Czy polityka się zestarzeje?

O młodych mówiło się, że to oni zbudują nowy lepszy świat. Zawsze tak się mówi, po czym młodzi się starzeją i zostawiają następnym młodym ten sam świat, który oni zastali. Świat nie da się tak łatwo ruszyć z miejsca” – Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”

Pytanie wydaje się absurdalne. Ale ja zapewniam, że takie nie jest. Przyglądając się nasilającej się zewsząd przedwyborczej gorączce i obserwując zachowania nieraz ocierające się o fanfaronadę, cieszę się coraz bardziej, że polityka niewiele mnie interesuje. Nie potrafię się w niej rozeznać i może właśnie dlatego przyszło mi takie pytanie do głowy…

W Polsce starsi wyborcy nie wiadomo dlaczego nie cieszą się zbytnim poważaniem. Częste skojarzenia z pewną toruńską rozgłośnią radiową oraz pewnym nieefektownym nakryciem głowy są wprawdzie głęboko niesprawiedliwe, ale przecież niestety funkcjonują. Tymczasem za jakieś 30 lat wszystko się zmieni. Jeśli prawdziwe są (a są, jeśli prawdziwa jest matematyka) wyliczenia, że za parędziesiąt lat jeden człowiek będzie pracował na trzech, którzy okres aktywności zawodowej mają już za sobą, czeka nas prawdziwa społeczna rewolucja. W natłoku demograficznych i ekonomicznych (finansowych) danych jakoś umykają nam ciekawe reperkusje tej prawdy. Oto bowiem nagle znajdziemy się w sytuacji, w której dajmy na to takie PO czy PiS, aby wygrać wybory będzie musiało zawalczyć przede wszystkim o taki „nieprodukcyjny elektorat”. Idźmy dalej. Takiemu elektoratowi nie da się łatwo odmówić indeksacji uposażeń, zniżki na leki, darmowych przejazdów itp. I pomyśleć, że tych, którzy mają na to zapracować będzie coraz mniej. Będą musieli zasuwać więcej, aby zarobić na przywileje większości. Bunt będzie tu chyba rzeczą naturalną. Tylko że zgodnie z teorią, bunt ów będzie skazany na porażkę – rządzący będą musieli zdobywać głosy! Może ktoś powiedzieć, że to nie tak, że będzie postępować aktywizacja zawodowa ludzi starszych. Tak… Wiśta, wio łatwo powiedzieć, jak mawiał Andrzej Talar. Co zatem czeka ludzi starszych? Profesje drugiej kategorii? Stróży? Bileterów? Parkingowych? Wyobraźmy sobie bowiem kelnera pod 60-kę, kierowcę tira w podobnym wieku, policjanta, pilota itp. To absolutnie nie jest żadna złośliwość! To tylko zwrócenie uwagi na być może jedną z najtrudniejszych zmian cywilizacyjnych, przed którymi staniemy. Fantazjować można do woli, ale pewne jest jedno – nie będzie łatwo. Kasy będzie coraz mniej, bo trzeba będzie jej wydawać ogromne ilości, podczas gdy zarabiać nie będzie miał kto. Jakie formy przyjmie za lat parędziesiąt znany nam z dawien dawna konflikt pokoleń? Na jakie wstrząsy społeczne będą narażeni obywatele? Jak zamienić wszechobecny dziś kult młodości na zgoła odmienny model społeczny? Czy jedyną rządzącą partią będzie np. Partia Emerytów i Rencistów? Piszę to z wielką sympatią dla tej ostatniej, ponieważ bardzo prawdopodobne, że sam będę już wtedy jej aktywnym członkiem. A najzupełniej poważnie – trochę się obawiam. Czego? Prób restrykcyjnego traktowania owej większości, czegoś w rodzaju sankcjonowanego prawnie przymusu rezygnacji z czegoś, na co ci ludzie swoją pracą zasłużyli, ciągłego zamrażania świadczeń, utrudnień w korzystaniu ze swobód obywatelskich (vide np. obecne próby „reformowania” systemu emerytalnego). Ale jak? Przecież to będzie najważniejszy segment wyborców!
Skończę te dywagacje, bo nie wiem do czego mnie mój futuryzm doprowadzi. Może lepiej o tym nie myśleć w tej chwili. Coś mi się jednak zdaje, że przewidywana struktura wiekowa przyszłych społeczeństw może okazać się dla demokracji jedną z najtrudniejszych w historii prób. Konia z rzędem temu, kto w tej chwili znajdzie rozwiązanie takiego problemu. Dygresja ta naszła mnie przed wyborami. Kiedy zwalczać się będą obojętne mi w zasadzie stronnictwa (przepraszam wszystkie za szczerość) ja ze spokojem będę się temu przyglądał. Przecież przyszłość będzie moja!

 

Published in: on 31/01/2011 at 8:58 am  Dodaj komentarz  

Prawda w różnych opakowaniach

Kłamstwo nie różni się niczym od prawdy, prócz tego, że nią nie jest. – Stanisław Jerzy Lec

Może niektórzy znają anegdotkę o sułtanie, któremu przyśniło się, że stracił wszystkie zęby. Wezwał więc nieszczęśnik mędrca, który słynął z wyjątkowo dobrego tłumaczenia snów. Ten po poznaniu treści sennych marzeń, ze łzami w oczach załkał: „Władco mój, co za nieszczęście! Każdy ząb oznacza stratę jednego z bliskich! Co za straszna wiadomość!” Sułtan wpadł w furię, a tłumaczowi snów wypłacono sto batów…

Pojawił się kolejny ekspert. Wysłuchał uważnie snu. Rozpromienił się i wykrzyknął: „O wielki władco! Jakież szczęście cię spotyka! Będziesz żył dłużej niż każdy z twoich krewnych!”. Szczęśliwy sułtan wypłacił mu tyle złota, ile tłumacz sam ważył.

Chyba wszystko jasne, prawda? Wartość logiczna obu informacji jest taka sama. Wartość emocjonalna już nie. Czy zachowanie sułtana tak bardzo odbiega od zachowań, z którymi stykamy się na co dzień? Dziennikarze zapewne wiedzą najlepiej, jak bardzo niuans, drobna różnica w sformułowaniu, czy niewielki zabieg retoryczny, potrafią zmienić odbiór wiadomości. W rękach i ustach zręcznych fachowców zwykły komunikat potrafi być poważną bronią. Wydobywając mniej znaczący aspekt danej sprawy w umiejętny sposób można jej albo bardzo pomóc, albo, co naprawdę często się zdarza, pogrzebać ją dokumentnie.

Mawia się często, że prawda jest jedna. Na pewno? A może inaczej zadam pytanie – czy dziś tak naprawdę znaczenie ma prawda, czy raczej sposób podania jej implikacji? To właśnie ta sytuacja powoduje, że powstała potrzeba stworzenia zjawiska zwanego propagandą. Zauważyć warto, że dobra propaganda bardzo rzadko podaje kłamstwa zamiast faktów. Eksperci od public relations doskonale wiedzą, że w tym przypadku ludowa mądrość zawsze się sprawdza i kłamstwo ma krótkie nogi. Specjaliści owi, niczym drugi mędrzec z naszej anegdoty, ze znanego ogólnie faktu wybierają ten aspekt, który może być dla nich przydatny. W zależności od tego, po której stronie wojują, formułują pozytywny lub czarny przekaz. Znamy to zewsząd, nieprawdaż? Czasem dotyczy to spraw, w których jakakolwiek manipulacja budzi nasz zdecydowany protest. Domagamy się prawdy. Czasem jednak wydaje nam się, że są to kwestie błahe, nie warte naszego większego zainteresowania. Ot, taka mała propaganda sukcesu.

Na koniec jeszcze jeden przykład. Dwa wyimaginowane sposoby oprawienia w słowa jednego faktu. (Sięgam do historii, aby nie wywołać zbędnych dyskusji, choć faktów „pod ręką” jest wiele).

Królowa polskiej piosenki, wielka Irena Santor po raz kolejny wystąpi nie w Katowicach, Bytomiu, czy Zabrzu, ale w Gliwickim Teatrze Muzycznym”.

Gliwicki Teatr Muzyczny po raz kolejny proponuje nam występ dawnej gwiazdy, która na żadnej innej śląskiej scenie od dawna już nie występuje, jakby nie dostrzegając, że zmieniają się mody i dorastają nowi odbiorcy, którzy chcieliby nawet podczas sylwestrowej gali posłuchać czegoś bardziej uniwersalnego”.

Podkreślę na koniec swój wielki szacunek dla Ireny Santor. Owszem, przykład jest złośliwy, ale nie pod jej adresem. Jak zostanie odebrany? Nie wiem – zadecydują odbiorcy.

Published in: on 28/01/2011 at 8:09 am  Dodaj komentarz  

Po co nam Kobylarz? – wystawa Szymona Kobylarza w Czytelni Sztuki

Ktokolwiek ma jeszcze wątpliwości czy warto się wybrać do Czytelni Sztuki obejrzeć instalację Szymona Kobylarza, niech czym prędzej to uczyni. Warto, zdecydowanie warto, skonfrontować swoje wyobrażenia o sztuce współczesnej z propozycjami artysty. Dyskusje, które prowadzono z nim podczas wernisażu, a także te między gośćmi, w kuluarach, świadczą o tym, jak bardzo takie ekspozycje są w Gliwicach potrzebne.

Od sokratejskiej definicji sztuki, jako zwierciadła odbijającego jedynie to, co już widzimy, a więc odwzorowującego biernie świat rzeczywisty i niedającego żadnego efektu poznawczego, mieliśmy już co najmniej kilka estetycznych rewolucji. Pierwszym krokiem „małej rewolucji” było uznanie, że sztuka ukazując nam naszą własną postać, jednak jakąś wartość poznawczą niesie. Normalnie wszak siebie „nie widzimy”, a skoro sztuka jest lustrem… Mimesis jako kanon utrzymał się w zasadzie aż do wynalezienia fotografii. Dostrzeżono jego niewystarczalność. A od przyjęcia, że mimesis nie jest warunkiem wystarczającym dla istnienia sztuki, do odrzucenia go jako warunku koniecznego, był już tylko jeden krok. Przyszedł Kandinsky, nadeszła sztuka współczesna… Zaczęła się jazda!

Szymon Kobylarz zaproponował nam rozpoczęcie dialogu z nami samymi i z innymi. Taki inspirowany dialog wydaje się być jego celem nadrzędnym. Puszcza do nas przy tym oko dość wyraźnie, a przecież wielu spośród odwiedzających ekspozycję jednak tego nie dostrzegło! Toczona dyskusja momentami zaczęła nawet w warstwie argumentów przywoływać ustalenia naukowe! I chyba właśnie w tym momencie dotknęliśmy wszyscy tego fenomenu, o jakim mówił Kobylarz. Jego fascynują para i pseudonaukowe dyskusje, ludzie kupujący „bezpieczne lokalizacje” i budujący schrony własnego pomysłu, mające ich uratować przed, według nich, nieuniknionym końcem świata. Mnie z kolei zafascynowało to, jak łatwo i bez ostrej granicy koncepcja artysty z działania stricte plastycznego zaczęła dosłownie wypełzać poza granice tej dyscypliny. Dla mnie instalacja, spotkanie z jej autorem, dyskusje w trakcie, ale i po, zestawione z medialnym przekazem (i to wielopłaszczyznowym) zgrabnie przez Kobylarza wplecionym w całość, stały się arcyciekawym happeningiem. Brałem udział w spektaklu. W dodatku z bardzo jasno rysowanymi scenicznymi typami. Podobało mi się! Smakowało!

Czytelnia Sztuki najwyraźniej proponuje nam alfabet dla niektórych zupełnie nowego języka. Poznać go trzeba, jeśli w przestrzeniach sztuki nowoczesnej nie chcemy poruszać się po omacku.

Podsumowując, Drodzy Czytelnicy, wizyta w ratunkowej kapsule made in Kobylarz to doskonały krok. Dla jednych kolejny w ich wędrówce po kulturze, dla innych, wierzę w to, pierwszy w drodze do zrozumienia sztuki „tu i teraz”.

Koniec.

Published in: on 26/01/2011 at 7:43 am  Dodaj komentarz  

Gdzie po Raju?

W dużym uproszczeniu historia społeczeństwa jest historią dominacji mężczyzny nad kobietą. Doprawdy mało jest kultur, w których to matriarchat byłby obowiązującą formą cywilizacyjną. Taką sytuację determinowały pozornie obiektywne warunki. To mężczyzna jest silniejszy fizycznie, zatem walczy, zdobywa pożywienie, wybiera partnerkę i ma z nią potomstwo. Siłą rzeczy kobiecie pozostawały funkcje pośledniejsze, a tak ważna i wręcz pierwszorzędna społecznie rola jak macierzyństwo, była postrzegana jako obowiązek. Wiele się zmieniło…

Na szczęście. Nasze kobiety są naszymi partnerkami. Chyba nigdy dotąd to określenie tak bardzo nie odbiegało od wąsko postrzeganego partnerstwa w sensie seksualnym. Nie jest to łatwe partnerstwo. Z natury swojej nie może też być pełne, jeśli uważamy, że ogranicza się ono ewentualnie do sprawiedliwego podziału obowiązków. Zaryzykuję jednak twierdzenie, że światy mężczyzny i kobiety w swej istocie tak dalece różnią się od siebie, że pełna empatia i świadomość potrzeb partnera nie są możliwe. Być może jakąś formą reakcji na ten stan jest coraz wyraźniejsze zjawisko unifikacji płci. Jak się domyślacie, Drodzy Czytelnicy, nie chodzi tu bynajmniej o trzeciorzędowe cechy płciowe, ale o zmiany daleko głębsze i, jak sądzę, poważniejsze. W dużym uproszczeniu, mężczyźni niewieścieją a kobiety – mężnieją. Panowie dawno już pojęli np., że dość specyficzna woń zmęczonego, męskiego ciała nie zawsze bywa feromonem. Prawidłowo, ale za tym idą dziesiątki zabiegów kosmetycznych, solaria i inne przyjemności, kojarzące się już jednak zdecydowanie z kobietą. Mężczyzna metroseksualny. Wam, Drogie Czytelniczki, pozostawię ocenę jego atrakcyjności jako partnera. Pożartowałem sobie, ale nie o ten aspekt mi chodziło. Psychologowie alarmują – mężczyźni są coraz mniej odporni na stres, łatwo ulegają nerwicom, brak im determinacji, nie są w stanie zapewnić partnerce poczucia bezpieczeństwa. Nie bądźmy jednak nieobiektywni. Alarmujące wieści dobiegają do nas także ze świata kobiet. Nie chcą być matkami, nie zgadzają się na absolutnie absorbujące wychowywanie dzieci, a w sensie charakterologicznym są coraz bardziej zdeterminowane, świadome swojej siły i, nie bójmy się tego stwierdzenia, bezwzględne w dążeniu do założonych celów. Mężczyzna bywa dla nich coraz częściej środkiem (żeby nie powiedzieć narzędziem) do osiągnięcia tego celu.

Coraz mniej pozostaje wolnej przestrzeni dla emocji na styku tych dwóch światów. A nawet jeśli jest przestrzeń, brakuje czasu aby ją zagospodarować. Związki jakże często powstają naprędce, „skonstruowane” są niedbale i nie opierają się na trwałych wartościach, wypracowanych wspólnie. Bardzo możliwe zatem, że, daj Boże w dalekiej przyszłości, czeka nas społeczeństwo singli, łączących się dość przypadkowo na jakiś czas w takim czy innym celu (kontrakt?) Nawiasem mówiąc samo pojęcie singla jest ostatnio lansowane gdzie tylko można. I czy się mylę? Głównie przez kobiety.

Być może największą tragedią naszych dalekich w przyszłości potomków będzie głębokie wewnętrzne rozdarcie. Nie jesteśmy w stanie do końca uciec od własnej płci. Miliony lat ewolucji doprowadziły nie tylko do naszego obecnego wyglądu fizycznego, ale i do naszej teraźniejszej konstrukcji psychicznej. Męskość i kobiecość znaczą dla naszego gatunku prawdopodobnie więcej niż dziś jesteśmy w stanie pojąć. Nie zmienimy zatem pewnych rzeczy. Mężczyzna, który będzie „kosił” singielki jedną po drugiej, klecąc z niektórymi namiastki związku, zawsze podświadomie będzie tęsknił za kobietą, której mógłby pragnąć w innym wymiarze, wielbić (jakie niemodne słowo!), która będzie go potrafiła zmobilizować do rzeczy wielkich. Kobieta zaś, niemająca problemów z orgazmem (chwała niech będzie seksualnej rewolucji!), szefująca mężczyznom, spełniająca się pod każdym względem, nadal będzie ronić atawistyczną już być może łzę, oglądając koleje losu Scarlett czy słuchając wzruszającego duetu z Parasolek z Cherbourga. Piszę o symptomach. To na zewnątrz. A w środku głód, niespełnienie, pustka, której nawet zdefiniować może się nie dać. I reakcje – frustracje, ogólne rozdrażnienie, dewiacje, także w życiu społecznym.

Proszę się nie obawiać Drodzy Czytelnicy, to tylko taka sobie prywatna futurologia autora. Oczywiście tak nie będzie, oczywiście zwyciężą siły natury i głęboki humanizm człowieka. Oczywiście… A jednak… Adamie i Ewo, módlcie się za nami!

 

Published in: on 19/01/2011 at 12:47 am  Dodaj komentarz  

Kij w mrowisku

Porównywanie miasta do wielkiego mrowiska nie jest niczym nowym. Nawet pewne formy organizacji życia ludzkiej i mrówczej społeczności są bardzo zbieżne. Artykuł z ubiegłego tygodnia na temat Gliwickiego Teatru Muzycznego spowodował efekt podobny do przysłowiowego kija, włożonego w mrowisko. Dziś o pierwszych tego oznakach.

Posypały się reakcje, choć w Redakcji nie do końca w to wierzyliśmy. Okazało się tymczasem iż nie tylko autor tego tekstu ma wrażenie, że coś nie GRA tak, jak powinno, a przy okazji wyszło na jaw, że niezadowolonych z obecnego stanu rzeczy jest więcej niż można się było spodziewać. Zechcieli podzielić się z naszymi Czytelnikami swoimi refleksjami. Pierwszy zareagował poeta Lesław Nowara, który w dodatku miał okazję zetknąć się ze sprawami gliwickiej kultury od strony menedżerskiej, pełniąc, niestety chyba zbyt krótko, obowiązki naczelnika wydziału kultury. To cenny głos, zwłaszcza, że dotyka problemu w znacznie szerszym kontekście. Zwrócił się do Redakcji również Stefan Listosz. Skierował do nas pochwały za rozpoczęcie dyskusji, na którą już naprawdę święty czas. To pierwsi gliwiccy twórcy, którzy na tekst zareagowali. Do innych zwrócimy się bezpośrednio. Kontekst, już widać to wyraźnie, ustalają ludzie, dla których te sprawy nie mają jedynie marginalnego znaczenia.
Otrzymaliśmy również opinię jednego z pracowników GTM, który zastrzegł sobie anonimowość. Przytaczamy te jej fragmenty, które stanowią konkretne zarzuty i wątpliwości, mające związek z pracą GTM i jego Dyrekcji. Za tydzień smakowity kąsek – dwugłos w sprawie gliwickiej kultury. Lesław Nowara i Stefan Listosz zaprezentują obszernie swój punkt widzenia. Znając ich pióro można się spodziewać, że lektura będzie dla Państwa prawdziwą przyjemnością.
Spróbujemy również odpowiedzieć na pierwsze pytania: Ile kosztowała sama produkcja musicali „Ragtime” i „HSM” i ile razy spektakle owe były prezentowane? Czy i jakie kwoty zostały przekazane Gliwickiemu Teatrowi Muzycznemu z rezerwy budżetowej miasta, a zatem ile rzeczywiście kosztuje nas ta instytucja?
A oto opinia naszego Czytelnika:
Piszę od „wewnątrz”. Zdecydowanie popieram Pana opinię, że obecna dyrekcja GTM winna odejść. Na przestrzeni lat kierowania placówką przez Pawła Gabarę doszło do zbyt wielu nieprawidłowości, m.in. nietrafionych premier, które zbędnie obciążyły budżet miasta. Uważam, że najbardziej obciąża dyrekcję zlikwidowanie związków zawodowych, pod pretekstem restrukturyzacji. W ten sposób pozbyto się opozycji. Od tej pory nikt nie chroni pracowników. Czy jest to dopuszczalne? Po tzw. restrukturyzacji i zmianie szyldu Operetka Śląska na Teatr Muzyczny gwałtownie zmalała (i nadal maleje) liczebność chóru, orkiestry, solistów, baletu. Z czołowej polskiej sceny muzycznej zrobił się kameralny, prowincjonalny teatrzyk. Zmiana etatów na umowy fatalnie wpłynęła na psychikę artystów – odbiera im poczucie stabilności i finansowego bezpieczeństwa. Każdy, kto odważyłby się na głos krytyki, przestaje istnieć, albo artystycznie, albo w ogóle. Przykładem jest wyrzucenie dyrygenta Biernackiego. Uważam, że Teatr w nadmiernym stopniu stał się sceną impresaryjną, co przekłada się nie tylko na mniejszą ilość przedstawień, ale także na zarobki artystów. Zgadzam się również z opinią red. Jezierskiego, że działania szanownej dyrekcji nader często skupiają się na kreowaniu własnej osoby. A przy okazji na pobieraniu odpowiednich honorariów. Inny wątek: gdyby nie wsparcie zawodowej sceny, przez adeptów miejscowego studium wokalno – baletowego, sytuacja chóralno – baletowa byłaby katastrofalna. Trzeba jeszcze dodać, że w odróżnieniu od innych instytucji, załoga GTM nie ma żadnych osłon ani świadczeń socjalnych. Gliwicka scena stopniowo zanurza się w permanentnym marazmie. Dlatego, póki czas, konieczne są zmiany.
Takich głosów nie powinno się bagatelizować. Trudno sobie wyobrazić, aby zespół artystyczny tak sfrustrowany (o czym pisaliśmy obszernie również kilka miesięcy temu) był w stanie pracować na swoim najwyższym poziomie. Jak jest widzimy i słyszymy sami.

