Młodzieżowa Akadmia Teatralna – odrzucony projekt

Zamieszczony poniżej link do dokumentu jest uzupełnieniem tekstu pt. „Dotacje, czy urzędniczy samosąd?” zamieszczonego na www.info-poster.eu. Zapoznanie się z dokumentem umożliwi ocenę wartości „merytorycznego” procesu rozpatrywania wniosków o dotacje.

teatr po DJ

Published in: on 22/08/2012 at 9:06 am  Comments (1)  

A taka ciekawostka…

Cóż, moda na screeny i inne „dokumenty” pewnie szybko nie minie. Na pewno jednak nie publikowałbym powyższego, gdyby nie bufonada spod znaku „Kocham Gliwice”. Okazuje się, że w Gliwicach wydarzeniem dnia może być np. moja pozytywna odpowiedź na zaproszenie p. Marka Berezowskiego na Facebooku. No cóż, jakie człek ma horyzonty, takie rzeczy dla niego ważne. No to zrewanżowałem się „udokumentowanym” akcesem Pani Niny Drzewieckiej do grona lubiących… InfoPoster. Ot, takie towarzyskie przeszpiegi albo chęć podpatrzenia, jak się to u lepszych robi:))

Po tymże „okazaniu” Pani Nina grono przyjaciół opuściła. Bez żalu po żadnej stronie, jak mniemam:)

Published in: on 26/07/2012 at 8:29 pm  Comments (3)  

Po co jest Facebook w Urzędzie Miejskim?

Są rzeczy, które zdecydowanie nadają się do mediów, ale są i takie, które nie mają wystarczającej wagi, choć nie znaczy to, rzecz jasna, że nie należy ich przedstawiać. Zwłaszcza wtedy, gdy świadczą o złych praktykach tam, gdzie należy oczekiwać tych najlepszych.

Z tytułu wynika, że chodzi o Urząd Miejski. Oczywiście nasz, gliwicki. Z uśmiechem raczej dobrotliwym, niż złośliwym przedstawiam dziś prawdziwy rarytas. Rzecz dzieje się na prywatnym profilu jednej z urzędniczek (w godzinach pracy, bowiem nie śmiałbym tu zajmować się jej czasem prywatnym), którą to urzędniczkę wdzięcznym zapytaniem nagabuje radny Koalicji dla Gliwic Jan Pająk. Urzędniczka najwyraźniej jest zajęta, bowiem po dość długim czasie odpowiada za nią (rzecz jasna w godzinach pracy)… kierująca Promocją Nina Drzewiecka. Pan Jan, jak widzimy, nie traci rezonu i ucieka w dość filozoficzną i nieodgadnioną frazę…

Rzecz cała dzieje się w poniedziałek, a więc tuż po powrocie Pani Drzewieckiej z delegacji. Jak widać promocja miasta jest bardzo absorbująca… Pozostając w żartobliwym, wakacyjnym tonie, radnych Koalicji upraszamy o nieprzeszkadzanie w pracy urzędniczkom magistratu…

Nie zawsze jednak jest tak zabawnie. Facebook służy w magistracie nie tylko do wakacyjnych rozmów towarzyskich (by nie powiedzieć lipcowych flirtów). Niestety bywa on wykorzystywany również przez urzędników wyższej rangi, do celów, które nie są już niestety tak niewinne. O tym jednak napiszę wkrótce. Sprawa Mariusza Kamińskiego (http://infoposter.eu/publiczne-pomowienie/) jest rozwojowa i doprowadziła mnie do zaskakujących ustaleń

Published in: on 12/07/2012 at 8:10 pm  Comments (1)  

Sprawa MSI – Kontrowersyjna ekspertyza prawna

Uchwała dotycząca Miejskiego Serwisu Informacyjnego będzie przedmiotem jednej z dwóch przewidzianych na najbliższy czwartek sesji Rady Miejskiej. W komentarzach przed sesją wielokrotnie była i zapewne będzie jeszcze podnoszona kwestia negatywnej opinii prawnej sformułowanej przez Radczynię Prawną Ewę Groszewską. Mankamenty tejże, zarówno merytoryczne jak i prawne uderzyły mnie przy lekturze na tyle, że zadałem sobie trud przestudiowania literatury w tym zakresie.

Warto może jednak zapoznać się zarówno z projektem uchwały jak i pełnym tekstem ekspertyzy prawnej, które są do przeczytania w tym miejscu.

Moje intuicje nie tylko się potwierdziły, ale argumenty podważające zasadność tej ekspertyzy okazały się mieć na tyle duży ciężar gatunkowy, że zdecydowałem się zaprezentować je zainteresowanym, po to, aby można było jeszcze przed sesją te kwestie przedyskutować i nie zmarnować potem czasu na niepotrzebne spory. Byłaby to strata dla każdej ze stron. Piszę tak, bo nie chce mi się wierzyć, aby głównym celem tej ekspertyzy było uniemożliwienie bądź odsunięcie w czasie decyzji w przedmiotowej sprawie.

Pani Radczyni Prawna Ewa Groszewska powołuje się w swojej ekspertyzie prawnej na komentarze do ustawy Prawo prasowe autorstwa swojej imienniczki Ewy Ferenc – Szydełko. Ja natomiast powołam się na opinię Jacka Sobczaka („Prawo prasowe. Komentarz”). To o wiele obszerniejsze opracowanie, mające, co wykażę, w porównaniu do opracowania jego koleżanki, dużo mniejszą skłonność do konstrukcji retorycznych i nadinterpretacji bardzo konkretnych przecież w niektórych punktach przepisów prawa. To całkowicie odmienne opinie, jeśli chodzi o interpretację zapisów interesującego nas w tym momencie Art. 25.

P. Ewa Groszewska przytacza opinię Komentatorki, że Kolegium redakcyjne, to zebranie pracowników redakcji, zwołane przez redaktora naczelnego w celu omówienia spraw istotnych dla redakcji… i zaraz potem konkluduje, że ustalenie, iż w skład kolegium redakcyjnego wchodzą osoby spoza redakcji (…) a także zastrzeżenie do jego kompetencji kolaudacji materiałów do publikacji, podczas gdy kolegium redakcyjne może pełnić jedynie funkcje doradcze, narusza przepisy ustawy Prawo prasowe, w konsekwencji czego postanowienia paragrafu 5 i 6 należy uznać za nieważne.

Stwierdzenie Komentatorki, że kolegium redakcyjne to zebranie pracowników redakcji nie jest już niestety komentarzem Prawa Prasowego, ale jego nadinterpretacją. §25, Ust. 6 ustala bowiem co następuje: Przy redakcji działa kolegium redakcyjne, jeżeli statut redakcji lub właściwe przepisy tak stanowią i jest to jedyny zapis dotyczący prawnego umocowania kolegium redakcyjnego w Ustawie Prawo prasowe. Wydaje się, że nie ma więc żadnych podstaw do podawania za pewnik, że:

1. W skład kolegium redakcyjnego muszą wchodzić jedynie pracownicy redakcji.

2. Kolegium redakcyjne zwoływane jest na wniosek redaktora naczelnego.

Jeśli chodzi o punkt 1, wydaje się zasadne, a ustawodawca tego nie zabrania, aby w kolegium redakcyjnym znalazły się osoby spoza redakcji, np. osoby o ugruntowanym autorytecie społecznym, przedstawiciele różnych środowisk itp. Wydaje się to wręcz zgodne z duchem tego zapisu i z intencją powoływania kolegiów redakcyjnych w ogóle.

Punkt 2 z kolei, w wypadku uprawomocnienia, ograniczyłby znaczenie kolegium redakcyjnego, które może mieć wpływ na kształt takiego czy innego medium tylko wtedy, gdy będzie pracować w ustalonym trybie i według jasnych zasad, a nie zależeć jedynie od dobrej woli redaktora naczelnego, który je zwoła, bądź nie.

Zwracam również uwagę na nieprecyzyjność określenia (niestosowanego w Ustawie!) „sprawy istotne dla redakcji” i jego już teraz dający się przewidzieć przyszły negatywny wpływ zarówno na funkcjonowanie samej redakcji jak i pracę kolegium redakcyjnego, gdyby miało w praktyce funkcjonować. Dziwi mnie ta skłonność do rozmywania znaczeń w komentarzach, które wszak w zamyśle powinny wyjaśniać i ujednoznaczniać kwestie dyskusyjne w zapisach prawnych, a nie kierować dyskusję na zagadnienia bez jednoznacznych zapisów prawnych niedefiniowalne.

