Czy się wychylać?

Bez wiary potykamy się o źdźbło słomy, z wiarą przenosimy góry.  Soren Kierkegaard

Ponoć najważniejszy jest dobry pomysł. W takim właśnie przekonaniu próbują nas utwierdzić co rusz to inne osoby z różnych organizacji i z różnego szczebla władzy. Gdyby nie to, że niektórzy próbują te zapewnienia zdyskontować, łatwo dałoby się w to uwierzyć.

A jak jest w praktyce? To chyba dość istotne, bo przecież Polacy słyną z mnogości recept na wszelkie bolączki i rewelacyjnych pomysłów tam, gdzie wydaje się, niczego już wymyślić nie można. I piszę te słowa bez ironii. No więc, jak jest w praktyce?

Cóż, odpowiedź na to pytanie będzie złożona. Załóżmy bowiem, że autor tego artykułu coś sobie ubzdurał. Załóżmy również, że większość tych, którym o swoich mrzonkach opowiedział, bardzo wysoko oceniła jego pomysły. Załóżmy również, że wypowiedziało się o tym pozytywnie „niezależne grono ekspertów”. Co ma autor zrobić w tej sytuacji? No przecież się nie wycofa! Spisze swoje rewelacje na parunastu stronach formatu A4 i uda się z nimi do właściwej instancji, we właściwej instytucji, której akurat dana dziedzina działalności podlega. Tu spotka go solidna porcja marchewki i to wcale nieźle utartej (nawet z cytrynką i cukrem do smaku!). Oto dowie się, że właśnie na podobne inicjatywy ta instytucja liczy, zostanie również zapewniony, że z racji rozlicznych walorów, jego projekt zostanie rozpatrzony szczególnie szybko. I rozpocznie się pełne nadziei oczekiwanie na reakcje i propozycje załatwienia sprawy. Dodajmy od razu – długie oczekiwanie. Ale czy to dziwne? Tak wartościowe, przemyślane i przez to skomplikowane projekty muszą swoje odleżeć. Ta właśnie długa procedura rozpatrywania ich, poniekąd świadczy o ich nieprzeciętnej wartości! Tyle, że w autorze artykułu nagle budzi się niepewność. Obawy wręcz i to tym bardziej uzasadnione, że mimo licznych dobrych rad a czasem wręcz apeli (było nawet swego czasu „na litość boską!”) o to, by niesforny autor zarejestrował swoją działalność, lokując się przezornie w jakimś tam sektorze organizacji pozarządowych, ten zignorował zbawienne rady, ponad nie przekładając własną wygodę i samolubnie tłumacząc tę skandaliczną decyzję brakiem czasu na zajmowanie się sprawami biurowymi, księgowością, raportami rocznymi, walnymi zgromadzeniami i wszystkimi innymi niezwykle poważnymi atrybutami społecznej praworządności. A więc to tak?! Własna wygoda i prywata kieruje autorem?! Zatem słusznie się skubaniec obawiał, rzeczowe pismo pozbawia go złudzeń i płonnych nadziei na pobłażliwość systemu dla jednostkowego przypadku. Na nic pomysły, jeśli nie pochodzą od namaszczonych podmiotów…

Zostawmy już założenia. Nie byłem zaskoczony. Znam przepisy i tylko co jakiś czas sonduję ich społeczną użyteczność. I co wynika z tych okresowych badań? Ano przykra diagnoza. Nie jesteśmy trendy. Rozumiejąc konieczność kontrolowania rozchodzenia się społecznych środków, nie potrafię mimo wszystko pojąć, że w tym kraju, aby coś naprawdę zrobić, trzeba się określić organizacyjnie, obłożyć statutami, niezbędnymi wpisami itp. Okazuje się, że bez tego nawet „współorganizować” nie można. Znaczy współpracować nie można, sprecyzujmy. Po prostu „nie ma prawnych możliwości dofinansowania”.

Zastanawiałem się czy to napisać. A co mi tam, napiszę! Kilka dni po takiej wykładni okazuje się, że… jednak można współpracować, można być partnerem nawet i w dodatku zachować status pomysłodawcy. I to nawet z większymi funduszami niż te, na które określone były wcześniejsze propozycje. Dlaczego? Nie wiem. Przychodzi mi na myśl tylko jedna odpowiedź – dzieje się tak tylko wtedy, gdy tzw. społeczne zapotrzebowanie zbiega się z potrzebą instytucji, w której gestii leży decyzja o być albo nie być danego projektu. Wypada się z tym pogodzić? Nigdy!

Czy tak być musi? Nie mnie odpowiadać. Wiem jedno. Nawiązując współpracę z bardzo poważną francuską instytucją (tak, z aspektem finansowym, rozliczeniami itp.) nie miałem żadnych problemów. Poczułem się nawet Europejczykiem, któremu się ufa, którego traktuje się podmiotowo i którego podpis jedynie wystarczy by uruchomić procedury i środki. I nagle doznałem olśnienia. W Polsce mam być Polakiem. Europa jest za Odrą.

Published in: on 08/12/2010 at 5:11 pm  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://darjez.wordpress.com/2010/12/08/czy-sie-wychylac/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: