Gliwicka fotografia wciąż na topie!

Udowodniła to niedawno Bożena Nitka, gliwiczanka, której prace zostały docenione w bardzo spektakularny sposób – znalazły się w MODFA & DFA, czyli międzynarodowej wystawie sztuki – Muzeum Digital Fine Art.

Czym jest MODFA? Tłumaczy sama artystka: The Museum Of Digital Fine Art (MODFA) zostało założone w 2008 przez kanadyjskiego artystę i przedsiębiorcę, Solomona Walkera. Muzeum stworzyło unikalną przestrzeń publiczną, która pokazuje wyjątkowe dzieła sztuki współczesnej, elektronicznej. Celem MODFA jest wspieranie zainteresowania Digital Multi-Media (szczególnie w odniesieniu do tworzenia „sztuki”) i tych artystów, którzy tworzą takie arcydzieła na całym świecie. Wystawia się wyjątkową sztukę wykonaną przy pomocy mediów elektronicznych, w celu wspierania konstruktywnego dialogu i wychowania miłośników sztuki, kolekcjonerów, kuratorów, projektowanie wystroju specjalistów i ogółu społeczeństwa; oferuje jaśniejszy wgląd w unikalne atrybuty Digital Multi-Media, jego nieodkryte możliwości na arenie of Visual Arts i Creative.
Zaczęło się od tego, że Bożena Nitka założyła swój profil na portalu photonet. Jak sama twierdzi, postanowiła zasięgnąć opinii o swoich postępach w fotografii gdzieś daleko. Wśród ludzi wywodzących się z innych kultur. Zamieściła tam dwa zdjęcia z serii „Moje miasto”:
http://photo.net/photodb/photo?photo_id=12272494
http://photo.net/photodb/photo?photo_id=12272493
Jedno z nich (z Justysią) zostało zdjęciem tygodnia! Zaczęło się. Rozgorzała dyskusja. 10 000 odsłon! Wypowiedzi z USA, Chile, Arabii Saudyjskiej i wielu innych miejsc świata. Posypały się maile z gratulacjami. Oddajmy głos Bożenie: Gdy emocje opadły. Pokazałam swój ulubiony kadr. Tułaczka:
http://photo.net/photodb/photo?photo_id=12519392
I zaczęło się. Ponad 20 tys. odsłon. Ludzie oszaleli. Kobieta z Europy Wschodniej, bardzo często właśnie podkreślają, że jestem z Europy Wschodniej i zdjęcia mają taki klimat. Szczególnie Tułaczka i Moje miasto. Z jakichś Gliwic – pewnie niewielu wie, w jakim kraju tego szukać. Po tygodniu od dodania pierwszych prac znów ląduję „na świeczniku”. Po raz drugi pod rząd zdjęcie tygodnia:
http://photo.net/photodb/photo-of-the-week/
To był dla mnie szok. Co się dzieje? Ktoś zaproponował zmianę POW Photograph of the Week na Bożena Nitka of the Week (BNOW). Zdjęcie zostało podane takiej analizie, że nie mogłam uwierzyć w to, co czytam. Dyskusja trwała ponad tydzień.
Potem był jeden z włoskich portali. Tam fotografie gliwiczanki odnalazł Solomon Walter Founder/Curator MODFA & DFA i zaprosił do udziału w wystawie. Stało się…
A co się właściwie stało? Niby nic wielkiego, a jednak rzecz największa – znowu ludzka pasja, przekonanie o wartości własnej pracy, a przede wszystkim ogromny talent, nie przepadły! Bo najważniejsze jest działanie. Zawsze. Narzekanie na niemożność i brak szans to zbędne bicie piany. Bożena Nitka potrafiła sama znaleźć swoją drogę do świata sztuki. Stoi właśnie w jego bramie, przed nią być może duże wyzwania i sława. Bo dlaczego nie? Przecież to, co robi już znalazło wielkie uznanie. Piszę o tym wszystkim w przeświadczeniu, że bardzo wiele podobnych talentów spotykam jeszcze nieodnalezionych na ulicach Gliwic. To dla nich ten tekst – niech spróbują!Gliwickim Talentom dedykuję

Published in: on 31/03/2011 at 8:44 pm  Dodaj komentarz  

Jak jelenie z James Island?

Człowiek, jak każda małpa, jest zwierzęciem społecznym, a społeczeństwo rządzi się kumoterstwem, nepotyzmem, lewizną i plotkarstwem, uznając je za podstawowe normy postępowania etycznego […]. To czysta biologia.
Carlos Ruiz Zafón – „Cień wiatru”

Ta amerykańska wyspa powinna być dla ludzi swoistym memento. Nie jest, a co więcej, w zasadzie mało kto wie o tym, co się na niej wydarzyło. Zaczęło się od tego, że w 1916 roku na 112 hektarowej wysepce wypuszczono na wolność 4 osobniki jelenia sika. Żadnych drapieżników, a przede wszystkim brak największego z nich, człowieka sprawił, że w tym nowym Edenie już w 1955 roku żyło stado liczące 300 sztuk! Zrobiło się bardzo ciasno. Nagle raj zamienił się w piekło…

