Nie tragizujmy!

Nie jest dobrze, gdy ktoś z obsady przedstawienia wciela się w rolę mentora, dającego wykładnię tego, co widzowie mają przyjemność lub nieprzyjemność oglądać. Stało się jednak inaczej i jeden z aktorów pierwszego planu sesji – spektaklu zdecydował się złamać zasadę, zgodnie z którą nie tłumaczy się dowcipów, nie omawia własnych wierszy i nie mówi po spektaklu, co samemu się zagrało…

Autor ów chciałby widzieć siebie w roli jednego z aktorów greckiej tragedii. Przywołuje przy okazji pewne wyznaczniki, które o takiej kwalifikacji spektaklu miałyby decydować. Myli się. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z jedną z odmian commedia dell’arte. Bo, przede wszystkim, na pewno jest to komedia. Bo, po drugie, nie dostrzegam niezbędnego w takim przypadku konfliktu tragicznego, a jedynie usiłowanie (i to między innymi ze strony autora) konfliktu takiego wykreowania. Muszę go jednak zmartwić – jakkolwiek emocjonalny jest jego stosunek do kwestii, o których była mowa na sesji, żadna z tych spraw nie ma nawet znamion konfliktu tragicznego. Po trzecie wreszcie, typy ludzkie wykreowane w dell’arte są ponadczasowe i, jak się Państwo sami przekonają, bardziej pasują do tego spektaklu.

Do rzeczy jednak. Zajmijmy się maskami w naszej komedii… Te, jak wiemy, dzielą się na tragiczne i komiczne. Podobnie jak autor argumentacji pro tragicznej nie wskazał konkretnie swoich bohaterów, tak i ja posłużę się zaproponowaną przez niego formułą. W tym momencie jednak konieczna staje się pewna istotna uwaga. To wszystko, co autor napisał w odniesieniu do sesji, jest tylko jakimś biciem w tarabany bez podania jakichkolwiek konkretów. Oto mamy osoby skrzętnie skryte pod kryptonimami – maskami (dell’arte!), jest również ON (to jakieś specjalne podkreślenie wagi jednego z „bohaterów”, zastosowane przez autora), Chór (a jakże), który nie wiedzieć jakie ma zadanie, Fatum, oczywiście w jakiejś jego karykaturalnej formie, a do tego wszystkiego prezentacja kilku terminów z zakresu tematu (np. stychomytia, co akurat uważam za trafne uchwycenie istoty „dialogu radnych”). Wszystko pięknie, erudycyjnie, ale… Dla kogo? Tylko dla osób, które były na sesji, oglądały ją, lub obejrzą. Autor wszakże pamiętać powinien, że mieszkańcy, do których przecież swoje wywody kieruje, mają prawo interesować się (nawet głęboko!) życiem politycznym miasta, jednocześnie nie śledząc siedmiogodzinnych spektakli a la Krystian Lupa, że pozostaniemy przy teatralnych kontekstach. A dla nich owe maski – kryptonimy są zupełnie nieprzejrzyste. Choć przyznam jedno – swoją rolę zamierzoną spełniają. Sprawiają wrażenie, że działy się tam rzeczy przedziwne. Zważywszy natomiast na posadowienie aktora po określonej stronie politycznej areny, dla czytających wiadome ma być, że całą winę za ten stan rzeczy ponoszą ci ze strony przeciwnej. Z pełnym szacunkiem (podkreślam to, aby nie przeinaczono moich słów) i bez żadnej ironii uważam bowiem autora wersji pro tragicznej za znakomitego retora i bardzo sprawnego polityka i nie wierzę, aby jakiekolwiek sformułowanie czy argument w jego wywodach na jakimkolwiek forum były przypadkowe. Stąd właśnie wywodzę tezę, że taka forma przez autora była precyzyjnie zamierzona. Przy okazji zaś… Niektóre zastosowane zwroty retoryczne zdają się wynikać z głębokiego przeświadczenia o tym, że jednak wspomnianej transmisji nikt nie obejrzy. Oto bowiem Skarbnik… rwie włosy z głowy. To ironia? Ktokolwiek zna Pana Skarbnika, nawiasem mówiąc znakomitego fachowca, wie, że raczej w tej kwestii powinien być ostrożny. Również sformułowanie: „Ale to grecka tragedia, więc nie będzie reklam. W przerwie słychać tylko płacz widzów, jęki i zgrzytanie zębami z rozpaczy”, jest tyleż kwieciste, co bezpodstawne. Czas reklamowy w czasie każdej przerwy (tej rzeczywistej, w obradach) dalece bowiem przekracza standardy tv. Więc chyba jednak nie grecka tragedia… Koniec dygresji.

Wróćmy do masek. Scharakteryzuję kilka, których „nosicieli” (czasem kilkoro!) łatwo można znaleźć wśród uczestników sesji, a Czytelnikom pozostawię dopasowanie ich do właściwych osób. Co ciekawe, zapewne uda się to w stosunku do przedstawicieli każdej opcji. Ot, taka polityczno – literacka zabawa, bowiem jak jeszcze raz podkreślam, tekst zamieszczony przez autora na http://www.jasniok.pl w żadnym razie do niczego innego jak do literackiej zabawy się nie sprowadza.

Sam zaś, aby nie być gołosłowny, w najbliższym czasie spróbuję zaprezentować zgoła odmienną (wyważoną!!! – podkreślę) wersję wydarzeń z sali sesyjnej, bardzo jednak różną od tej lansowanej przez niektóre gliwickie media w ostatnich dniach. Zapraszam do lektury w najbliższym czasie – http://www.darjez.wordpress.com – zakładka PRZYSTANEK GLIWICE.

Czas powrócić do zabawy…

Comico inamorato – elegancik i galant, przedstawiciel raczej „świata młodych”. Robi trochę hałasu, ale jest dość bezbarwny. W dell’arte jest tym samym, co rodzynek w keksie. Ma swoją żeńską odpowiedniczkę. Ta jednak, w całej zawiłej intrydze jest jedynie marionetką.

Kolombina – uosobienie zuchwałości, sprytu i dowcipu. Ma jedną jeszcze cechę – nosi wiele różnych strojów, przybiera różne pozy. Zmienna jest. Typ kameleona?

Pierrot – bidula… Rozpacza tak bardzo, że aż maluje mu się łzę na policzku. Postać smutna, romantyczna.

Arlekin – najnormalniej błazen. Eksperci twierdzą, że jedna z najwdzięczniejszych do zagrania postaci. Równie łatwo można go oszukać, jak zostać przez niego oszukanym. Polityczne konotacje oczywiste…

Poliszynel – największy gbur w tym towarzystwie. Egoista, czasem nieludzki.

Capitano – pyszałkowaty chwalipięta. Robi dużo hałasu i… rejteruje w ostatnim momencie.

Pantalone – swoisty zwolennik teorii spiskowych. Lubi wtrącać się do polityki. Wszędzie, skubany, widzi zagrożenie, którego boi się wręcz panicznie.

To tylko niektóre zabawne postaci dell’ arte. Pośmiejmy się zatem, zmieniając klimat proponowany przez autora wersji „tragicznej”. Możemy sobie zorganizować prywatny casting i podstawić własnych faworytów pod każdą maskę. Tylko, na litość boską, bez obelg, ataków personalnych itp. Zachowajmy dystans i poczucie humoru. Tego uczy nas commedia dell’arte. Dlatego właśnie commedia dell’arte jest nam potrzebna!

I już dziś zapraszam do kolejnego tekstu na ten sam temat – już bardziej serio i bez literackich upiększeń.

 

Published in: on 06/02/2011 at 4:16 pm  Comments (3)  

The URI to TrackBack this entry is: https://darjez.wordpress.com/2011/02/06/nie-tragizujmy/trackback/

RSS feed for comments on this post.

3 komentarzyDodaj komentarz

  1. Komentarz nie do artykułu…. Dyrektor teatru muzycznego musi być muzykiem a nie kulturoznawcą, polonistą itp…. jak ktoś bez muzycznego wykształcenia i doświadczenia może i słuchu muz. może kierować teatrem muzycznym????

  2. Jest Pantalone, a gdzie Dottore?

  3. Proszę poszukać w składzie RM. Ot, taka, proponowana zresztą w tekście, zabawa.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: