Chapeau bas, Kej Dżej!

Dwa lata to czas, w kontekście którego można już rozpatrywać sukces lub porażkę takiego miejsca jak galeria sztuki. Powinno ono uzyskać swój charakter, zdobyć popularność i dopracować się stałego grona odbiorców. Czy Galeria Miejska MπK osiągnęła te podstawowe wyznaczniki? Obchodzona w sobotę druga rocznica jej działalności skłania do odpowiedzi na to pytanie.

Mam nadzieję, że Katarzyna Jajszczok, którą spokojnie już można nazwać matką Galerii MπK wybaczy mi, że oto po raz pierwszy publicznie używam tu przydomku, którym prywatnie posługuję się od dawna. Po prostu uważałem, że na takie wyróżnienie w świecie kultury trzeba sobie zapracować. Katarzyna Jajszczok na niego zasłużyła. Od dziś tak właśnie będę o niej pisał i mówił w kontekście jej Galerii. Czy jej się to podoba, czy nie…

Drugie urodziny wypadły więcej niż okazale. Kej Dżej udowodniła po raz kolejny (bo nie wiem czy Państwo wiecie, że tę akurat prawdę wszyscy w Gliwicach musimy udowadniać wciąż od nowa), że nawet promując artystów mniej znanych, można stworzyć jakość nieporównywalnie większą niż „oklejając” nowy „produkt” zestawem topowych, powszechnie celebrowanych nazwisk gwiazd, często nie pierwszej jasności. Nastrój, atmosfera kulturalnej uczty, Nowe w dobrym wydaniu i w należytej oprawie. Doświadczamy i odkrywamy sami, wyrabiamy sobie własne zdanie, kształtujemy smak, tworzymy gust (o którym dyrektorzy niektórych instytucji kultury woleliby nie dyskutować). To wszystko ma większą wartość niż „powszechna aklamacja” wyrażana przez obecność na wydarzeniach kreowanych w medialnej nagonce, namaszczonych przez dziesiątki krytyków, do podziwiania podanych. Onieśmielają swoją „wielkością” tak bardzo, że wręcz nie odważamy się wyrazić swojego prawdziwego zdania, aby nie okazać się w oczach innych kulturalnym analfabetą. Kreuje się w ten sposób kulturę narzuconą, eksponuje to, co ktoś uznał za ekspozycji warte, wmawia się, że to rynek decyduje o tym, że za gniota należy zapłacić parędziesiąt złotych, a inne produkcje bezimiennych artystów nie są nawet warte oglądania. A przecież to my powinniśmy decydować, a nie jakaś „niewidzialna ręka”. Owszem, to możliwe, ale tylko po długiej pracy wykonanej przez takie galerie, jak ta prowadzona przez Kej Dżej, jak Czytelnia Sztuki Krawczyka, jak wreszcie Halo!Gen Grzesikowej. Ten ostatni przywołałem tu, bo na urodzinach Galerii MπK zdałem sobie nagle sprawę, że to działa! Przecież prace Julity Malinowskiej właśnie w galerii w Fabryce Drutu były w Gliwicach pokazane po raz pierwszy! Usłyszałem ze sceny, że kongenialni muzycy z Me Myself & I także w tym miejscu mieli swój gliwicki debiut. A to oznacza, że ci mniejsi kreatorzy kultury jednak mają nosa, że wybór ludzi z Halo!Genu nie był przypadkowy, bo twórcy do Gliwic wracają.

Proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie neguję absolutnie konieczności obcowania ze zjawiskami i twórcami wielkiej kultury. Nawołuję tylko do pewnej równowagi. Oni wszyscy działają na tle kulturalnego krajobrazu, tworzonego przez tysiące artystów i twórców, często zapoznanych a dopiero potem odkrywanych na nowo. Długo można rozprawiać o tym, gdzie następuje rzeczywisty rozwój sztuki. Z całą pewnością jednak rola instytucji kultury we współczesnych realiach nie może się ograniczać tylko do eksponowania. Więcej nawet, środek ciężkości ich działań musi się przenosić w stronę poszukiwań i edukacji. To one bowiem oznaczają kreację. W pierwszym przypadku w środowisku twórców, w drugim odbiorców. Rozumie to Kej Dżej, rozumieją świetna ekipa Czytelni Sztuki i załoga Halo!Genu. Nie dostrzegają szefowie Gliwickiego Teatru Muzycznego, a przecież to wszystko sztuki teatru dotyczy w równym stopniu.

Wróćmy do Galerii… Urodziny były naprawdę udanym wydarzeniem. Zaostrzyły nam apetyt na więcej… Zarówno koncert jak i sama wystawa prac Julity Malinowskiej i Aleksandra Laszenki okazały się trafionymi wyborami. A wieczorny „świetlny” happening pod Kościołem Wszystkich Świętych był przednią zabawą! Bawiliśmy się wszyscy – dziennikarze, artyści, nawet radna Rady Miejskiej! Swoją drogą, nie wyobrażam sobie żeby przewodnicząca Komisji Kultury nie bawiła się tego wieczoru z nami! Jeszcze o frekwencji. Było pełno, a do mnie dzwoniły i pisały osoby, dla których wejściówek nie starczyło. To mówi samo za siebie.

Na koniec mała dygresja – jeśli dobrze czytam, w budżecie w pozycji „galerie i biura wystaw artystycznych” widnieje kwota 83 tys zł.na cały rok! To stanowczo za mało. Wystarczy przejrzeć listę wydarzeń w Galerii MπK, w tym naprawdę spektakularnych, z roku ubiegłego. I jak to się ma do 100 tysięcy złotych wydanych lekką ręką przez dyrekcję Gliwickiego Teatru Muzycznego na Toyotę Avensis? To dlatego czuję duży niesmak. I wiecie co Państwo, wcale się tego nie wstydzę!

Published in: on 23/02/2011 at 8:33 am  2 Komentarze  

Śmiesznie i romantycznie

W rzeczywistości jesteśmy trochę jako komedia, kiedy się przyszło po pierwszym akcie. Wszystko cacy, tylko nic się nie rozumie. – Julio Cortázar

Zastanawiam się skąd taki natłok propozycji filmowych wrzucanych potem do jednego kosza pod nazwą „komedia romantyczna”. Czy to odpowiedź na rzeczywiste zapotrzebowanie odbiorców, czy może raczej kreowanie pewnego gustu, który dopiero tworzy cały segment rynku, do którego kierowana jest taka oferta? Ot, takie powalentynkowe reminiscencje…

Być może jest tak, że nasze życie naprawdę przestało być zabawne. Rzeczywistość nas przytłacza więc wolimy od niej uciec choćby na te półtorej godziny spędzone za niemałe w końcu pieniądze przed wielkim ekranem. Wystarczyło, że w ofercie konkursowej Gazety pojawiły się dwa chodliwe tytuły („Oh, Karol 2” i „Jak pozbyć się cellulitu”) i posypały się odpowiedzi na pytania, mimo że wymagały pewnej inwencji. Zdecydowanie większe zainteresowanie niż każdym dotychczasowym hitem książkowym czy spektaklem teatralnym. Najwyraźniej nie chcemy rozmyślać i analizować. Chcemy, żeby było pięknie, lekko i przyjemnie. Kopciuszek usadowiony w realiach współczesnych, stare dobre baśnie, w których zło jest ukarane a dobro nagrodzone, marzenia o księciu i księżniczce – mamy te same oczekiwania, które mieli nasi przeodkowie, ale wyrażane w tej najoczywistszej współczesnej obrazkowej formie. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie sprzężenie zwrotne, które przy tej okazji powstaje. Otóż, o ile nasze prababcie nie musiały się raczej obawiać, że poczciwe bajania sprawią, że ich dzieci zechcą naśladować bajkowych bahaterów, o tyle my wszyscy musimy się już nad tym nieco zastanowić. I, co ciekawe, nie dotyczy to jedynie dzieci. Mocno polukrowany ekranowy świat może dość zauważalnie zepsuć nasze postrzeganie świata rzeczywistego. Odbywa się to na dwa sposoby – pierwszy i najoczywistszy to taki, że zaczynamy postrzegać realia nas otaczające w kategoriach filmowych. Wszystko się zatem jak w filmie poukłada, wszystko jakoś rozwiąże itp. Życie jednak daje nam w tym wypadku najczęściej bardzo bolesną lekcję. Niestety, nie zawsze skuteczną. Drugi, chyba bardziej niebezpieczny przejaw, to wręcz wyczuwalna zazdrość w stosunku do filmowych bohaterów, jeżdżących wspaniałymi brykami wtedy, gdy rzekomo im źle, stawiających domy, jak w „Ja wam pokażę”, w chwili gdy świat im się wali na głowę. A w nas, widzach, powstaje pytanie: Czemu my tak nie mamy? Jakoś i na brykę brak perspektyw i domu próżno wypatrywać, skoro nawet na miejsce pod niego nas nie stać. I rodzi się frustracja. Wykreowany cukierkowy świat, podświadomie staje się naszym celem, dążymy do niego i wpisujemy się we wszechogarniający strumień medialnej kreacji. Czego? Naszych gustów! Tworzone sztuczne potrzeby, lansowane mody i marki. Ustawiamy się po nie w niekończącej się kolejce. Kiedy niektóre uda nam się zdobyć, pojawią się kolejne propozycje z naszego (?) ekranowego świata. A to już nie jest śmieszne. Ani trochę.

Teraz przeszła mi przez głowę pewna myśl. Dlaczego wybrałem taki temat na felieton? Nie chodzę na te filmy, czasem okazyjnie obejrzę któryś „z drugiej ręki”, a jednak pozwoliłem sobie oceniać je w taki właśnie sposób… Sam nie wiem, jak to ugryźć. Może po prostu zatęskniłem za tematem błahym, lekkim i przyjemnym? Jeśli tak, to teraz mam za swoje. Jakoś mi nieprzyjemnie…

Published in: on 22/02/2011 at 6:06 am  Dodaj komentarz  

Pyrrusowe zwycięstwo, czyli rzecz o kreowaniu

Niełatwo mi napisać nowy tekst na ten temat. Moje obserwacje tego, co dzieje się wokół poprzedniego, dość żartobliwie polemizującego z tekstem radnego Michała Jaśnioka, zdają się potwierdzać to, że w im bardziej poważnym tonie będą moje dalsze wypowiedzi, tym poważniejszego kalibru będą oznaki niechęci ze strony… niechętnych oczywiście. Rozsyłane wśród „przyjaciół” maile z „odpowiednim” komentarzem, to część obowiązującego widać „rytuału”. Cóż, pozostaje mi się tylko uśmiechnąć. I będzie to, co zresztą zapowiedziałem, ostatni uśmiech w tej kwestii…

Radość Pyrrusa.

Uśmiechałbym się chętniej, gdyby dość histeryczne zachowania radnych Koalicji dla Gliwic Zygmunta Frankiewicza były jednorazową manifestacją frustracji czy jakichś innych pejoratywnych emocji. Niestety, stajemy wszyscy w obliczu kreowania bezprecedensowej w ostatnich latach sytuacji. Oczywiście w Gliwicach, bo naprawdę różnie z tym bywa w kraju. Obiecałem, że tekst ten będzie w maksymalnie możliwy sposób wyważony. Dotrzymam obietnicy i pozwolę sobie zacząć od wytknięcia bardzo poważnego błędu radnym obozu większościowego, którzy faktycznie, cytując Prezydenta Zygmunta Frankiewicza, „rozdzielili łupy między siebie”. W Prezydium nie ma przedstawiciela klubu Koalicji dla Gliwic. Podobnie przedstawia się sprawa w poszczególnych komisjach. Co więcej, czego się obawiałem, sytuacja trochę wymknęła się spod kontroli – na ostatniej sesji trend ten zdecydowanie był kontynuowany i przeforsowano kandydatury zarówno reprezentanta w Związku Miast Polskich jak i w KZK GOP. To dokładnie w taki sposób odnosi się pyrrusowe zwycięstwa! Zacznijmy od Prezydium i komisji RM. Wyobrażam sobie irytację i rozumiem pierwsze reakcje KdG ZF po samym fakcie, gdy, było nie było, jedna z dwóch najpoważniejszych sił w obecnej Radzie Miejskiej w sposób sztuczny zostaje przyblokowana i sklinczowana przez resztę składu i w ten sposób „napomniana” w kwestii jej obecnego statusu. I tu zapytam radnych, którzy o takim podziale zadecydowali: co Państwo wygraliście w ten sposób? Nieobecność kogokolwiek z KdG w składzie Prezydium naprawdę jest porażką i rzeczywiście pozostaje w niezgodzie z pewnymi standardami. Będzie przy tym rwacać nieraz jak przypadkowy rykoszet. A komisje? Kiedy ochłonąwszy, zastanowicie się, jak mało znaczący jest fakt owego „triumfu” w batalii o obsadę stanowisk ich przewodniczących, zrozumiecie również jak łatwo wjechaliście… w maliny. I znika powoli poczucie satysfakcji, prawda? Pyrrus ochłonąwszy po wielu bitwach stwierdził, że do następnej nie ma już siły. Wy jesteście dopiero po dwóch, ale o sprawy mimo wszystko nienajwyższej wagi. Możecie ochłonąć wcześniej. Bo po owych, koniec końców jedynie prestiżowych porażkach, Koalicja dla Gliwic przyjęła całkiem inną strategię. Niezwykle skuteczną i wynikającą z dużego doświadczenia. Tu jednak trafiamy w sedno tego, czego już nie powinniśmy akceptować właśnie ze względu na pewne obowiązujące standardy…

Kreowanie wroga publicznego.

Pewnego rodzaju przygotowywanie gruntu miało miejsce od chwili, kiedy poznaliśmy skład Rady Miejskiej. To wtedy w mediach zaczęły się pojawiać powtarzane pytania, czy i jaka współpraca w tej Radzie będzie możliwa. Pytania, podkreślę to, oczywiste. Podobnie oczywiste były pytania pod adresem większości, czy jest ona w stanie wznieść się dla dobra Gliwic ponad podziały, czy zechce współpracować z Prezydentem itd. Pojawiać się również zaczęły deklaracje, czy to ze strony Zbigniewa Wygody, czy innych radnych klubu PO, że oczywiście dobro miasta jest w tym wypadku najważniejsze, że w kwestiach niepodlegających dyskusji współpraca jest oczywista, itp., itd….

W tym momencie dla mnie stało się już oczywiste, że jest to ewidentne przygotowywanie przedpola do dalszej rozgrywki. Niby nic się nie działo, ale oto przed pierwszą sesją zaczęły się pojawiać pytania zatroskanych forumowiczów w rodzaju tego, czy PO zda egzamin z demokracji?, czy wzniesie się ponad partyjniactwo?, a także obwieszczanie wszem i wobec owego sprawdzianu z demokracji i wielkiej próby na najbliższej sesji. Jak napisał Szekspir, w tym szaleństwie jest metoda. Przewidując naprawdę do przewidzenia łatwą postawę radnych PO, PiS a także SLD, stworzono wrażenie, że oto właśnie ta grupa jest gremium całkowicie nieprzewidywalnym, takim, którego poszanowania dla „zasad”, „kultury politycznej”, „standardów” nie można być pewnym. Wśród obserwatorów delikatnie ale systematycznie zaczęto budować stan, który porównałbym z rezerwą z jaką obserwujemy kogoś, za kim idzie kiepska opinia. Równolegle zaczęły się pojawiać spekulacje na temat ewentualnego szybkiego odwołania Rady i nowych wyborów. Rzekomo miałoby to być niezbędne dla ratowania zdobyczy tego miasta i jego przyszłości. Oczywiście, teraz bardzo łatwo można mi zarzucić konstruowanie spiskowych teorii (na miarę gliwicką oczywiście), ale i dla mnie to, co dzieje się od niedawna w związku z pracami RM jest teorią spiskową, ukuwaną i przykrawaną na miarę potrzeb niektórych. Argumenty, jak argumenty – do jednych trafią, do innych nie. Ważne, żeby były, żeby przestrzeni publicznej nie zawłaszczyła tylko jedna opcja. Bo to właśnie nie mieści się w standardach demokracji.

Konkludując, wytworzył się swoisty stan entropii, w której jednak nie wszystkie procesy zachodzą spontanicznie.

Wszyscy się skarżą.

Wciąż i wszędzie. Gdziekolwiek nie pojawi się kawałek kamery czy mikrofonu, słyszymy prawdziwe rozdzieranie szat i narzekania na brak kultury, poszanowania dla standardów i tradycji, partyjniactwo i wiele innych rzeczy. Padają również oskarżenia. Bo jak nazwać posądzanie o działanie na szkodę miasta? Za łatwo padają, za często. Rzeczywiście wiele się zmieniło i Prezydent Frankiewicz i jego stronnictwo nie mają już tak komfortowej sytuacji jak przez prawie całą poprzednią kadencję. Wtedy wszystko było łatwiejsze. Prawdą jednak jest również to, że uważając Pana Prezydenta za naprawdę silnego człowieka i twardego, pragmatycznego polityka, czuję się niezręcznie słuchając, jak przyłącza się do takich głosów, legitymizuje je w zasadzie. Słuchałem całej sesji ostatniej oraz poprzedniej. Mam bardzo poważne zastrzeżenia co do zasadności wielu spośród zarzutów a już z całym przekonaniem nie potrafię zaakceptować rodzaju medialnej histerii wokół rzekomego szkodnictwa i braku kultury ze strony większości. Co do kultury politycznej, po dokładnym wysłuchaniu ostatniej sesji, z całym spokojem mogę wyciągnąć wnioski zgoła przeciwne. Wiem jedno, nie dzieje się nic takiego, co zwłaszcza na tym etapie upoważniałoby Pana Prezydenta do wpisywania się w głosy medialnej nagonki. Powiem więcej, nawet gdyby te zarzuty były naprawdę uzasadnione, widziałbym urząd Prezydenta wolny od takiej formy dyskredytowania Rady Miejskiej jako właśnie czegoś, co nie mieści się w standardach i z całą pewnością jest szkodliwe dla każdej przyszłej Rady a więc i dla miasta. Są przecież kwestie i spory ponad którymi musi być prezydent. Także u polityków KdG widziałbym chętnie więcej konstruktywnej politycznej walki w sytuacji wszak w polityce normalnej, w której jest się w mniejszości, a nie grania larum i montowania jakże polskiego pospolitego ruszenia.

W trzeciej części tekstu pozwolę sobie na własną analizę ostatniej sesji i owej burzy w szklance wody, która się wokół niej rozpętała.

 

Published in: on 15/02/2011 at 7:05 am  4 Komentarze  

Koniec kontredansa

Pan Dyrektor Paweł Gabara zareagował na kilka kolejnych tekstów formułujących krytykę pod adresem Gliwickiego Teatru Muzycznego, stylu działania Dyrekcji, oraz wartości artystycznej pracy tej instytucji. Zareagował, ale w momencie, w którym wydawało mu się, że pojedynek na słowa odbędzie się na terenie dobrze mu znanym, w którym od lat odnosił kolejne zwycięstwa, z kolejnymi adwersarzami. Ogólniki, efektowne sformułowania, gładko, lekko i przyjemnie. W efekcie kolejny przybór emocji spacyfikowany i rozlany na dyskusje pomniejsze. Polemika Pawła Gabary pojawiła się w momencie, kiedy dyskusja dotycząca GTM przeniosła się na inne gliwickie instytucje kultury. Zaczęliśmy dyskutować o wszystkim i o niczym. Czas skończyć tego kontredansa i wrócić do meritum…

Pozwolę sobie, polemizując z Dyrektorem Gabarą, przyjąć proponowaną przez niego formę. Zatem do rzeczy.

Porównywanie teatru dramatycznego i muzycznego (klasycznego). Porównywanie takie, jak twierdzi Pan Dyrektor, jest mylące. Dla mnie mylące zaś jest to jedno słowo „klasyczny” w odniesieniu do teatru muzycznego. Cóż ono oznacza? Może Pan sprecyzuje? Wydaje mi się, że u źródeł przemianowania marki (!) Operetka Śląska leżała między innymi chęć zamanifestowania pewnej próby wyjścia poza ramy owej „klasyczności”. Bo jeśli nie, po co było zabić Operetkę? Właśnie ten „Teatr Muzyczny” oznaczał pójście dalej i artystyczne poszukiwania! Otóż to, poszukiwania! Czyli to, czego między innymi oczekuję od teatru. I były takie. A teraz Pan kryje się za „klasycznym”, a dalej w swojej polemice robi Pan tarczę także z operetki, jako gatunku. Zapytam jednak Dyrektora Teatru Muzycznego: dlaczego w formule jaką sugeruje nazwa mieszczą się bardziej produkcje w rodzaju „Tango Piazzola” Anny Burzyńskiej w Słowackim, a nawet „Niech żyje bal” Teatru Zagłębia, mimo popularnej i trochę „pod publiczkę” (ale o to wszak chodzi!) formuły tego ostatniego? I pytanie drugie: co oferował Pan zatem Gliwicom, lansując markę „Teatr Muzyczny” dziesięć lat temu, skoro teraz broni się Pan operetką?

Z liczbą 240 przedstawień i 107 tysięcy widzów nie będę w tej chwili dyskutował. Wrócę do niej po przeanalizowaniu o jakich przedstawieniach mówimy. Rozumiem, że wliczamy w to spektakle przyjezdne. A może również imprezy masowe? Pytam tylko… Jedno jest dla mnie oczywiste, w kontekście finansowym – dodatkowa i bardzo pokaźna kwota, która, jeśli te dane odpowiadają rzeczywistości, wpływa do kasy GTM z biletów. Sformułowanie „niemal wszystkie przedstawienia odbyły się przy pełnej widowni” jest dla mnie oczywiste – wystarczy podzielić podaną liczbę widzów przez ilość przedstawień.

Trzy sceny. Przede wszystkim wypada najzupełniej serio podziękować Panu za krótkie résumé na ten temat. Znowu jednak Pana argumentacja budzi poważne wątpliwości. Oto, pisząc o scenie przy Nowym Świecie, wspomina Pan, że odbywają się tu przede wszystkim przedstawienia rodzimego zespołu. Wspaniale! Dalej pisze Pan: „Każde wpuszczenie na scenę innego podmiotu artystycznego odbywa się ze stratą dla zespołu rodzimego”. Sympatyczny to przejaw troski. Ale rodzi się pytanie. Jak ma się do „higieny artystycznej” (gratuluję świetnego sformułowania) taki np. fakt, że aż dwa ostatnie spektakle oparte są na formule „mam talent” i obsada w miażdżącej większości bierze się spoza rodzimego zespołu? Chodzi mi o aktorów przede wszystkim. „High School Musical” – jeśli dobrze pamiętam dwóch naszych aktorów (na zmianę) w drugoplanowej roli trenera koszykówki. Będzie Pan się bronił w tym miejscu młodzieżową tematyką. Dobrze, a niesławny „Ragtime”? A „Hair”? – zaciąg aktorski z innych scen przede wszystkim! To dotyczy prawie wszystkich nowych spektakli. Najmniej widzę w tym winy aktorów i solistów GTM. Po prostu przez paręnaście lat Pana kierowania tą instytucją nie stworzył Pan funkcjonalnego zespołu aktorskiego, gotowego do wyzwań. Taki zespół posiada np. Teatr Rozrywki i inne sceny, o czym Pan doskonale wie, będąc zmuszony do korzystania z ich pomocy. To, owszem, w teatrze normalne, ale w naszym Teatrze niestety zbyt częste. W sposób oczywisty przekłada się to także na wzrost kosztów produkcji i prezentacji produkcji GTM.

Jeśli o „Bajkę” chodzi. Nikt nie pisze o w pełni funkcjonalnej scenie w tym miejscu. Jednak, na litość boską, napisał pan koncepcję kino – teatru Bajka. Proszę zatem powiedzieć jakiż mamy tam teatr? Mamy kino to pewne i dobre, ale czy mamy tam teatr? Proszę mi go pokazać. A mógłby być (propozycja TNS jest nadal aktualna).

A co do Kina Amok. Ma Pan rację, możemy być dumni z tego, że go w Gliwicach mamy. Ale zarówno liczba seansów jak i ilość widzów dają jeszcze dość przestrzeni, aby to miejsce było prawdziwą świątynią gliwickiej kultury, w sensie trochę innym niż Pan ją rozumie. Wiele seansów odbywa się na małej sali. Nie wyklucza to równoległych prób, nie przekreśla możliwości prezentacji innych niż filmowe.

Jeśli o filmowych kontekstach… W ostatnim czasie więcej o GTM słychać nie dlatego, że to teatr, ale kolejna i bardzo droga fanaberia kierownika artystycznego polegająca na reżyserowaniu i produkowaniu filmów. Czyżby teatr się znudził? Czyżby był mniej medialny? Czyżby na produkcji i reżyserii filmów znali się Panowie lepiej niż na teatrze? Jeśli tak, może lepiej szukać szczęścia w Stolicy? Jaki konkretny i mierzalny efekt promocyjny osiągnęły wydane na produkcję tych filmów pieniądze? Późny seans w TVP II nie jest chyba najlepszym czasem antenowym?

Ruiny… To już inna sprawa. To prawdziwa klęska Pana i niestety także Gliwic. Że się nie da? Że nie można? Pan wybaczy, Panie Dyrektorze, od osoby zajmującej Pana stanowisko zawsze będę wymagał jednego przede wszystkim – wyobraźni.

Znikające obiekty. Tu Panie Dyrektorze, wybaczy Pan kolokwializm, szlag mnie trafił. W tej części Pana argumentacji prawdziwe jest tylko jedno: „Alternatywne i amatorskie środowiska twórcze Gliwic są zdenerwowane brakiem dostępu do dobrych miejsc prezentacji”. Reszta to, mówiąc delikatnie, kreatywna praca z prawdą. Najpierw prawda bez kontekstu – władze miasta chciały przejąć Kinoteatr „X” od Politechniki i tam umieścić Kino Amok. Deklarował Pan pełną współpracę ze studentami i udostępnienie im sceny a także zaplecza. Pomijając fakt, że już wiele rzeczy jedynie Pan deklarował, czy uważa Pan, że problem gliwickiej kultury, jak ją Pan ładnie nazwał „alternatywnej” dotyczy tylko i przede wszystkim środowiska akademickiego? Reszta to już bzdury. Studenci Panu nie zaufali? Studenci niewiele mieli do powiedzenia. Decydował Senat, który niewielką większością głosów pozostawił obiekt przy Politechnice. Dobrze się stało, odbyło się tam jeszcze wiele naprawdę dobrych rzeczy. Politechnika obiekt zamknęła i nie ma tam nic. To Pan nic nie słyszał? O remoncie? O tym, że będzie tam bardzo funkcjonalny i nowoczesny wydział architektury? To jest według Pana nic? Nie mogę się z tym zgodzić. Klub Garnizonowy. Nikt się nie zainteresował, że władze wojskowe go zamknęły. Panie Dyrektorze, taki już przywilej „władzy” o czym Pan zapewne dobrze wie. Nikt się nie interesował, bo co mieliśmy zrobić (środowiska alternatywne, które Pan w tym kontekście przywołuje)? Odkupić obiekt? Wyremontować i… Żarty?

Na koniec muszę jeszcze podkreślić coś, o czym nie wspomina Pan jakoś, ubolewając na Kinoteatrem „X”. Gdyby władze Politechniki zadecydowały o pozbyciu się obiektu, najnormalniej w świecie nie byłoby „Bajki” w formule jaką ma teraz. Wykonano w niej remont dlatego właśnie, że nie stało się to z „Iksem”. Zatem, jednego obiektu i tak by nie było w kulturalnej infrastrukturze. I jeszcze jedna uwaga – nie widzę żadnej potrzeby tworzenia jakiegoś obiektu dla „środowisk alternatywnych”. Mamy ich dość. Wystarczą dobre chęci. O te trudno, Pan wybaczy, najbardziej po Pana stronie.

Tego nie kocham, tego nie lubię. Uff… Panie Dyrektorze, znów Pan próbuje wygrać w swojej sprawie wiernych wielbicieli operetki? Muszę tu zacytować większy ustęp z Pana wypowiedzi: „Czy ktoś wielu tysiącom miłośników operetki powie, że to co lubią, nawet kochają, jest niedobre i należy to zlikwidować na rzecz sztuki alternatywnej? Czy budowanie takiej opozycji jest sensowne bez naruszania wrażliwych odczuć widzów różnej orientacji artystycznej? Czy budowanie takiej opozycji jest w ogóle potrzebne?” To typowe równanie w dół. Myślenie kategoriami rodem z Polsatu. Typowy i szkodliwy populizm mający zastąpić misję instytucji kultury.

A poza tym kto tak mówi? I kto buduje taką opozycję? Pan i to sztucznie, z potrzeby chwili. Sam obydwie ręce podnoszę za tym, aby operetka w Gliwicach była. To część naszej tradycji. Niech się Pan nie gniewa, ale chętnie pokazałbym tym miłośnikom operetkę w naprawdę doskonałym wykonaniu. Bez reżyserii, znów Pan wybaczy, Marii Sartovej, doskonale zagraną, po prostu dobrą. Może zaskoczę pana, ale bywałem na wielu i w różnych miejscach. Mało jest u nas dobrych przedstawień. O gustach się nie dyskutuje, Pan twierdzi. Nie zgadzam się z tym. Robi się nawet więcej – gusty się kształtuje! Mówi Pan o „rozszerzaniu przestrzeni dla kultury, a nie o wykluczaniu”. A o czym ja cały czas mówię, jeśli nie o rozszerzaniu? Aż tak dalece się nie rozumiemy?

Głęboka reforma GTM. Tak głęboka, że teatr ów naprawdę znajduje się w dołku! Wracamy do mojej poprzedniej argumentacji. Nie może Pan własnych artystów zamykać w garderobach. „Nie może stu artystów siedzieć w garderobach podczas gdy na scenie stoi jeden aktor niezależny”. Nie wiem jak naszego „aktora niezależnego” wytrzymały Teatr Korez, czy warszawska Stara Prochoffnia, ale wiem jedno, niech Pan zatrudni swoich artystów na takich warunkach, które pozwolą im poczuć satysfakcję, grać role największe, z Gliwic wystartować na inne sceny. Są tego warci, mają talent, wielkie możliwości i aspiracje. Jako Dyrektor, to Pan powinien stworzyć im przestrzeń a nie iść po linii najmniejszego oporu i sięgać po aktorów innych scen. A przynajmniej nie tak lekką ręką. Niech Pan stworzy swojemu zespołowi artystycznemu wyzwania, a dopiero wtedy przekona się jak wielkie rzeczy Ci ludzie mogą zrobić.

Panie Dyrektorze, reasumując, ja naprawdę dostrzegam sukcesy tych parunastu lat. Nie mogę jednak nie widzieć, że co najmniej od kilku lat, Pan i kierownik artystyczny nie macie już ani temu teatrowi, ani Gliwicom niczego do zaoferowania. Tracimy na tym wszyscy i traci na tym zespół, którego prestiżu nie może Pan budować na pochlebnej opinii Pana Kaczyńskiego i na towarzysko – zawodowych układach z jedną lub drugą sceną. Bo na tym też tracimy, czego dobrym przykładem jest porażka reżyserska i produkcyjna w przypadku „Hair”. Czas na zmiany. Nie na kolejny naprędce robiony make up. Król jest nagi. Czas na nową dyrekcję.

Pozwoliłem sobie tym razem na ustosunkowanie się do Pańskiego tekstu. Swoje zarzuty, już dużo bardziej konkretne, zaprezentuję w kolejnym wydaniu Gazety.

Published in: on 09/02/2011 at 7:46 am  Comments (1)  

Nie tragizujmy!

Nie jest dobrze, gdy ktoś z obsady przedstawienia wciela się w rolę mentora, dającego wykładnię tego, co widzowie mają przyjemność lub nieprzyjemność oglądać. Stało się jednak inaczej i jeden z aktorów pierwszego planu sesji – spektaklu zdecydował się złamać zasadę, zgodnie z którą nie tłumaczy się dowcipów, nie omawia własnych wierszy i nie mówi po spektaklu, co samemu się zagrało…

Autor ów chciałby widzieć siebie w roli jednego z aktorów greckiej tragedii. Przywołuje przy okazji pewne wyznaczniki, które o takiej kwalifikacji spektaklu miałyby decydować. Myli się. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z jedną z odmian commedia dell’arte. Bo, przede wszystkim, na pewno jest to komedia. Bo, po drugie, nie dostrzegam niezbędnego w takim przypadku konfliktu tragicznego, a jedynie usiłowanie (i to między innymi ze strony autora) konfliktu takiego wykreowania. Muszę go jednak zmartwić – jakkolwiek emocjonalny jest jego stosunek do kwestii, o których była mowa na sesji, żadna z tych spraw nie ma nawet znamion konfliktu tragicznego. Po trzecie wreszcie, typy ludzkie wykreowane w dell’arte są ponadczasowe i, jak się Państwo sami przekonają, bardziej pasują do tego spektaklu.

Do rzeczy jednak. Zajmijmy się maskami w naszej komedii… Te, jak wiemy, dzielą się na tragiczne i komiczne. Podobnie jak autor argumentacji pro tragicznej nie wskazał konkretnie swoich bohaterów, tak i ja posłużę się zaproponowaną przez niego formułą. W tym momencie jednak konieczna staje się pewna istotna uwaga. To wszystko, co autor napisał w odniesieniu do sesji, jest tylko jakimś biciem w tarabany bez podania jakichkolwiek konkretów. Oto mamy osoby skrzętnie skryte pod kryptonimami – maskami (dell’arte!), jest również ON (to jakieś specjalne podkreślenie wagi jednego z „bohaterów”, zastosowane przez autora), Chór (a jakże), który nie wiedzieć jakie ma zadanie, Fatum, oczywiście w jakiejś jego karykaturalnej formie, a do tego wszystkiego prezentacja kilku terminów z zakresu tematu (np. stychomytia, co akurat uważam za trafne uchwycenie istoty „dialogu radnych”). Wszystko pięknie, erudycyjnie, ale… Dla kogo? Tylko dla osób, które były na sesji, oglądały ją, lub obejrzą. Autor wszakże pamiętać powinien, że mieszkańcy, do których przecież swoje wywody kieruje, mają prawo interesować się (nawet głęboko!) życiem politycznym miasta, jednocześnie nie śledząc siedmiogodzinnych spektakli a la Krystian Lupa, że pozostaniemy przy teatralnych kontekstach. A dla nich owe maski – kryptonimy są zupełnie nieprzejrzyste. Choć przyznam jedno – swoją rolę zamierzoną spełniają. Sprawiają wrażenie, że działy się tam rzeczy przedziwne. Zważywszy natomiast na posadowienie aktora po określonej stronie politycznej areny, dla czytających wiadome ma być, że całą winę za ten stan rzeczy ponoszą ci ze strony przeciwnej. Z pełnym szacunkiem (podkreślam to, aby nie przeinaczono moich słów) i bez żadnej ironii uważam bowiem autora wersji pro tragicznej za znakomitego retora i bardzo sprawnego polityka i nie wierzę, aby jakiekolwiek sformułowanie czy argument w jego wywodach na jakimkolwiek forum były przypadkowe. Stąd właśnie wywodzę tezę, że taka forma przez autora była precyzyjnie zamierzona. Przy okazji zaś… Niektóre zastosowane zwroty retoryczne zdają się wynikać z głębokiego przeświadczenia o tym, że jednak wspomnianej transmisji nikt nie obejrzy. Oto bowiem Skarbnik… rwie włosy z głowy. To ironia? Ktokolwiek zna Pana Skarbnika, nawiasem mówiąc znakomitego fachowca, wie, że raczej w tej kwestii powinien być ostrożny. Również sformułowanie: „Ale to grecka tragedia, więc nie będzie reklam. W przerwie słychać tylko płacz widzów, jęki i zgrzytanie zębami z rozpaczy”, jest tyleż kwieciste, co bezpodstawne. Czas reklamowy w czasie każdej przerwy (tej rzeczywistej, w obradach) dalece bowiem przekracza standardy tv. Więc chyba jednak nie grecka tragedia… Koniec dygresji.

Wróćmy do masek. Scharakteryzuję kilka, których „nosicieli” (czasem kilkoro!) łatwo można znaleźć wśród uczestników sesji, a Czytelnikom pozostawię dopasowanie ich do właściwych osób. Co ciekawe, zapewne uda się to w stosunku do przedstawicieli każdej opcji. Ot, taka polityczno – literacka zabawa, bowiem jak jeszcze raz podkreślam, tekst zamieszczony przez autora na http://www.jasniok.pl w żadnym razie do niczego innego jak do literackiej zabawy się nie sprowadza.

Sam zaś, aby nie być gołosłowny, w najbliższym czasie spróbuję zaprezentować zgoła odmienną (wyważoną!!! – podkreślę) wersję wydarzeń z sali sesyjnej, bardzo jednak różną od tej lansowanej przez niektóre gliwickie media w ostatnich dniach. Zapraszam do lektury w najbliższym czasie – http://www.darjez.wordpress.com – zakładka PRZYSTANEK GLIWICE.

Czas powrócić do zabawy…

Comico inamorato – elegancik i galant, przedstawiciel raczej „świata młodych”. Robi trochę hałasu, ale jest dość bezbarwny. W dell’arte jest tym samym, co rodzynek w keksie. Ma swoją żeńską odpowiedniczkę. Ta jednak, w całej zawiłej intrydze jest jedynie marionetką.

Kolombina – uosobienie zuchwałości, sprytu i dowcipu. Ma jedną jeszcze cechę – nosi wiele różnych strojów, przybiera różne pozy. Zmienna jest. Typ kameleona?

Pierrot – bidula… Rozpacza tak bardzo, że aż maluje mu się łzę na policzku. Postać smutna, romantyczna.

Arlekin – najnormalniej błazen. Eksperci twierdzą, że jedna z najwdzięczniejszych do zagrania postaci. Równie łatwo można go oszukać, jak zostać przez niego oszukanym. Polityczne konotacje oczywiste…

Poliszynel – największy gbur w tym towarzystwie. Egoista, czasem nieludzki.

Capitano – pyszałkowaty chwalipięta. Robi dużo hałasu i… rejteruje w ostatnim momencie.

Pantalone – swoisty zwolennik teorii spiskowych. Lubi wtrącać się do polityki. Wszędzie, skubany, widzi zagrożenie, którego boi się wręcz panicznie.

To tylko niektóre zabawne postaci dell’ arte. Pośmiejmy się zatem, zmieniając klimat proponowany przez autora wersji „tragicznej”. Możemy sobie zorganizować prywatny casting i podstawić własnych faworytów pod każdą maskę. Tylko, na litość boską, bez obelg, ataków personalnych itp. Zachowajmy dystans i poczucie humoru. Tego uczy nas commedia dell’arte. Dlatego właśnie commedia dell’arte jest nam potrzebna!

I już dziś zapraszam do kolejnego tekstu na ten sam temat – już bardziej serio i bez literackich upiększeń.

 

Published in: on 06/02/2011 at 4:16 pm  3 Komentarze  

Dobrze nam przeciętnie

Gdy mam do czynienia z ludźmi przeciętnymi, chce mi się szczekać!”Anaïs Nin

Jak obliczyli specjaliści w USA, statystyczny obywatel tego państwa od 1990 do 2000 przytył aż o pięć kilogramów”. „Przeciętny Kowalski mając do wydania 1600 zł wybierze coś w tej cenie od Jamo, Sony, Magnata itp.” Tak, ale Kowalski nie musi być koniecznie Polakiem! Wystarczy, że pisze się przez „y” na końcu i „v” w środku. Zatem… „Jak podają statystyki, przeciętny Polak przeznacza na swoją ulubioną rozrywkę – czyli siedzenie przed telewizorem i ćwiczenie mięśni kciuka – 4 godziny.

Co łączy te informacje? Według jakiego klucza zacytowałem te właśnie zdania (Państwo wybaczą, że bez podania źródła)? Czy niosą ze sobą jakieś superważne przesłanie? Ależ oczywiście! Ty, Twoi bliscy, ja i moi bliscy tak naprawdę zupełnie się nie liczymy. Ta prosta prawda, zdaję sobie z tego sprawę, jest bardzo trudna do zaakceptowania. A jednak… Nie łudźmy się, dla instytucji, agencji, władz, wreszcie osób zawodowo zajmujących się ładowaniem nas w bambuko, najmniej istotne są potrzeby, a już tym bardziej cechy właśnie PRZECIĘTNEGO człowieka. „U nas liczy się klient!” Ten slogan rozbrzmiewa we wszystkich językach świata. Właśnie, nie Ty, nie ja, tylko klient…
Kto interesował się marketingiem wie, co to jest segmentacja rynku. Najkrócej, chodzi o połączenie potencjalnych klientów w grupy, do których można kierować odpowiednie strategie marketingowe. Czasem odbywa się to w sposób wręcz komiczny – może się spokojnie trafić segment określony jako „grupa łysiejących Afroamerykanów po trzydziestce, z problemami gastrycznymi, przebywająca na delegacjach służbowych w miejscowościach powyżej 15 tysięcy mieszkańców”. Potem dochodzą specyfikacje – w co wierzą, jaki mają kolor włosów, stan cywilny, jakim samochodem jeżdżą i na jaką odległość. I formułuje się potem reklamy mające skłonić owych „łysiejących Afroamerykanów” do zakupu akurat takiego szamponu z aloesem lub tak właśnie pachnących chusteczek. Nic dziwnego, bowiem grupa „łysiejących Kanadyjczyków” wymaga zupełnie innej strategii sprzedaży. I tak się to kręci. A kiedy czasem zdajemy sobie sprawę jak bardzo rozdęty jest ten w zasadzie pasożytniczy sektor gospodarki i jak bardzo wpływa na końcową cenę owego szamponu, którą właśnie my, PRZECIĘTNI KLIENCI musimy zapłacić, wolimy tę wiedzę wypierać i nadal komentować taki czy inny spot reklamowy. A pamięta jeszcze ktoś ów „sklep za rogiem”, poczciwy „jarzyniak”, w którym witani byliśmy właśnie MY, a nie „przeciętny” klient? „Dzień dobry, pani Kowalska! Co tam u syna? A mama już zdrowa?” Fajnie było, prawda? To jednak nie spełnia standardów narzuconych przez cywilizację hiper, mega, ultra, -plex, czy jak jeszcze ją określić. Zatem? Wiwat unifikacja! Przeciętny obywatel chce bowiem w dalszym ciągu funkcjonować w misternej sieci coraz bardziej przeciętnych, niestety, kreatorów reklamy i public relations. Najważniejsze, że się świeci i błyszczy. Show must go on!

Published in: on 03/02/2011 at 7:11 am  Dodaj komentarz