Tokio, Londyn, Moskwa, Warszawa, a przy przyjęciu właściwych proporcji przecież również Gliwice, Zabrze, Pyskowice. Miasta, ludzkie skupiska o charakterze zupełnie odmiennym niż nawet największe wsie. Tam w każdej chwili można przemieścić się parę kilometrów i doświadczyć rozkoszy przestrzeni pól czy lasów, przeżyć misterium samotności. A w mieście wszechogarniający pośpiech, rządzące się zagadkowymi na pozór prawami przemieszczanie się ogromnych mas ludzkich. Tam i z powrotem, wciąż szybciej, a przecież, o tak, spójrzmy uważniej, tylko i wyłącznie po skończonej i co ważniejsze niezmiennej liczbie tras – ulic. Codziennie, niezmiennie, rok w rok. Wyobraźmy sobie, że się wznosimy. Ot taki lot Twardowskiego. Stop, stąd widać wyraźnie – mrowisko! Niby niczego ta konstatacja nie zmienia. A jednak. Mrówki to owady społeczne – funkcjonują na zasadzie bliskości totalnej. Bodźce, które przekazują sobie ruchliwymi czułkami stanowią istotę ich organizacji. Bliskość musi być bezwzględna.
Mówią, że człowiek jest również istotą społeczną. Oczywiście. Z jedną różnicą – społeczeństwo ludzkie składa się z miliardów indywidualności, odrębnych, ograniczonych do jednego świata – człowieka. Nawet systemy totalitarne nie potrafiły podważyć tej prawdy. Człowiek wszystko co robi odnosi do przestrzeni. W niej się przemieszcza, w niej wyznacza kolejne strefy, choćby po to, aby poczuć się bezpiecznym. Do założenia rodziny potrzebna mu jest przestrzeń, atakując innego człowieka, zajmuje lub przynajmniej ogranicza jego przestrzeń. Terytorializm jest, chcemy czy nie, naszą cechą gatunkową. Podobnie jak jelenia sika….
Na James Island nie brakowało pożywienia, wystarczyłoby go dla stada dwa razy liczniejszego. Nie było wrogów naturalnych, populacja mogła się rozwijać praktycznie bez przeszkód. Na James Island był tylko jeden czynnik, którego w zasadzie nawet nie można było brać pod uwagę. To stres. O tyle dziwny, że spowodowany nadmierną bliskością osobników własnego gatunku. Stres odbijał się na zachowaniu, co więcej, zaczął wywoływać zmiany fizjologiczne – nienaturalne powiększenie gruczołów nadnercza (sterują wzrostem, odpornością a przede wszystkim reprodukcją!). Przełom nastąpił w momencie, kiedy ogromne mrozy uniemożliwiły jeleniom okresowe przepływanie na ląd stały i terapeutyczne (sanatorium!) korzystanie z dobrodziejstw przestrzeni, a przede wszystkim kojącej samotności. Zaraz po zimie nastąpiła katastrofa. Totalne wymieranie. W ciągu dwóch najbliższych lat padło, pozornie bez najmniejszej przyczyny, 190 osobników. Z medycznego punktu widzenia martwe sztuki były zdrowe. Natura była okrutna – padały przede wszystkim samice i młode jelenie. Tak, jakby chodziło wyłącznie o sparaliżowanie zdolności reprodukcyjnych populacji. Pouczające… Wielu badaczy pogłębiło obserwacje. W przyrodzie takich przypadków jest znacznie więcej! W tym kontekście jasne stały się samobójcze migracje lemingów ku morzu i wiele innych dotychczas niezrozumiałych przejawów gatunkowej autodestrukcji. U wszystkich gatunków jednym z pierwszych objawów jest niechęć do reprodukcji, zatem podważenie największego determinantu przyrody. W badaniach okazało się, że istnieją w przyrodzie gatunki, które na nadmierne zagęszczenie reagują furią. Dotyczy to na przykład piżmaków i… ludzi.
Pora na fakty i pytania. W społeczeństwach wyjątkowo rozwiniętych spadają wskaźniki demograficzne. Tłumaczymy to chęcią wygodnego życia, niechęcią do dodatkowych obowiązków i ewentualnej utraty możliwości korzystania z dobrodziejstw życia. Czy tak jest naprawdę? Wątpię. Młodzież jest coraz bardziej cyniczna i agresywna. Egzystencjalne problemy? W porządku, ale skąd bierze się ów patologiczny bunt i gniew? Media donoszą o kolejnych przypadkach szaleńców, którzy strzelają do wszystkiego co się rusza na placach, na przystankach, w klasach. Czy to nie jest przypadkiem owa „furia piżmaka”? Wojny nie są już nakierowane na zdobycie terytorium. Częstym celem jest wyniszczenie całych grup etnicznych, choćby w najokrutniejszy sposób. Regres społeczeństwa, czy najbardziej wymyślny, cyniczny i okrutny sposób uniknięcia sytuacji, w której za regulację populacji ludzkiej weźmie się natura? Bo już się bierze. Jako gatunek przestajemy być płodni, odporni, silni. Natura już szuka luki w systemie obronnym. AIDS był preludium. Medycyna zdaje sobie z tego sprawę. A co my możemy zrobić? Odpowiem najszczerzej. Nie wiem.

Published in: on 29/03/2011 at 6:09 am  Dodaj komentarz  

Chwila bibliofila – 4

Tradycyjnie rozwijam tu wątki z programu w wersji telewizyjnej. A nowy odcinek tu:

http://www.itv.gliwice.pl/artykul.php?id=4132

Keri Arthur – „Wschodzący księżyc” – Instytut Wydawniczy ERICA

Australijka pisarka mocno wchodzi na rynek swoim cyklem dziewięciu powieści o Riley Jenson, kobiecie nietypowej nie tylko przez swoje niezwykłe umiejętności ale także ze względu na przodków – wampira i wilkołaka. Cykl „Zew nocy” nie rości sobie pretensji do literatury wysokiej, a sama autorka wyraźnie puszcza do nas oko. Jest to jednak lektura lekka i przyjemna, zdecydowanie dobra rozrywka dla każdego. Warto tu podkreślić coś jeszcze – Keri to pisarka dość odważna jeśli chodzi o erotykę. Myślę, że zadowolone będą panie, a panowie także czekać będą na następne tomy. Uwaga, jak dowiedziałem się w Wydawnictwie, kolejny już w maju!

Chyba pora na smakowity fragment? Proszę bardzo:

http://esensja.pl/ksiazka/prezentacje/tekst.html?id=11485

Anthony E. Zuiker – „Level 26. Mroczne początki” – Wydawnictwo W.A.B.

Nic dodać, nic ująć. W programie powiedziałem ile trzeba. A teraz dodatkowo recenzja „z zewnątrz”:

http://www.czytadelko.com.pl/2011/02/24/level-26-mroczne-poczatki-anthony-e-zuiker-duane-swierczynski-recenzja/

Sławomir Koper – „Życie prywatne i erotyczne w Starożytnej Grecji i Rzymie” – Wydawnictwo Bellona

 

Published in: on 24/03/2011 at 6:03 pm  Dodaj komentarz  

Barbie ma burkę a Francuzi kłopot

Napisałem ten felieton bardzo dawno, ale wydaje się, że w obliczu wydarzeń w Libii jednak warto go przypomnieć. Oto właśnie „arabski problem” od Afganistanu i Iraku trafił do basenu Morza Śródziemnego. Po Egipcie Libia. I jednak właśnie teraz uparcie myślę o Francji z jej bardzo dużą muzułmańską mniejszością. Co będzie dalej? Wydaje się, że każdy scenariusz jest możliwy. Czy ktoś na przykład wierzył, że do rozruchów dojdzie w Tunezji? Tak przecież frankofońskiej i bodajże najbardziej zeuropeizowanej. Świat arabski wrze, Zachód interweniuje pod sztandarami obrony takich czy innych narodów i wartości, a my doskonale wiemy, że broni tych rzeczy tylko tam, gdzie jest ropa. Kiedy wróciłem do tego felietonu uderzyło mnie jeszcze to, że na końcu wspomniałam Katar. A dziś przecież media trąbią, że Katar jako pierwszy z krajów arabskich wystąpił przeciwko Libii. Co to znaczy? Że taki demokratyczny i proeuropejski? Sami sobie Państwo odpowiedzcie. Koniec końców, przeczytać warto…

Z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego nie nauczyły się z historii – Georg Wilhelm Friedrich Hegel
Się porobiło. Zachodnim światem targają wewnętrzne sprzeczności! Lalka Barbie, jeden z niekwestionowanych symbolów zachodniej cywilizacji, przedmiot pożądania dziewczynek (a mówią, że i chłopców!) spod wszystkich szerokości geograficznych będzie miała burkę!Co to jest burka? Ano, bardzo popularny ostatnio kawałek nieprzeźroczystej tkaniny noszony przez muzułmanki i zasłaniający całą głowę. Właśnie to „totalne” zasłanianie odróżnia ją od kwefu (czarczafu) noszonego przez większość muzułmanek. Na 50 lecie Plastikowej Ślicznotki zechciała ją tak ubrać włoska projektantka Eliana Lorena. W dodatku dowiadujemy się, że takie „islamskie laleczki” będzie można kupić jedynie na aukcjach, z których cały dochód przeznaczony zostanie na dzieci cierpiące z powodów konfliktów zbrojnych. To bardzo szlachetne, prawda? Prawie symbol! Wróćmy jednak do nieszczęsnej Barbie, której śliczna twarzyczka ma być bezlitośnie skryta za kawałkiem chałata. Jak można?! Wkurzył się nawet Nicolas Sarkozy! Nie może ingerować w artystyczne manifesty włoskiej projektantki, ale wyprowadzony z równowagi, postanowił odegrać się na prawdziwych muzułmankach, podkreślając, że Francja, jako kraj ludzi wolnych, pielęgnujący zaszczytne tradycje swobód obywatelskich, nie może pozwolić, aby islamskie kobiety były poniżane w taki sposób. Swoją drogą, akurat one zdają się widzieć w tym akcie niesubordynacji wobec narzucanego prawa manifestację swojej odrębności i niezależności – kobiet dobrowolnie używających burki we Francji wciąż przybywa. Nie tylko Sarkozy się wkurzył. Al Kaida, chłopaki na schwał, nie pozwoli na to, żeby ktoś arabskim kobitom mówił jak mają chodzić ubrane i już od lata zapowiada akty przemocy wobec Francji jeśli ta zakaże stosowania burki.
Czarny scenariusz pod rozwagę:
1. Francja, wolna i liberalna zakazuje.
2. Kilku „fundamentalnych oszołomów” detonuje się np…. w Luwrze.
3. Oburzeni obrońcy światowej wolności znajdują oczywiście winnego i… leci kilka tysięcy ton bomb na takie czy inne miasto.
4. Rozważa się zaatakowanie takiego czy innego „kraju zbójeckiego” i obdarowanie go demokracją, dajmy na to, na wzór Afganistanu czy Iraku.
Koło historii zatoczy pełny obrót… Że to się nie stanie? Francuscy Arabowie są bardzo europejscy? Rządcy świata nie powtórzą błędów z przeszłości? W porządku. A czy wierzył ktoś, że w dawnej Jugosławii będą się nawzajem muzułmanie i chrześcijanie przybijać do drzwi? Czy po Wietnamie wierzył ktoś w Irak i Afganistan?
Różnica mogłaby być tylko jedna – w przeciwieństwie do irackiej broni masowego rażenia (mit założycielski współczesnej światowej mitologii) „burka jaka jest, każden widzi”.
Tak, to był niezwykle czarny scenariusz! Tak czy owak, nie rozumiem jednak czemu ma służyć zarówno głupawy projekt Loreny jak i wolnościowa bufonada Sarkozy’ego. Przypominają mi się karykatury Mahometa w duńskiej prasie. Naprawdę mamy to powtarzać? A gdyby tak ktoś np. w Katarze spróbował pobawić się chrześcijańskimi symbolami? Tak artystycznie i tylko na aukcję.
Ojcze Rydzyku, ty czytasz i nie grzmisz?

 

Published in: on 20/03/2011 at 9:03 pm  Dodaj komentarz  

Chwila bibliofila – 3

Mimo wiosennej chrypki udało się… Trzecie wydanie Chwili bibliofila już do obejrzenia:

http://www.itv.gliwice.pl/artykul.php?id=4108

A teraz jak zwykle rozszerzona wersja materiału dla lubiących czytać.

Haley Tanner – „Vaclav i Lena” – Wydawnictwo W.A.B.

To z całą pewnością książka dla lubiących barwną narrację. To pierwsze, co stwierdzić należy. Niezwykła sugestywność opisów sprawia, że treść powieści się smakuje. Nie jest to jednak proza wyszukana i kunsztowna. Największym atutem „Vaclava i Leny” jest bowiem to, że czyta się ją niezwykle lekko. Ta proza zdecydowanie odpowiada naszym czasom – nie musimy wykrawać długich godzin z tak przecież napiętego dnia. Wrażenie to potęgują jeszcze bardzo krótkie rozdziały, które wręcz zachęcają do czytania „z doskoku”. A temat? Zaczynając lekturę można pomyśleć, że wszystko będzie się działo w atmosferze opowieści z życia dwójki dzieciaków zafascynowanych magią. I coś w tym jest. Magii i uroku jest w tej uroczej powieści dużo, a niezwyciężona miłość obudzi w nas optymizm mimo wielu przeszkód i tajemniczych perypetii, które stają na drodze bohaterów. Także środowisko żydowskich emigrantów z Rosji może zainteresować czytelników. Ciekawie ujęte, choć daleko tej wizji do rzeczywistości.

Nadmienić warto, że polskie wydanie jest światową premierą książki! Wydawnictwu gratulujemy refleksu. A dla moich Czytelników niespodzianka. Przed zakupem warto poznać obszerny fragment powieści:

http://esensja.pl/ksiazka/prezentacje/tekst.html?id=11575

Sarah Fisher, Marie Miller – „Pies. 100 sposobów na rozwiązanie jego problemów” – Wydawnictwo MUZA. S.A

O tej książce naprawdę nie trzeba dużo pisać. Wspaniałe kompendium napisane w dodatku przez wybitnych praktyków. Zdecydowaną zaletą tej książki jest to, że jest nieprzegadana i bardzo precyzyjnie odpowiada na pytania, przed którymi staje w zasadzie każdy początkujący hodowca. Okazuje się, że ułożenie psa nie jest sztuką, którą posiedli tylko wybrani. Jednego nas książka nie nauczy – cierpliwości! Tę musimy w sobie znaleźć sami. Na pewno nasi czworonożni przyjaciele na to zasługują. Książkę polecam z pełnym przekonaniem – mnie pomogła!

„Ewa Kuryluk – Obrysować cień. Malarstwo 1968-1978” – Czytelnia Sztuki

Pierwsza w naszym kraju monografia tej wybitnej malarki, święcącej triumfy w największych światowych galeriach. Bardzo to ważna pozycja na naszym rynku i aż dziw, że dotąd o taką monografię nikt się nie pokusił! Tym lepiej, że właśnie gliwicka instytucja kultury jest jednym z trzech wydawców. Ma to związek z zapowiadaną na październik wystawą malarstwa Ewy Kuryluk, właśnie w Czytelni Sztuki.

Trzeba stwierdzić, że od strony edytorskiej książka prezentuje się znakomicie. Dzięki temu będzie znakomitym przygotowaniem dla wszystkich, którzy potem będą mogli odwiedzić wystawę. Biorąc pod uwagę przystępną cenę publikacji (w Czytelni Sztuki jest to 30 zł) z całą pewnością warto ją nabyć. Jeśli jednak ktoś z miłośników malarstwa się zastanawia, tu może obejrzeć ją strona po stronie:

http://issuu.com/czytelniasztuki/docs/kuryluk?mode=embed&viewMode=presentation&layout=http%3A%2F%2Fskin.issuu.com%2Fv%2Fcolor%2Flayout.xml&backgroundColor=000000&showFlipBtn=true

Eduardo Mendoza – „Trzy żywoty świętych” – Wydawnictwo ZNAK

Dla mnie ta książka była odkryciem. Mimo, że znam już Mendozę z poprzednich tytułów wydanych w ZNAKU, ten zbiór opowiadań poruszył we mnie zupełnie inne struny wrażliwości. Godny podkreślenia jest obiektywizm autora. W tej książce bowiem nie ocenia on nikogo. Czerń i biel nie istnieją jako barwy wyjściowe. Otrzymujemy tylko kontury postaci. To my musimy nadać im barwy. Malarzem będzie nasze sumienie i racje moralne. Dobra rzecz!

A na deser recenzja z portalu gildia.pl:

http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/eduardo-mendoza/trzy_zywoty_swietych/recenzja

Published in: on 18/03/2011 at 7:27 am  Dodaj komentarz  

W poszukiwaniu Ducha. Spacer sentymentalny (Śląsk, marzec 2011)

Spaceruję po ulicach Gliwic. Ostatnio zdecydowanie częściej. Zaszczyt napisania o własnym mieście w kontekście, na który jakoś zawsze mało miejsca i czasu, z całą pewnością stał się wystarczającym do tego powodem. Spaceruję zatem po ulicach miasta. Wczesnym rankiem i późnym wieczorem. Szukam Ducha… Nieuchwytnego, a tak wyczuwalnego tu nad Kłodnicą. My, którzy ocieramy się o Niego i Nim oddychamy od wielu lat, czasem nie uświadamiamy sobie, że On tu jest. Genius Loci – opiekun i powietrze, którym w Gliwicach zachwycają się wszyscy…

Fauny. Bo to są fauny, te urokliwe „diabełki” pod Urzędem Miejskim, dawniej hotelem Haus Oberschlesien. Przystanąłem. Magia. Wspomnienia. Migawki filmu z wczesnego dzieciństwa, który w przyśpieszonym tempie przewija się pod powiekami. Czyją dłoń ściskam? Mamy? Może Taty? Wzruszenie. Tak prawdziwie byłem tu już bardzo dawno temu. Potem, wiele lat po prostu przechodziłem obok. Wróciłem dopiero dziś. A On tu jest. Duch miasta. W tym właśnie miejscu, które gliwiczanie wymieniają jednym tchem, odpowiadając na pytanie o to, co im się z ich miastem kojarzy. Niezwykłość tej przepięknej trójcy podkreślają jeszcze legendy, które wokół niej narosły. A musiały, no bo skąd fauny na głównej ulicy miasta? Chwyciły się za ręce i tańczą. Krąg. Taniec. Symbole. Legendy zawsze odpowiadają na ludzkie pytania. Musiały nasze fauny bardzo frapować mieszkańców, skoro mimo stosunkowo krótkiej historii (zostały odlane w Hucie Gliwice w 1928 roku, według projektu Hansa Dammanna) zdążyły powstać aż dwie! Jedni upierają się, że to wizerunki trzech budowniczych, którzy zbankrutowali stawiając na kurzawce Haus Oberschlesien. Inni twierdzą, że to nieco złośliwe portrety skonfliktowanych włodarzy Gliwic, Zabrza i Bytomia, którzy nie potrafili się porozumieć w kwestii połączenia tych miast w jedno wielkie „Tripolis”. Jeśli jednak, w myśl starej prawdy, historia ma być nauczycielką życia, wydaje się, że nasze poczciwe „diabołki” stanowią dziś niezwykle aktualne memento dla… zwolenników idei Górnośląskiego Związku Metropolitalnego. Cóż, oby teraz było łatwiej dojść do porozumienia! Ale nie pora na dygresje. Patrzę w twarze faunów. Wyraziste, tylko wzrok spuszczony w dół, na kadź z wodą. Czego w niej wypatrują? Czyżby odprawiały jakieś misterium? A może, niczym starożytne wieszczki, spoglądają w przyszłość Gliwic?

Tymczasem jednak teraźniejszość, która w tym mieście splata się z historią w sposób niezwykle spójny. A ta historia z kolei stanowi osnowę, w którą nieodmiennie wplatają się wątki poszczególnych ludzkich losów. Są w Gliwicach miejsca, które stają się ważnym punktem na mapie pamięci każdego gliwiczanina. Miejsca i to, co się w nich znajduje. Wędrując po ścieżkach naszych pamięci, wszyscy w jakimś miejscu napotykamy Lwa. Gliwickiego Lwa! Jako brzdąc siadywałem na grzbietach lwów w przepięknym Parku Chopina. Nie tylko ja – czasem przychodziło czekać, aż zwolni się miejsce. Kolejka podobnych do mnie małych marzycieli czasem była spora. Lata 70 ubiegłego wieku, to były czasy bez komputerowych gier i pełnych spektakularnych efektów filmowych produkcji. Fantastyczna przejażdżka na grzbiecie „prawdziwego” lwa, zawsze była głównym punktem każdego niedzielnego spaceru. Wracają bliscy, którzy już odeszli. Ilekroć staję przed którymkolwiek z naszych lwów, przychodzi magia. Spotykamy się znowu na spacerze. Czuję wtedy, jak bardzo moje jest to miasto. Nie, poprawiam się, jak bardzo jest nasze! Jest w Gliwicach jeszcze jeden lew – ten najważniejszy – Lew Czuwający, posadowiony na ulicy Dolnych Wałów obok Muzeum, mieszczącego się w urokliwej Willi Caro. Lwu urządzono ostatnio wygodne miejsce i odnowiono nawierzchnię ulicy. Dobrze się tam czuje ten nasz dobry Duch – Strażnik. Wierzymy, że będzie czuwał nad miastem tak samo skutecznie jak dotąd.

Podążając „lwim szlakiem”, przeskoczyliśmy w tej naszej wędrówce z Parku Chopina, w którym obecnie Lwy stoją sobie przed budynkiem Palmiarni aż pod Willę Caro. Ale przecież możemy, wszak to podróż magiczna. Zawróćmy więc znowu, aby przespacerować się choć kawałek wzdłuż Kłodnicy, rzeki, która dla gliwiczan jest tym samym, czym Odra dla wrocławian. Jeśli ktoś chciałby tę naszą dumę zbagatelizować niech pamięta o tym, jak ostatnio zagniewana poczciwa Kłodka przypomniała sobie czasy dawniejsze i niczym jej większe siostry wylała, podtapiając całkiem spore tereny. Przypominają się poświęcone Kłodce, jak nazywała ją Wodna Milka, fragmenty najbardziej gliwickiej powieści Horsta Bienka „Pierwsza polka”. Czytając je nie chciało się jakoś wierzyć w przypominane w powieści powodzie. A jednak… Nieprzypadkowo przypomniałem tu książkę Bienka. Ona też pozwala zrozumieć, jak bardzo z Gliwicami związana jest ta rzeka, jak w sposób trwały i niezmywalny zapisuje się w pamięci tych, którzy są lub byli kiedykolwiek z tym miastem związani. Kłodnica dumnie przecina ul. Zwycięstwa w samym centrum miasta. Wydaje się w tym miejscu bardzo „ułożona” i posłuszna. Gliwiczanie wiedzą jednak, że wystarczy przespacerować się kawałek wzdłuż któregoś jej brzegu, aby zobaczyć Gliwice mniej znane, bardziej tajemnicze. Kto ma odpowiednio dużo wyobraźni i zna opisy miasta sprzed kilkudziesięciu lub więcej lat, bardzo łatwo może sobie wyobrazić tamte Gliwice. Duch miasta przemawia tu do nas czasem, przy muzyce szemrzącej Kłodnicy. Namawiam do takiego spaceru każdego, kogo los przywiedzie do Gliwic, namawiam także tych mieszkańców, którzy jakoś dotąd nie mieli do takich wędrówek okazji. Ja przemierzyłem oba brzegi. Jeszcze wtedy, kiedy zapach naszej poczciwej Kłodki zbytnio do spacerów nie zachęcał. Ale te wyprawy z tatą i rodzeństwem pozostaną w mej pamięci na zawsze. Teraz wybrałem się ponownie, aż do Parku Chrobrego, jakby staranniej przypatrując się brzegom, próbując sobie wyobrazić, co powiedziałaby rzeka, gdyby mówić umiała. Nie podzielę się z Wami tym, co usłyszałem. Taką rozmowę każdy musi odbyć sam, dla każdego potoczy się ona inaczej. Ja dotąd nie wiem, z kim rozmawiałem – z rzeką, z historią, czy może z samym sobą. Patrząc jednak na wciąż jeszcze brudną (choć wierzymy, że już niedługo) rzekę pomyślałem sobie, jak bardzo to miasto i Kłodnica są ze sobą związane. Ono trwa niezmiennie i ona niezmiennie płynie. Zmieniają się ludzie na obu brzegach, odchodzą starsze i przychodzą nowe pokolenia – tworzy się historia. A przez nią przepływa w przyszłość mały, ale nie do zatrzymania strumień tradycji.

Czy to jest spacer, czy raczej takie zwyczajne łażenie bez celu i bez pośpiechu? Czy to ważne? Wszak, jeśli to drugie, to bardzo dobrze – lubimy tak przecież wszyscy. Tak właśnie najlepiej poznaje się charakter każdego miejsca. Bez pośpiechu, chodząc, patrząc i chłonąc to wszystko, czego czasem nie da się ująć w słowa. Wysyłam dziś moich Czytelników w poszukiwaniu gliwickiej magii w bardzo różne miejsca. Nie mogę więc pominąć tego chyba najbardziej magicznego. Schodząc z ul. Zwycięstwa po schodkach w dół znajdziemy się w Alei Przyjaźni. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i jest! Miejsce, w którym jeśli nie będziesz Drogi Czytelniku, nie możesz powiedzieć, że poznałeś charakter Gliwic – Ruiny Teatru „Victoria”. Teatro mundi, teatr świata… Jakże często teatralne skojarzenia służyły człowiekowi do przedstawienia wielu aspektów ludzkiego bytu, które trudno byłoby ująć inaczej. Zgodnie ze wspomnianą maksymą żyjemy w świecie, w którym niewiele zależy od nas, w którym gramy tylko swoje role, a w zasadzie nawet nie tak, bo to zakłada pewną kreatywność, w którym jesteśmy tylko marionetkami w ręku Boga, Fatum, Historii… A nasze Ruiny (pisownia z wielkiej litery jest tu konieczna!) są jakby zaprzeczeniem tej tezy. Są trwającym, mimo usiłowań Historii, pomnikiem ludzkiej możności, trwania tradycji, niezniszczalności Ducha. I nie ma w tym ani odrobiny przesady. Przed wojną, jak to się u nas mawia „za Niemca”, mieścił się tu jeden z najfunkcjonalniejszych i najbardziej efektownych teatrów w tej części Niemiec. Był doskonale położony i odwiedzali go nie tylko gliwiczanie. To miejsce tętniło życiem i było jakby miernikiem powodzenia miasta. Nic dziwnego zatem, że Teatr z wolna zaczynał podupadać wtedy, gdy kończyła się niechlubna historia III Rzeszy i kiedy stało się jasne, że wichry historii wymiotą z tego miasta większość jego dawnych mieszkańców. Piękny budynek najgorsze jednak dopiero czekało. Zwycięska Armia Czerwona raczej nie była wzorem poszanowania dla takich miejsc, jak gliwicki teatr. Pięknie urządzone wnętrza strawił pożar wzniecony przez żołnierzy sowieckich. W rzeczywistości, która nadchodziła, raczej nie było dla niego miejsca. Owszem, znajdował okresowo takie czy inne zastosowanie, wykonano nawet niezbędne prace remontowe, które pozwoliły gmachowi doczekać lepszych czasów, ale na swoje odrodzenie musiał czekać do czasu wielkich zmian, a przede wszystkim do przyjścia innych ludzi. Ewa Strzelczyk, która pierwsza w zdecydowany sposób potrafiła głośno wyartykułować to, o czym wielu wcześniej myślało, nieprzypadkowo ma tablicę ku swojej pamięci na murze Teatru. Po jej tragicznej śmierci nie umarła bowiem idea, którą powołała do życia. Po niezbędnych dodatkowych pracach i wykonaniu nowej instalacji elektrycznej, zabezpieczeń przeciwpożarowych itp., stało się możliwe to, o czym wydawało się nie można już nawet marzyć – do ruin „Victorii” wróciła sztuka, wrócił teatr! I to jak wrócił! Ktokolwiek miał okazję zagrać w tym magicznym miejscu nie zastanawia się ani chwili mówiąc, że drugiego takiego miejsca w Polsce nie ma. Tak twierdzili najwięksi artyści naszych scen i estrady. Mieli rację – wnętrze tych jedynych w swoim rodzaju ruin samo w sobie jest już sztuką. Jakże pięknie koresponduje teraz dawna nazwa teatru z dziejami tego miejsca i Gliwic. „Victoria”. I to jaka! Nad Historią, której młyny nie zmieliły Ducha tego miasta, nad ludźmi, których zła wola nie potrafiła wyrugować znad Kłodnicy tego wszystkiego, co stanowi wartość nie tylko narodową, nie niemiecką czy polską, ale ludzką. Wspaniale zamknie się w tym miejscu koło historii. Triumf ludzkiego ducha i zwycięstwo chęci tworzenia nad czystym złem, dzięki którym w tym magicznym miejscu dziesiątki tysięcy dzisiejszych i przyszłych gliwiczan będą doświadczać Piękna i współtworzyć najwspanialszy przekaz dla przyszłych pokoleń – kulturę.

Spędziliśmy ze sobą ładnych parę chwil. Może kwadrans? Trochę więcej czasu potrzeba do odbycia rzeczywistej wędrówki, do której Was zachęcam, Drodzy Czytelnicy. Poznajcie moje miasto. Może trochę inne niż to z przewodników, choć przecież po tych samych miejscach przychodzi Wam wędrować. I jeśli przewodniki opiszą Wam wszystko to, co wiedzieć oczywiście trzeba, a co dotyczy faktów, dat i nazwisk twórców, ja starałem się wskazać to, co dla mieszkańców Gliwic jest drogie dlatego, że znaczy dla nich coś więcej niż tylko miejsce. Co takiego łączy gliwickie fauny z gliwickim lwem? Co wspólnego ma Kłodnica z Ruinami Teatru? Nasze dzieciństwa, nasze pierwsze wędrówki. Nasze przyjaźnie i miłości. Nasze wspomnienia, czasem radosne, czasem wręcz przeciwnie. Wszystko to składa się na nasze historie w Naszym Mieście. Ważne są dla nas te mentalne ślady. Chyba nie mylę się, skoro tak wspaniale wracają do nas i faun i lew. Statuetka Gliwickiego Lwa od pewnego czasu przypada corocznie gliwiczaninowi, który dla miasta przysłużył się w sposób szczególny. Statuetka Gliwickiego Fauna przyznana, póki co po raz pierwszy, powędrowała do zwycięzców Festiwalu Teatrów Nieinstytucjonalnych X-OFF w randze Nagrody Prezydenta Miasta. Ruiny Teatru stają się miejscem rozpoznawalnym w całej Polsce, a nawet poza jej granicami. A Kłodnica? Ta sobie płynie, jak płynęła! I będzie tak płynąć zawsze. Spytacie o Ducha Miasta? Czy to jako gliwicki Lew, lub któryś z Faunów, czy w chwili samotnej zadumy nad brzegiem Kłodnicy, albo podczas artystycznych uniesień w Ruinach Teatru – jest zawsze ten sam. Dobrotliwie puszcza do nas oko!

Do zobaczenia w moim mieście!

Published in: on 17/03/2011 at 8:35 pm  3 Komentarze  
Tags: ,

Spowiadam się… Ceglarek – świat po Kobylarzu.

Tytuł powyższy niczego artyście nie ujmuje – Piotr Ceglarek jest jakością samą w sobie. Tak się jednak złożyło, że Czytelnia Sztuki zaproponowała nam jego nowy projekt zaraz po mocno zaistniałej instalacji Szymona Kobylarza. Świat „okołoapokaliptyczny”, który nam Ceglarek określił, gdyż jak sam twierdzi przestrzeń, w którą nas zabiera, to miejsce już po lub też tuż przed końcem świata, będzie więc przez wielu, a przeze mnie na pewno, widziany w kontekście działania Kobylarza. Doprecyzuję. Działania, bowiem wyjątkowo starannie zaaranżowane akcje i bardzo świadomie wykreowane konteksty uczyniły z ekspozycji Kobylarza wydarzenie, podkreślam raz jeszcze, daleko wykraczające poza kategorie plastyczne. Więcej nawet, obecność Ceglarka właśnie tu i teraz jest w dodatku wykrzyknikiem, podkreślającym wagę tego stwierdzenia.


Nie wiem na ile świadomie Czytelnia Sztuki postawiła na ten duet. Wiem jedno, jeśli świadomie, mamy do czynienia z nową w Gliwicach kategorią artystycznej dyskusji, jeśli nie – możemy mówić o znakomitej intuicji. Tu proszę tylko, żeby nikt z Czytelników nie wywiódł z tych stwierdzeń jakiejkolwiek sugestii o wyjątkowości czegokolwiek. Sądzę, że po prostu trochę znienacka, doczekaliśmy się w Gliwicach nowoczesnego miejsca promocji kultury, w którym rozumie się niezbędną dziś interaktywność dyscyplin sztuki, ich wzajemną korespondencję i przenikanie. Tak trzymać i wróćmy do Ceglarka, który musi mi wybaczyć, że do towarzystwa wezmę jednak Kobylarza.

Przeprowadzanie porównań między bardzo już znaczącym artystycznie Kobylarzem a dopiero wychodzącym w przestrzeń Ceglarkiem nie ma raczej sensu. Także prostota i surowość aranżacji tego drugiego ma się nijak do, mimo iż sterylnej, to przecież z rozmachem zrealizowanej instalacji pierwszego. Nie na płaszczyźnie plastycznej więc ani nawet estetycznej będę się starał jednak zderzyć ich przekaz. I to „zderzyć”, to bardzo dobre określenie. Oto bowiem mamy nagle za ich sprawą do czynienia z porównaniem dwóch koncepcji człowieczeństwa w kontekście kataklizmu absolutnego, końca świata, czy jak ów moment określimy. Będąc uczestnikiem obu wernisaży wyraźnie odczułem odmienność obu postaw ludzkich. Podkreślę, nie artysty, bowiem ten współczesny także w sztukach plastycznych bywa bardziej reżyserem i manipulatorem (co szczególnie potwierdził Kobylarz), lecz jego bohatera, człowieka, którego kreuje w myśl swojej koncepcji. Kreacja owa przebiega na dwa sposoby. Określiłbym je jako człowiek – sprawca i człowiek – efekt. Człowiek Kobylarza jest sprawczy. Może jego zabiegi okażą się bezskuteczne, ale ratunkowe kapsuły, które konstruuje stanowią jakąś szansę na ocalenie nawet w obliczu końca świata. Człowiek ów zdaje się uosabiać wewnętrzne przekonanie autora, że koniec świata, owszem, ale koniec człowieczeństwa? Nigdy! Bo koniec człowieczeństwa to będzie świadome, bez żadnej nadziei i walki opuszczenie rąk. Z przymrużeniem oka obserwuje Kobylarz zabiegi tysięcy „ratujących się” pod różnymi szerokościami geograficznymi i w swoich instalacjach daje im paszport do rzeczywistości.

A jakich ludzi obserwuje Ceglarek? Bezradnych i mogących tylko patrzeć. Spoglądając w oko wyroczni (?) widzimy własną postać przed którą rozciąga się krajobraz „po”. I nic nie możemy zrobić. Nie jest ważne czy cokolwiek zrobiliśmy wcześniej, ale teraz nie możemy nic. Wykonywane przez widzów ruchy, po drugiej stronie obserwowane w jednej płaszczyźnie, dla istniejącego tam świata nie mają żadnego znaczenia, niczego nie zmienią. Jesteśmy jedynie efektem naszego nicnierobienia wcześniej. Może zatem koncepcje Kobylarza i Ceglarka się nie wykluczają? Jeden proponuje jedyne możliwe, choć niekoniecznie skuteczne antidotum na wielki end, a drugi ukazuje rzeczywistą pozycję człowieka, gdyby mu się jednak nie udało. Tak, zakładam, że tak właśnie jest. Utwierdza mnie jeszcze w tym mniemaniu sam tytuł projektu „Po drugiej stronie jutra”. No właśnie, zbyt łatwo przyjęliśmy, że to „po drugiej stronie” rozpościera się za kuklokiem widniejącym w ścianie. Ale zastanówmy się. Tam przecież jest Jutro. Po drugiej stronie jesteśmy my! I zmienia się zupełnie optyka percepcji. Rzeczywista akcja kreacji Ceglarka odbywa się w owym pomieszczeniu, które musieliśmy przemierzyć wychodząc z obu wejść, nieco niepewnie, na widoku oczekujących. „Jak do konfesjonału!” – usłyszałem komentarz jednej z osób. Otóż to! Naturalny porządek, jaki podświadomie przyjęliśmy, nienarzucony, czekając na swoją kolej, cisza i skupienie z jakim podchodziliśmy do „oka proroka”. Niepewne ruchy, wykonywane abyśmy mogli postrzec postać po drugiej stronie jako siebie. I krótka, parudziesięciosekundowa… Spowiedź? Jeśli tak, to chyba właśnie z grzechu braku działania, które tak ceni sobie Kobylarz. Nie mam wątpliwości – nasza szansa jest właśnie po drugiej stronie jutra. Dziś. Więc… biegiem do Kobylarza. Ten wie, co robić!

To tylko luźne zapiski. Procesu. Swobodnej percepcji. Wariacji umysłu na zadany temat. Odpowiedź na zasłyszany dialog. Reakcja na prowokację. A taką nie byłby żaden z dwóch projektów, gdyby rozpatrywać go oddzielnie. Czytelnia Sztuki jako pokój rozmów? Jak najbardziej!


Published in: on 16/03/2011 at 8:02 am  Dodaj komentarz  

Konie już dawno się nie śmieją…

Któż umie tak jak Polak mówiąc milczeć, milcząc pić
Tak szumieć, tak o słowo jedno zaraz w mordę bić
– Stanisław Staszewski

Kto by pomyślał, że nasz wielki rodak Fryderyk Szopen zechce zostać z nami o rok dłużej, mimo że to ten ubiegły był jemu poświęcony. Tymczasem właśnie teraz mamy eskalację jego obchodów. Niestety, w jakimś groteskowym tonie…

Jesteśmy narodem, który lubi bronić. Siebie, innych, tych co chcą być bronieni i tych, którzy nie chcą, Europy, Krzyża, wszystkiego co bronić warto i czego nie warto. Wdajemy się w liczne awantury, które przynoszą co najwyżej tyle samo dobrego, co złego. Kiedy nagle zbiorowo uznamy, że dzieje się coś, co nam uwłacza, potrafimy się zmobilizować i zawalczyć. Niestety jednak, czasem walczymy na modłę Don Kiszota, który z wiatraków potrafił robić sobie wrogów nad wrogami. Najbardziej jednak zapamiętale walczymy ze sobą nawzajem. Taka na przykład sytuacja… Powstaje komiks, który ma promować polską kulturę w ościennym kraju. Inspirowany postacią Fryderyka Szopena, siłą rzeczy zawiera treści bardzo różnorodne, reprezentujące różne świadomości i mentalności, ale również zgoła odmienne środki językowe. I oto w jednym z opowiadań muzyk, którego szlachetny profil kojarzy się nieodparcie z wielkim Fryderykiem, który w dodatku ma zagrać koncert w więzieniu, o zgrozo, rzuca mięsem! I zaczyna się. Co? A jakże! Ogólnonarodowa mobilizacja. Ta, co to świętości przed zszarganiem, ta co to godność narodową przed splugawieniem. Pozerstwo! Bicie w tarabany bez żadnego powodu! Szum, który większe szkody przynosi nam wszystkim w świadomości innych nacji, niż kilka słów ogólnie uznanych za plugawe, które przenikną do treści takiego czy innego przejawu twórczości. A może odbierze to cokolwiek wielkiemu Szopenowi? Ktoś, kto tak sądzi, chyba po prostu ma kompleksy.
Oczywiście dyskusyjne jest, czy Ministerstwo Spraw Zagranicznych i inne instytucje powinny sfinansować akurat taką formę promocji, ale skoro już taka decyzja zapadła i jeśli zgodzono się na formę komiksu (a ów od kontrowersyjnych środków językowych nie stroni), to jakiekolwiek dywagacje o zniszczeniu nakładu ze względu na to, że  pojawiły się w nim jakieś wulgaryzmy, niestety obnaża nas boleśnie. I proszę mi wierzyć, nie o Szopenie i o Polsce będą pisać niemieckie i inne media, ale o fobiach Polaków, którzy zachowują się histerycznie z powodu, który zasługuje co najwyżej na polemikę medialną, a i to niezbyt gorącą. Jak zwykle jednak, prosta wydawałoby się artystyczna manifestacja zyskuje w Polsce znamiona megahappeningu. Ale, tak sobie myślę, to chyba bardzo dobrze, prawda? Czegoś się w końcu w sobie dopatrzymy!
A na marginesie, gratuluję już teraz autorom komiksu, zafundowano im darmową kampanię reklamową z marzeń! Będą zamówienia i będzie kaska. A co następne? Mamy Rok Miłosza. Aż mnie korci, żeby przypomnieć, co o nim pisał Sergiusz Piasecki…

 

Published in: on 14/03/2011 at 12:13 pm  Dodaj komentarz  

Chwila bibliofila – 2

Można już obejrzeć kolejny program Chwila Bibliofila:

http://www.itv.gliwice.pl/artykul.php?id=4084

Ja natomiast wspomnę na wstępie, że już od tego odcinka w „pisanej” wersji Chwili bibliofila znacznie więcej ciekawych informacji, odsyłaczy itp. A od przyszłego odcinka, także tu będzie można wygrać interesujące książki. Dziś jednak…

 

Sławomir Koper – „Kobiety w życiu Mickiewicza” – Wydawnictwo Bellona

Sławomir Koper w wielu różnych tytułach pisał o życiu ludzi sławnych, elit artystycznych i politycznych itp. i zawsze robił to niezwykle barwnie, przytaczając masę biograficznych szczegółów, także tych, co nie wszystkim jest w smak, które nie do końca pasują nam, do często posągowych życiorysów. W tej książce jednak wziął się za postać, która dla Polaków jest wręcz święta. Potraktował mianowicie swoim piórem samego narodowego wieszcza. Nie miał litości (i chwała mu za to!) pokazując nam człowieka prawdziwego, kochanka nie wykreowanego w jego poezji, ale z krwi i kości. A używał sobie nasz wieszcz wcale, wcale! W dodatku wdawał się w układy („wielokąty” między innymi), które i dziś są z etycznego punktu widzenia niedopuszczalne. W dodatku romans z carską agentką, niezwykła więź z niepospolitą acz skrzętnie zapomnianą do pewnego czasu Ksawerą Deybel… No właśnie, Ksawera… Zanim popłynę z tym wątkiem, gorąco polecę książkę Kopra. Rewelacja! Biografia uczuciowa wielkiego poety pisana wzorcowo – po prostu nie może znudzić.

Wróćmy jednak do Ksawery Deybel… Prosta od niej droga do zupełnie innej książki. Węgra György Spiró, który zafascynowany dziejami polskiej emigracji po powstaniu listopadowym i towiańszczyzny, napisał książkę, jakiej w polskiej literaturze trudno szukać. I nic dziwnego to, niestety, w kraju, gdzie palić się chce komiksy poświęcone Szopenowi z chęci obrony godności narodu polskiego (czytaj cenzurowania).

György Spiró – „Mesjasze” – Wydawnictwo W.A.B

Odsyłam do mojej recenzji książki:

https://darjez.wordpress.com/2010/12/28/mesjasze-czyli-polska-historia-z-wegierskim-humorem/

Czynię to z ogromną satysfakcją, bowiem książkę tę wybrałem do objęcia patronatem Gazety Gliwickiej. Miałem nosa, bo oto książka, której patronowaliśmy…

http://www.polityka.pl/kraj/opinie/1511158,1,literacka-nagroda-europy-srodkowej.read

Henning Mankell – „Niespokojny Człowiek” – Wydawnictwo W.A.B

Kryminał ze znakomitego cyklu szwedzkiego autora o Kurcie Wallanderze. Jego bohater to już człowiek zdecydowanie dojrzały a zatem doświadczony życiowo. Cały cykl, oprócz wątków kryminalnych stanowi też wnikliwe studium mężczyzny i jego postrzegania świata. Relacje zawodowe i rodzinne (akcja najczęściej jest w jakiś sposób powiązana z jego rodziną) są przedstawione niezwykle wiarygodnie i zapewne to jest największy atut kryminałów Mankella. O czym jest „Niespokojny człowiek”? Przede wszystkim nasz ulubiony komisarz ma już psa! A poważniej – dowiaduje się od córki, że będzie dziadkiem i poznaje Hakana von Enke, przyszłego teścia córki. Ten podczas przyjęcia opowiada Wallanderowi historię z lat 80 ubiegłego stulecia, kiedy to na szwedzkie wody terytorialne wpłynęła obca łódź podwodna, a Enke otrzymał rozkaz nie atakować jej. Enke jest już bliski rozwiązania zagadki lecz nagle znika. Prywatne dochodzenie Wallandera właśnie się rozpoczyna… Polecam tę świetną książkę. Dodam, że wydana została w równie świetnym cyklu „Mroczna seria”.