Pisze dalej p. Radczyni Prawna, cytując Komentatorkę: Praktyka ustaliła, że kolegium redakcyjne tworzą redaktor naczelny, jego zastępcy, sekretarz redakcji, kierownicy działów i inni. Pomijając fakt, że niegdyś praktyka ustaliła, że mleko dostarcza się w butelkach pod drzwi mieszkań, a późniejsze regulacje uczyniły to niemożliwym oraz to, że Komentatorka po raz kolejny wprowadza zagadkowy i niezdefiniowany termin „inni”, użyję tych słów do podania w wątpliwość jej kolejnego stwierdzenia: Zdarza się, że problematyka poruszana na posiedzeniach kolegium ma charakter tajny. (…) pełna jawność we wszystkich sprawach wobec wszystkich pracowników może w prosty sposób prowadzić do przedostania się do opinii publicznej na przykład informacji prawnie chronionych. Wydaje się przede wszystkim, że kolegium redakcyjne to nie Połączone Kolegium Szefów Sztabów i nie bardzo wiadomo, jakie to tajne sprawy, które nie mogą się przedostać do opinii publicznej, miałaby poruszać redakcja medium, stworzonego właśnie do informowania tejże. Na pewno jednak kuriozalne jest stwierdzenie, że są kwestie, które mogą znać sekretarz redakcji, kierownicy działów, a nawet „inni”, a nie mogą o nich wiedzieć Przewodniczący Komisji i reprezentanci Klubów Radnych Rady Miejskiej? Tu, dla odmiany, bez komentarza…

Korzystając z okazji sam wyrażę jednak inną wątpliwość odnośnie odpowiedniego zapisu projektu uchwały. Niepokoi mnie bowiem zawężenie składu kolegium redakcyjnego do osób z ramienia Prezydenta Miasta i Rady Miejskiej. Mówiąc najkrócej przenosi to w prace kolegium redakcyjnego, metodą prostej dźwigni, wszelkie podziały i kontrowersje polityczne. Istnieje realne ryzyko, że właśnie planuje się otwarcie „drugiego frontu” w otwartej wojnie. Moje pytanie: po co? Nie dyskutując z zasadnością powoływania kolegium podkreślam konieczność przynajmniej rozszerzenia jego składu o osoby spoza struktur samorządu.

Wracając do tematu, chciałbym jeszcze podkreślić nieumocowanie prawne następującego stwierdzenia p. Radczyni Prawnej: „kolegium redakcyjne może pełnić jedynie funkcje doradcze”. Nie wynika to z żadnego zapisu Prawa prasowego, a p. Groszewska dokonała swego rodzaju połączenia kompetencji tego ciała z kompetencjami rady redakcyjnej, o której mówi §25, Ust. 7 w brzmieniu: Przy redakcji może też działać rada redakcyjna (programowa, naukowa), jako organ opiniodawczo-doradczy redaktora naczelnego. Z litery tego zapisu rzeczywiście wynika, że ma to być organ doradczy redaktora naczelnego. Podobnej konkluzji brak jest w Ustawie, odnośnie kolegium redakcyjnego.

Bardzo istotnym wątkiem dla ustalenia zasadności przedstawionej przez p. Radczynię Prawną ekspertyzy okazuje się mały przyimek „przy” skonfrontowany z jeszcze mniejszym „w”. Tak się składa, że sam język polski okazuje się bardziej konkretny niż przepisy prawa w nim zapisywane. Wydaje się jednak, że ustawodawca bardzo precyzyjnie użył przyimka „przy” ustanawiając, że kolegium redakcyjne może działać „przy redakcji”, a nie, jak za przytaczaną przez siebie Komentatorką, chciałaby p. Ewa Groszewska „w redakcji”. Nawiasem mówiąc, owo „w” wprowadzone do projektu uchwały rozwiązałoby w definitywny sposób kwestię opinii wyrażonych w ekspertyzie, bowiem kolegium działające w redakcji nie może być jednocześnie spoza redakcji i czyniłoby tym bardziej bezzasadnymi wszystkie i tak nieuzasadnione zastrzeżenia odnośnie uchwały. Wyraźnie jednak nie o to chodziło ustawodawcy, kiedy wprowadzał przyimek „przy” do zapisu, w ten sposób ustalając jednocześnie relację rozgraniczającą te dwa gremia. Takich gremiów „przy” osobach i urzędach występuje w naszej rzeczywistości bardzo dużo. Także przy prezydentach miast, a nawet przy Prezydencie RP. I nie są one, jak chciałyby Komentatorka i Radczyni Prawna, jedynie reliktami po PRL. To nie słowo „przy” może budzić wątpliwości ze względu na skojarzenia, ale termin „kolaudacja”, który jednak jakoś nie razi obu Pań w tym kontekście. Pomijam tu fakt, że cała ta dywagacja i próba udowodnienia, dlaczego „w” jest lepsze od „przy” zupełnie nie opiera się na przesłankach prawnych a jedynie osobistych (nieuzasadnionych językowo!) preferencjach komentujących.

Celowo na samym końcu, aby mogły wybrzmieć szczególnie, przytoczę słowa Jacka Sobczaka, przy czym tym razem ja pozwolę sobie wyróżnić te, które wynikają ściśle z litery prawa i rozstrzygają przedmiotową kwestię na korzyść autorów projektu uchwały:

Przy redakcji mogą działać: kolegium redakcyjne, jeżeli stanowi tak statut redakcji, oraz rada redakcyjna będąca organem opiniodawczo-doradczym redaktora naczelnego. Rada ta może nosić nazwę i spełniać funkcje rady programowej lub naukowej. Powołanie kolegium redakcyjnego i rady redakcyjnej nie ma charakteru obligatoryjnego. Kompetencje kolegium i rady redakcyjnej oraz sposób powoływania tych organów i określenie ich składu pozostawiono statutowi redakcji. Statut także reguluje formy działalności redakcji.

Dariusz Jezierski

Published in: on 15/04/2012 at 2:56 pm  Dodaj komentarz  

Bubel tygodnia, czyli natchnione frazy infogliwice

Portal infogliwice.pl w swoim ogólnie tendencyjnym i pisanym ewidentnie z pozycji beneficjenta  (Express MSI) tekście „Radni chcą cenzurować MSI, stronę internetową i materiały filmowe?” posunął się w samej puencie do stwierdzenia tak zdaniem autorów ważnego, że aż wytłuszczonego, a moim zdaniem tak bzdurnego, że aż rozbrajającego…


„Okazuje się, że w sytuacji, gdy gliwickie tygodniki oraz darmowe gazety systematycznie zmniejszają nakład, MSI go zwiększa. Jak widać części radnych nie podoba się, że na rynku lokalnych mediów Miejski Serwis Informacyjny jest obecnie najważniejszym źródłem informacji dla mieszkańców”.
Przeanalizujmy… „Gliwickie tygodniki oraz darmowe gazety”. Rozumieć chyba należy, że darmowe gazety przez swoją „darmowość” na nazwę tygodnika nie zasługują, mimo, że ukazują się co tydzień. Biorąc zaś pod uwagę fakt, że płatny tygodnik mamy w Gliwicach jeden, wygląda na to, że redakcja infogliwice.pl liczbę mnogą w pierwszym członie nazwy tegoż (dla mniej obeznanych dodam, że ma on brzmienie „Nowiny”) bierze po prostu za dobrą monetę i sądzi, że musi to być kilka tygodników o tej nazwie. Ma prawo, nie będziemy wyjaśniać.
Analizujmy jednak dalej… „Systematycznie zmniejszają nakład”. Oj, tu już zalecałbym infogliwice.pl dużą ostrożność! Przede wszystkim odsyłam do definicji słowa „systematyczny”. Jest to o tyle istotne, że gdyby okazało się, że któryś z „gliwickich tygodników” lub któraś z „darmowych gazet” nie zmniejsza systematycznie nakładu, podanie przez portal takiej informacji mogłoby mieć znamiona publicznego poświadczenia nieprawdy, w dodatku ewidentnie na szkodę pokrzywdzonego. A za to się płaci! Ot, takie „braterskie napomnienie”.
Ale to nie koniec popisu precyzji i elokwencji redakcji infogliwice.pl! Teraz puenta tego błyskotliwego zdania mówiąca, że tylko MSI zwiększa nakład. To już prawie absurd! Mogę z pełnym przekonaniem zapewnić redakcję, że gdyby „gliwickie tygodniki oraz darmowe gazety” zamiast zarabiać na siebie i swoich pracowników korzystały jak MSI z hojnie wydawanych publicznych pieniędzy, również zwiększałyby nakład, mimo wszechobecnego kryzysu i wszem i wobec przez UM głoszonej konieczności rozważnego wydawania pieniędzy. W czym redakcja zatem widzi taką zasługę MSI? W przerabianiu na makulaturę naszych podatków?
Czytelnicy pozwolą, że zdania o najważniejszym źródle informacji już nie będę ruszał. Trąci na odległość.
Wydaje się, że nic tylko się śmiać – kilka linijek a tyle perełek. Ale jakoś nie chce się śmiać, prawda? Jakieś to trochę niesmaczne…