 

Published in: on 16/01/2011 at 8:30 pm  Dodaj komentarz  

Lubię to!

Rozpadające się iluzje boleśnie ranią – Anthony de Mello

„To moje pierwsze święta na facebooku! Jestem taki podekscytowany!” – napisał w jednym z postów na tymże szacownym forum jeden z moich przyjaciół. Żartował, to pewne! Pewne?

Aż wierzyć się nie chce jak wiele naszej aktywności przeniosło się do Internetu. Tej najcenniejszej, tej najbardziej kreatywnej, tej, która sprawia, że stajemy się społecznością. I nagle to, co w nas najlepszego i najbardziej ludzkiego służyć zaczyna budowaniu czegoś, co nosi np. miano portalu społecznościowego. Powstają więzi. Czy na pewno? Rodzą się przyjaźnie. Doprawdy? Poszerzamy grono naszych znajomych. Na pewno ich nie tracimy? Możemy się pochwalić lub wyżalić. Komu? Na koniec okazuje się, że nasze sprawy interesują tak wiele osób! Piszemy tak świetne posty, otrzymujemy tyle pozytywnych komentarzy! I? I kaplica, jak się to ujmuje popularnie. Bo wszystko to ściema, bo gra pozorów, w której mniej lub bardziej świadomie godzimy się uczestniczyć, wciągnęła nas już bez reszty. Ten sam zaprzyjaźniony dowcipny człowiek, widząc dziesiątki „lubię to!” pod postem zacytowanym przeze mnie na początku, dopisał autokomentarz: „dziękuję Duchowi Świętemu, że natchnął mnie i napisałem posta, który dał mi tyle lubię to!”. Z właściwą mu autoironią świetnie zażartował z całej sprawy. Mogę się pod tym tylko podpisać.  Mnie samemu przydarzyła się nieco inna zabawna sytuacja. Opowiem Państwu, aby podkreślić, jak bardzo relatywne są optymistyczne twierdzenia, które wcześniej wysuwałem.

Mawia się, że kogo nie ma w sieci ten nie istnieje. Wygląda na to, że ten paradoks zaczyna być boleśnie prawdziwy. Zatem na facebooku, który wszak ma liczne komunikacyjne zalety, ułatwiające prawdziwe kontakty, zamieściłem link do jednego z artykułów cyklu, w którym dziś mam zaszczyt zajmować uwagę naszych Czytelników. Ku mojej wielkiej radości, już po 5 minutach miałem pod postem aż 4 „lubię to!” kłamałbym, gdybym nie przyznał, że moje lico pokraśniało z zadowolenia. Ktoś nie dosyć, że tekst ów czytał, to jeszcze powziął opinię tak entuzjastyczną, że ta kazała mu się w ten lakoniczny wprawdzie ale miły sposób wypowiedzieć! Odpalam zatem panel administracyjny swojego blogu (www.darjez.wordpress.com) w nadziei, że rzeczywista liczba czytających już po niespełna 6 minutach będzie dużo większa niż te 4 osoby komentujące i… aż sapnąłem – tłuste, pękate „zero” w liczniku osób, które dziś odwiedziły bloga, kazało mi chwilę podumać nad rzeczywistym przesłaniem tego znaczącego faktu. Dalszym ciągiem tego procesu jest niniejszy tekst, który, i owszem, znowu na facebooku podlinkuję.
Spoważniejmy na koniec. Nie dopuśćmy do tego, aby nasze przyjaźnie znajdować musiały dla siebie przestrzeń wirtualną. Nie każmy naszym przyjaciołom wnioskować o naszej dla nich sympatii z takich czy innych komentarzy. To fajna zabawa do czasu, gdy nie odsuwa podstępnie spraw realnych na plan dalszy. We współczesnym świecie najgroźniejsze są te iluzje, które tworzymy sobie sami. Nie potrafimy się od nich potem uwolnić.

Nie lubię tego!

 

Published in: on 12/01/2011 at 11:07 am  2 Komentarze  

W nowym roku… stary GTM?

