nam nie wystarczają, ale wręcz sprawiają, że reagujemy „na pół gwizdka”, z „zasznurowanymi ustami”, stojąc z zaplecionymi w geście zamknięcia się na otoczenie rękami. A „oni” się bawią! Cieszą się, choć w powszechnym mniemaniu nie mają do tego zbyt wielu powodów. Mogę jednak zapewnić, że to właśnie oni są najwdzięczniejszą widownią, o jakiej można marzyć w teatrze. Bo teatr dawno temu był zabawą raczej dla ludu niż dla elit, bo teatr miał wyzwalać, a nie wciskać nas w ciasne gorsety i kołnierzyki i zmieniać w kukły. Nie potrafimy dać się porwać, zapomnieć się i pójść w tany. Nie potrafimy czasem nawet zareagować tak, jak czujemy. Przypominają mi się znane z filmów kostiumowych chrząknięcia w chusteczkę, wachlarze skrywające usta, skinięcia dłoni – konwenanse. Tylko, że one same również były teatrem. A teraz nawet tego nie potrafimy. Więc siedzimy trochę jak manekiny i bardzo często, zanim zareagujemy, spoglądamy ukradkiem na „towarzyszy w siedzeniu”. Żeby się czasem nie wyłamać, żeby nie odstawać. Tak, żeby się nie wygłupić!  Pamiętam, jak patrzono na moją przyjaciółkę z Białorusi, która beczała jak bóbr na koncercie Alicji Majewskiej i, o zgrozo!, głośno krzyczała „brawo!” po każdej piosence. Pamiętam, że widziałem spojrzenia z każdej strony i było mi za nie wstyd. Ale Zina ich nie widziała. Ona przyszła na koncert i potrafiła się tym cieszyć… Byłem zatem w Bojkowie, na Spotkaniach Artystów Nieprzetartego Szlaku. Spotkałem szczęśliwych ludzi i sam poczułem się szczęśliwy.

Published in: on 05/04/2011 at 7:11 pm  Dodaj komentarz  

Ludzie listy piszą?

Napisz proszę chociaż krótki list, choć tak krótki jak noc.

Nie odmówisz chyba tego mi i obiecasz mi to…? – Halina Frąckowiak

Pamiętamy nieśmiertelny przebój „Skaldów”. Czasem podświadomie schodzimy nawet z drogi listonoszowi. Bo przecież ktoś wypatruje znajomego uniformu i z wytęsknieniem czeka na fragment bytu innego człowieka, przelany na kartkę papieru. Fragment ten, jeśli ktoś ma wątpliwości, nosi nazwę listu.

Ile listów napisaliście Drodzy Czytelnicy w tym roku? Zapewne tyle samo co ja sam – żadnego! Nie chodzi mi bowiem o niedbałe rzucenie kilku fatalnie skleconych zdań w mailu. No dobrze, nie chcę nikogo krzywdzić, więc dodam, że nie chodzi mi również o przemyślane i wcale udatnie skonstruowane „listy emailowe”, które wymagają kilkukrotnego przewinięcia ekranu. Chodzi mi o list, będący owocem czasem kilku godzin spędzonych nad kartką papieru z myślami, które mają swoją wagę, bowiem raz zapisane nie dają się tak łatwo unicestwić kursorem. A przecież nikt nie lubi dostawać i wysyłać listów pokreślonych, nieestetycznych, czasem mało czytelnych. A może nie lubił, bo coś mi mówi, że to właśnie przed mozołem i „stratą czasu” uciekamy wszyscy. W myśl nadrzędnych celów rozgrzeszamy się zatem z emailowego niedbalstwa i nadal ślemy megabajty w anonimową przestrzeń. I owszem, można to robić bardzo często, można mieć pewność, że adresat otrzyma taki „list” prawie natychmiast. Unika się przy tym wystawania w kolejce na poczcie, niebezpieczeństwa zagubienia listu, dodatkowych kosztów na znaczek. Coś jednak się przy tym traci. I to coś, z czego sami odzieramy nasze życie nieświadomie – z odrobiny emocji, kiedy czując w palcach szorstką fakturę koperty, rozrywamy ją w pośpiechu lub przeciwnie, delektując się chwilą, bierzemy mały nożyk i starannie ją rozcinamy. Rezygnujemy również z możliwości poczucia znajomych perfum ukochanej kobiety, którymi, o cudowna słabości!, nasączy kartkę dla nas przeznaczoną. Jeśli ktoś stwierdzi teraz, że wysyłając email nie rezygnujemy z dania mu „duszy”, którą posiada tradycyjny list – niech nie czyta już dalej. Nie warto, przepadł…

A teraz z innej beczki. Jan III Sobieski znany jest w naszym kraju z dwóch rzeczy – wiedeńskiego zwycięstwa i… „Listów do Marysieńki”. Te, pisane w każdej wolnej chwili, wynurzenia wielkiego wodza, okazują się po setkach lat fascynującym dokumentem epoki, zawierają szczegóły cenne dla badaczy literatury, obyczajów itp. Kilogramy listów Zygmunta Krasińskiego! One same są dziełem. Rozwijają myśl pisarza, pozwalają poznać epokę, ludzi i fakty. Dają odtworzyć to wszystko, co działo się w nim samym. Próżno szukać takiej wiedzy w „Nieboskiej komedii”. Norwid – przed jego listami wypada się pokłonić. To bodajże największe jego dzieło. Intelektualna głębia, wartość filozoficznego przekazu, tysiące wypowiedzi w sprawach społecznych i politycznych. Jeszcze długo wystarczą na kolejne doktoraty badaczy spuścizny wielkiego Cypriana…

A co pozostanie po nas, ludziach zwyczajnych, ale także literatach, twórcach kultury, mężach stanu? Kto i jak odtworzy skomplikowane procesy, które zachodzą w ludziach nam współczesnych? Nie zostawiają wszak owego niezatartego śladu, jaki zawsze stanowi list. Że piszą? Że ich codzienność to kilka godzin „odpowiadania” i „wysyłania”? Blogi? Sms? Emaile? Rzucane w przestrzeń lekkomyślnie, czasem piękne myśli, ulatują jak bańki mydlane. Bo za niefrasobliwym pisaniem idzie jeszcze bardziej niefrasobliwy odbiór. Zdajmy sobie z tego sprawę.

Drodzy Czytelnicy… jeden list tygodniowo! Proszę…

 

Published in: on 04/04/2011 at 6:25 pm  Dodaj komentarz