Maciej Grabski – „Ksiądz Rafał” – Wydawnictwo ZNAK

Takie książki, jak debiut powieściowy Macieja Grabskiego z całą pewnością są potrzebne. Nie mają innego przesłania jak tylko afirmacja ludzkiego życia i piękna świata. Nie znaczy to bynajmniej, że w Gródku, małej miejscowości, w której ksiądz Rafał Nowina zostaje proboszczem, nie ma konfliktów, ludzkiej złości i zła. Istnieją oczywiście, ale to Dobro jest bohaterem powieści. Człowiek jest istotą stworzoną do czynienia dobra. Cała akcja toczy się w cudownych plenerach, wśród zapachów rozgrzanych słońcem ziół, małych ludzkich radości i niewielkich trosk. Harmonia wzięła pod opiekę tę małą wieść a tymczasem… wszystko się burzy! Nowy proboszcz w Gródku? To prawie jak meteoryt! Idzie nowe i nie wszystkim się to podoba… Narracja Grabskiego z całą pewnością urzeknie czytelników. Mam dla nich dobrą wiadomość! Ksiądz Rafał Nowina powraca!:

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2941,Ksi%C4%85dz_Rafa%C5%82._Niespokojne_czasy

Marek Bardadyn – „Kody młodości. Odchudzanie strukturalne. Wiek a metryka” – Dom Wydawniczy REBIS

Metoda wzmacniania i regeneracji organizmu zaproponowana przez doktora Bardadyna jest sprawdzona. Przez kogo? Przez polskich celebrytów, polityków i sportowców. Jest praktykiem i proponowane przez niego skuteczne metody biorą się wprost z poligonu jakim jest jego gabinet. Bardadyn od wielu innych lekarzy różni się jednak tym, że potrafi również świetnie pisać. Jego książki są nowocześnie zredagowane i dostosowane do naszych możliwości czasowych. Zatem: szybko, jasno i na temat. Oto pisarskie dewizy autora. O czym jest ta książka? Naprawdę łatwiej powiedzieć, o czym nie jest. Bardadyn bowiem nie pomija żadnych istotnych dla tematu aspektów. Powstała książka bardzo interesująca i zachęcająca do eksperymentów. Czytam ją często (bo wcale nie trzeba przeczytać od razu, a na pewno trzeba do lektury wracać) i polecam wszystkim!

 

Published in: on 11/03/2011 at 4:40 pm  Dodaj komentarz  

Zginąłem pierwszy!!!

Kulturę nie tylko się podziwia. Kulturą się żyje. Tworząc, oddychamy pełną piersią. Otwieramy się na świat i siebie światu dajemy. Jak ci młodzi filmowcy z Gliwickiego Klubu Filmowego Wrota, z którymi miałem przyjemność pracować na planie podczas realizacji intro do zbliżającej się wielkimi krokami kolejnej edycji Festiwalu Drzwi.                               

Prawie dwadzieścia osób wyjechało o godz. 15 z ul. Marcina Strzody kilkoma samochodami, załadowanymi do granic możliwości sprzętem najróżniejszego rodzaju, aktorami i ekipą techniczną. Szef całego zamieszania Marcin Kondraciuk, prezes GKF Wrota, biegał od jednego wozu do drugiego, doglądając załadunku. Nie wolno niczego zapomnieć, bo czas jest bardzo cenny i nie będzie można sobie po prostu wrócić. Odpalone silniki, samochody ruszyły do Piekar Śląskich. Tam chyba sam diabeł zawiódł Kondraciuka, wskazując mu ruiny po… diabli wiedzą po czym. W każdym razie ogromne, malownicze, idealne do realizacji filmu. A film ma swoje wymagania, choć to krótkie, nieco ponad minutowe intro. Aktorzy, piszący te słowa między nimi, mieli się wcielić w gangsterów, ścigających mężczyznę w złowrogich zamiarach. Znaleźli go w ruinach… Co będę dalej opowiadał, efekty spotkania zobaczą Państwo wkrótce. Dodam tylko, że spektakularne efekty, bowiem na planie pracowali również… pirotechnicy. Huku, dymu i ognia było naprawdę wiele – całe szczęście, że obiekt znajduje się daleko od zabudowań. Anegdotka? Proszę bardzo. Musiały jednak jakieś odgłosy rozlegać się po okolicy zbyt donośnie, skoro na plan zajechała, tym razem zupełnie prawdziwa, Policja. Kiedy funkcjonariusze zobaczyli ogromną ilość broni, byli wyraźnie skonsternowani. Nic dziwnego, atrapy zgromadzone przez filmowców, naprawdę wyglądają jak prawdziwe. Zakończyło się to spotkanie bardzo pokojowo, choć policjanci nie do końca wierzyli, że to nie nasza ekipa jest sprawcą niezwykłego w tych stronach hałasu. Ale uwierzyli, bo gdy poznali cel całego przedsięwzięcia, po prostu chcieli uwierzyć.

A same zdjęcia? Prawdziwa przygoda. Chociaż lekko nie było. Marcin dwoił się i troił, aktorzy biegali jak im kazano, biegając, padając, skacząc i wykonując najróżniejsze ekwilibrystyczne kombinacje w momencie swojej śmierci. Tak naprawdę, dotkliwy chłód i przeciągi szalejące w ogromnych ruinach, bardzo do owego ruchu zachęcały. Ja miałem wielkie szczęście. Zginąłem pierwszy! Moja radość, gdy dowiedziałem się, że pierwszy idę pod lufę była ogromna. Najnormalniej w świecie, najszybciej mogłem usiąść sobie w ciepłym wnętrzu samochodu i doprowadzić temperaturę organizmu do stanu akceptowanego przez medycynę. Ale nie myślcie, Drodzy Czytelnicy, że ta śmierć była łatwa! Ponad 100 kilogramowe ciało gangstera Dariusza nie upadało bynajmniej na betonową podłogę jak liść z drzewa. A ujęcia powtarzane były wielokrotnie. Strzały ścinały mnie tak chyba ośmiokrotnie, a miarą mojego oddania roli jest to, że jeszcze dziś potrafię wskazać miejsca, które zbyt mocno zetknęły się z podłożem.

Sam plan okazał się naprawdę ekscytujący. Były samochodowe ewolucje, efekty pirotechniczne i cały arsenał wyglądającej jak prawdziwa broni. Ja miałem popularnego nie tylko w gangsterskim świecie „kałacha”!

Nikt nie narzekał, wszyscy pracowali jak szaleni. Kondraciuk na planie jest cyborgiem. Chłopaki z ekipy technicznej, specjaliści od światła, dźwięku i różnych innych filmowych sztuk magicznych, są po prostu świetni. Nie ma dla nich problemu, który nie da się rozwiązać. Radzą sobie w każdej sytuacji. Ta samowystarczalność, to w ogóle mocna strona klubu GKF Wrota.

Wiekiem zdecydowanie górowałem nad resztą. Ale patrząc na to, co robią i jaki stwarzają przy tym nastrój, zazdrościłem im, że mają często takie okazje. Sam byłem zadowolony, że potrafię również się tym cieszyć. Długo tego nie zapomnę. Atmosfera zabawy, ale przecież profesjonalne, twórcze podejście. Harówa, a jednak nikomu nie wyrwały się żadne nieodpowiednie słowa pod czyimś adresem. Świetnie się z tą ekipą kręci!

Myślę sobie, Marcinie, jak wielu osobom stwarzasz frajdę i jak poważne i wartościowe rzeczy przy tym robicie. To jest sposób na działanie, które porywa i pozwala być dumnym z tego, co się zrobiło. Te chwile na planie Twojego intro będą miłym wspomnieniem dla nas wszystkich. Tobie i Twoim Orłom życzę wielu coraz poważniejszych realizacji. O środowisko gliwickich filmowców jestem spokojny…

Published in: on 10/03/2011 at 7:45 am  2 Komentarze