Póki co, właśnie na to się zanosi i rzecz w tym, że w naszym wspólnym interesie za nic nie powinniśmy do tego dopuścić. Instytucja pod nazwą Gliwicki Teatr Muzyczny zbyt wiele kosztuje nas wszystkich, abyśmy mogli nad jej obecną kondycją przejść do porządku dziennego.
Na początku z pełnym przekonaniem stwierdzę, że wysokość przeznaczanych przez Miasto funduszy (w projekcie budżetu na 2011 rok w dziale 921 w pozycji Teatry znajduje się kwota 8 mln 418 tys. zł) zdecydowanie nie znajduje odzwierciedlenia w marnej wartości proponowanych przez GTM przedsięwzięć. Chcemy czy nie, współczesny teatr jako instytucja musi nie tylko być w przestrzeni kulturalnej, ale również ją kreować. Dotyczy to zwłaszcza mniejszych środowisk, a do takich z całą pewnością zaliczają się Gliwice i sąsiednie Zabrze. Jak zwykle na papierze wygląda to wszystko nieźle. Festiwale: Gliwickie Spotkania Teatralne, Dziecięce Spotkania Teatralne, dwie premiery w ostatnim roku, wyjazdy w te same wciąż miejsca, współudział w organizacji Jazz Sessions czy Nocy Świętojańskich, dwa filmy dokumentalne, promujące Gliwice – jeszcze można by wymieniać. Ale przyjrzyjmy się po kolei, z pominięciem festiwalu spektakli dla dzieci, bo to zupełnie inna jakość i poziom dość przyzwoity. Nasz sztandarowy festiwal, owszem, odbywa się i pewnie odbywał się będzie, ale jego formuła nieznacznie tylko ewoluuje, a jego wartość ogranicza się do zaprezentowania mniej lub bardziej udanego (niestety coraz częściej mniej) zestawu spektakli bardzo często wciąż z tych samych matryc. Wszyscy oczywiście chętnie przyjeżdżają, bo czemu nie przyjechać po łatwą kasę, ale sam festiwal nie wnosi zupełnie nic do szeroko pojętego życia teatralnego.
Ostatnie duże premiery. „HSM” i „Hair”. Pierwsza udana, druga niestety artystycznie była tym samym, co kulinarnie podanie w poniedziałek spaghetti bolognese tylko dlatego, że w sobotę i w niedzielę już było i wszystkim smakowało. Porażka, podobnie jak budowanie koncepcji kolejnych spektakli na młodym zaciągu z całego kraju, zbieranym na castingach. Zatem formuła „Mam talent” przeniesiona na teatralne deski. Wszystko dobrze, tylko że młodzi aktorzy dyspozycyjni są tylko podczas przerw w nauce. Spektakl, nawet udany, nie żyje swoim życiem, nie funkcjonuje w środowisku, „bywa” tylko. Chyba nie do końca o to chodzi. A jak ma się to do wykreowania własnego zespołu aktorskiego na najwyższym poziomie? Jak jest, wiemy – każda poważna premiera wymaga kolejnych zaciągów. To normalne, gwiazdy zatrudnia się wszędzie, spójrzmy jednak na obsady kilku ostatnich premier i wyciągnijmy wnioski.
Inne imprezy… Chylę czoła przed Impresariatem GTM. W rzeczywistości, którą nie do końca może kreować, radzi sobie naprawdę dobrze. Wiele przedsięwzięć w Ruinach, na placu Krakowskim itp., zostało zrealizowanych naprawdę z rozmachem. Tylko nie mylmy działalności impresaryjnej z koncepcją artystyczną TEATRU. Za tę odpowiadają dwie osoby – dyrektor Paweł Gabara i kierownik artystyczny Krzysztof Korwin Piotrowski. Dyrektor Gabara sprawuje swoją funkcję od 1998 roku. Potwornie długo, zważywszy na specyfikę branży, w której dyrektoruje. Nawet wielki Schiller nie zagrzał tak długo nigdzie miejsca. Niestety, w przypadku GTM brak jakiejkolwiek świeżości i wrażliwości na nowe trendy i zmieniającą się rzeczywistość skutkuje stagnacją bliską już obumieraniu. Ani trochę nie ma w tym przesady. Krzysztof Korwin Piotrowski w ostatnim czasie najwięcej energii poświęcał filmom o Różewiczu i Pszoniaku. Swoje zdanie o pierwszym wyraziłem, drugiego nie widziałem, ale uważam, że rola kierownika artystycznego TEATRU polega na czym innym. Filmy reżyserowane przez Piotrowskiego być może są potrzebne Gliwicom, ale z całą pewnością potrzebne są ich reżyserowi do promocji własnej osoby. Gdyby działo się to w strukturach jakieś gliwickiej wytwórni filmowej, sprawę zasadności takiej produkcji zostawiłbym samemu rynkowi. W strukturach GTM mam jednak prawo od kierownika artystycznego żądać jasnych, czytelnych, artystycznych koncepcji.
Tematu GTM nie zostawię. To pierwszy artykuł z cyklu kilku, które przygotuję w najbliższym czasie. Zapytam o bilanse ostatnich produkcji GTM od „Ragtime” począwszy, zasięgnę opinii wielu innych osób ze świata gliwickiej kultury, mediów i spośród widzów, porównam osiągnięcia GTM z innymi podobnymi placówkami. Z całą pewnością pojawią się również pytania bardzo niewygodne: dlaczego aktorzy GTM nie są zatrudniani w innych teatrach, a kreacji gościnnych na naszych deskach jest, hmm, zbyt dużo? Czemu służą ostatnie inwestycje motoryzacyjne Dyrekcji i jak przysłużą się gliwickiej kulturze? Naszych Czytelników zapraszam do wyrażania własnych opinii, polecając również tekst „Quo vadis GTM”, który przypomnę na www.darjez.wordpress.com
Najciekawsze Państwa komentarze z radością opublikuję.
Czas na zmiany w gliwickiej kulturze. Zacząć należy od jej okrętu flagowego, który chyba już zbyt długo stoi na mieliźnie.

Published in: on 05/01/2011 at 8:44 am  Dodaj komentarz  

Quo vadis, GTM?

Najkrótsza droga wiedzie na manowce; najdłuższa – z powrotem. – Władysław Grzeszczyk

Chciałoby się hamletowsko stwierdzić – oto jest pytanie. Nie można, bowiem konieczność uzyskania odpowiedzi zaczyna być powoli co najmniej nagląca. Dlaczego? Bo jeszcze jest czas go z drogi zawrócić. Kto powinien to zrobić? Podmiot finansujący jego działalność z całą pewnością.

Dwie premiery. „High School Musical” i „Hair”. Odmienne, choć przyznać trzeba, że jakby z jednej matrycy. Jakby zapomniano gdzieś, że patentu na sukces nie ma, a teatr jest wręcz idealnym tego faktu potwierdzeniem. Nie wystarczy zwołać pospolitego ruszenia młodych lwów z całego kraju, zatrudnić reżysera, który (jakież to ryzykowne!) robił już tego kotleta w innej teatralnej kuchni, puścić oko do młodych gniewnych, dać „trochę pupy, trochę lufy” i czekać aż pieczone gołąbki same do gabki… Gliwicki Teatr Muzyczny zaryzykował i… gołąbków nie będzie! Spektakl jest, wybaczcie Drodzy Widzowie o odmiennym zdaniu, po prostu kiepski. Nie zastanawiajmy się, co go ratuje, czy finał był udany, jak grała wschodząca (daj Boże!) gwiazda polskiego teatru. Był kiepski i, niestety, do prawdziwości, świeżości i chyba jednak sukcesu HSM na pewno nie doszlusuje. Decyzje repertuarowe. Chyba trudno nimi wszystkim dogodzić. Nie będę pytał, znając anegdotę o przypadkowo zobaczonej płycie z HSM, jakie było źródło inspiracji w kwestii wyboru akurat „Hair”. Może po prostu wolę nie znać odpowiedzi. Wiem tylko jedno, w wersji, jaką zaproponował nam reżyser, jakoś nie wyobrażam sobie nauczycieli biorących na spektakl swoich uczniów (rodzice!), a prawdziwi „młodzi gniewni” mogą się najwyżej sceniczną prawdą ubawić. Gliwickim „włosom” stało się coś w teatrze najgorszego – rozczochrały się gdzieś między prawdą a naiwnością tych, co to sądzą, że są z czupurną młodością za pan brat. Zostawię je samym sobie. Mam tylko nadzieję, że nie powtórzą losu nie tak dawnego prawdziwego repertuarowego wygłupu, jakim był (drogi!) „Ragtime”? Kto go pamięta? A kasa popłynęła aż miło!
Gdzieś tam, chyba na gazeta.pl przeczytałem, że GTM idzie za ciosem (!) i po sukcesach (!) HSM i H mamy „Dialog”, nowy projekt Leszka Mądzika. Poszedłem przez wielki szacunek dla wielkiego mistrza. Żałuję. Cechą wielkości jest umiejętność pozostawienia przestrzeni i ustąpienia miejsca nowemu, jeśli nie ma się już nic do dodania. Leszek Mądzik chyba jej nie posiadł. Dość powiedzieć, że oklaski przy okazji wręczenia przez prezydenta miasta nagrody za „bycie w ruinie” (wtajemniczeni pojmą ten skrót myślowy) dalece przewyższały te po spektaklu. To akurat mnie ucieszyło – widzowie nie poszli do teatru tylko na nazwisko. Swoją drogą tych, którzy nie widzą, jak bardzo wypaliła nam się formuła Gliwickich Spotkań Teatralnych, zapraszam do dyskusji w wybranym miejscu i o dowolnej porze. Mamy jeden z bardziej rozdętych w czasie festiwali w kraju, ale lekko to wszystko trąci awangardą spóźnioną zawsze o dwa, trzy sezony i, wybaczcie gliwiczanie, prowincjonalnością.
Czepiam się. A jakże, właśnie tak! Jako kto? Jako widz! Bo taka już jest istota sztuki, kultury w ogóle, że się jej czepiają. Czy będzie lepiej? A czort jeden wie, skoro, ponoć w ramach oczyszczania atmosfery, nie tak dawno pozbyto się z teatru jednego z jego najlepiej rokujących pracowników artystycznych. Zgadzam się, zwolnienia i stosowne podziękowania są niezbędne, ale czy aby na pewno dotyczą właściwej osoby?
Na koniec konkurs dla Czytelników. Wymaga trochę wysiłku. Funduję ekskluzywną nagrodę książkową dla osoby, która wskaże trzy teatry, w których dyrektor i kierownik artystyczny dłużej zajmują swoje stanowisko? Odpowiedzi na wiadomy adres.
Czy to jest atak personalny? Ależ oczywiście! Na osoby, które odpowiadają za stan rzeczy, który mnie nie odpowiada. Koniec sezonu teatralnego tuż. Ale show must go on!

Published in: on 05/01/2011 at 8:00 am  Dodaj komentarz  

Nieopierzony i nieubrany

Człowiek jest to istota żywa, dwunożna, nieopierzona” – Platon

Oto jest człowiek Platona!” krzyknął w Likejonie Diogenes z Synopy, jak powiedzielibyśmy dziś, frontman szkoły cyników, aby obalić skądinąd przecież prawdziwą definicję wielkiego Platona. Krzyknął tak, rzucając przed zebranych… oskubanego koguta.

Ależ cynik z tego Diogenesa! Prasnął kogutem i wyszła naga prawda. No właśnie, naga… Zastanawiali się Państwo kiedyś jak wiele wyrażeń z samego aktu odarcia, obnażenia, czyni akt manifestacji szczerości intencji i prawdy? Wspomniana już „naga prawda”. Ale również „król jest nagi”, „nagie fakty”, „obnażyć prawdziwe intencje” itp. Co może to oznaczać? To przede wszystkim, że gdzieś podświadomie wiemy, że nasz ubiór może zakrywać nie tylko wstyd (w sensie dosłownym przyrodzenie), ale również prawdziwy charakter, nagą prawdę właśnie. Po poznaniu tego, czego poznawać nie było wolno, Adam i Ewa dostrzegli swoją nagość. Dla wielu zagadką jest co takiego „poznali”, że zaczęli się wstydzić, niemniej jednak jest faktem, że było to coś tak drastycznego, że zaskutkowało powstaniem instytucji „figowego listka”. Tenże listek ewoluował z kolei przez tysiąclecia, dochodząc do form Versace, Triumph (tu puszczam oczko!) i setek innych. Ubranie, które u początków (Państwo pozwolą, że za takie uznam okrycia w postaci zwierzęcych skór, skoro wygnane z Edenu biedactwa nie mogły się już cieszyć ciepełkiem i wspomniany listek figowy przestał wystarczać) miało tylko chronić przed chłodem i drobnymi urazami, zaczęło ewoluować. A człowiek wraz z nim. Niestety homo sapiens niekoniecznie w dobrym kierunku. Bo co się stało? Nagle niektórzy co znaczniejsi z nas (znaczenie owo wynikało z dystrybucji władzy) uparli się, aby także ich ubranie odznaczało się na tle innych, siermiężnych. Po czym dziecko rozpoznaje króla? Po koronie (nakrycie głowy!) i po szacie. Tak samo przecież dość szybko, po samym stroju, potrafi określić błazna, urzędnika, ale również żebraka. I co? I klops! Nasz strój stał się swego rodzaju kodem pozawerbalnym, który stanowi jakby naszą wizytówkę. Uwaga, w niektórych przypadkach pierwszoplanową! Macie wątpliwości? Zatem zapytam, twarzom ilu kloszardów w potarganych, nie pierwszej świeżości ubraniach, uważnie się Państwo przyjrzeli? No właśnie. Pójdę dalej. „Ale elegancki facet! Za tę marynarkę wybulił chyba z tysiaka!”. Czy taki facet może być byle kim? Absolutnie! A ile razy czujemy się wręcz onieśmieleni samym wyglądem naszego rozmówcy, którego ciuchy kosztują więcej niż nasza miesięczna pensja? Bez przesady, nie mówię o strachu, ale szacunku można nabrać, prawda? Czym zatem jest nasze ubranie dziś? Kodem pozajęzykowym czy kolejną maską? Obstawiam to drugie. I myślę, że to dlatego właśnie w kanonie wielu subkultur, przynajmniej u początku, pojawia się niedbałość o strój, jego celowa nieefektowność, zwyczajność. „Nie szata zdobi człowieka” mówi jedno z bardziej znanych przysłów. A po co powstałoby, gdyby nie trzeba było nas przekonywać o tym, że liczy się to, co pod „szatą”? Nic w języku, w kulturze, nie bierze się z niczego. Pogódźmy się z tym, że ubranie służy nam do naszych małych mistyfikacji. Niegroźnych przecież, jeśli wszyscy będziemy pamiętać, że nie może być ono argumentem decydującym w naszej percepcji drugiego człowieka.
Jak wygląda na przykład urzędnik jeśli go rozbierzemy? Namawiam do obejrzenia słynnych, choć słabiutkich artystycznie „Golasów”. Dla mnie ten film, pokazujący urzędników biura podczas codziennych zajęć, sprawdził się jako eksperyment. Odarci z „urzędniczych” ciuszków, pozbawieni kamuflażu stali się… nami.
Skąd mi się zebrało? Ano, wiosna przyjdzie prędko. Po niej lato. Po kolei trzeba będzie zrzucać szmatki, a wraz z tym pojawią się wyzwania związane z maskowaniem pewnych, nazwijmy to, drobnych mankamentów. Trzeba się wysilić trochę, bowiem, co by nie mówić, Anthony de Mello miał rację – „ubranie trzeba skroić na miarę człowieka, a nie człowieka na miarę ubrania”.

 

Published in: on 03/01/2011 at 8:34 am  Dodaj komentarz