Published in: on 13/04/2012 at 10:57 pm  Dodaj komentarz  

Jak skończy się ta historia?

Artur Pałyga „Nieskończona historia”, reż. Ula Kijak.
Premiera: Teatr Nowy w Zabrzu 1 kwietnia 2012
Obsada: My wszyscy.

Trwa wyjątkowo jak na polskie warunki poważna dyskusja nad kształtem teatru i kultury w ogóle, a przede wszystkim zakresem i rozmiarami ingerencji władzy w funkcjonowanie polskich teatrów i co za tym idzie w kwestie artystyczne. Tymczasem za sprawą premiery sztuki „Nieskończona historia” Artura Pałygi w reżyserii Uli Kijak, która miała miejsce w Teatrze Nowym w Zabrzu, uwaga, 1 kwietnia (!), mamy swego rodzaju  postscriptum do tej społecznej debaty.

fot. Joanna Siercha (www.teatrzabrze.pl)

To wszystko, co stało się w związku ze spektaklem już po jego premierze, nie jest bynajmniej zabawne, choć kwestię protestów „oburzonych widzów” wyrażonych przez 3 wiadomości mailowe skierowane do dyrekcji Teatru (i ponoć także na ręce pani prezydent Mańki-Szulik), z całą pewnością można byłoby uważać za żart na prima aprilis. Sam fakt wyrażenia takiego oburzenia nie może dziwić, bowiem to przypadki dość częste i to w zasadzie dobrze, skoro na rzeczywistym oddziaływaniu sztuki na odbiorców wszystkim twórcom zależy. Dziwi jednak na pewno stanowisko dyrekcji Teatru Nowego, które w kontekście wydarzeń nazwać można wręcz kuriozalnym. Po kolei jednak. Spektakl nie jest, jak sami jego twórcy podkreślają, łatwy w odbiorze. Zastosowane w nim środki wyrazu mają głęboki sens artystyczny i służą lepszemu przełożeniu idei na język teatru. Niektóre z nich zostały jednak uznane przez kilka oburzonych osób za próbę zdyskredytowania wiary i zbezczeszczenia Biblii. Takie opinie wyrazili oni we wspomnianych mailach. Dyrektor Jerzy Makselon i dyrektor artystyczny Zbigniew Stryj zareagowali nadzwyczaj nerwowo, czego skutkiem były działania opisane dokładnie w liście otwartym twórców (http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/137055.html), których w tym miejscu szczegółowo nie ma sensu omawiać. Dziwna to reakcja, zważywszy, że zarówno Ula Kijak jak i inni twórcy natychmiast wyraźnie zdystansowali się od jakichkolwiek złych intencji i co więcej, chcieli to wyjaśnić podczas otwartego spotkania z publicznością. Tymczasem uniemożliwiono im nawet wydanie oświadczenia na stronie teatru. Dyrekcja zasugerowała pewne łagodzące wymowę zmiany, przy czym miało również rzekomo dojść do zamkniętego pokazu spektaklu dla Małgorzaty Mańki-Szulik. Prezydent Zabrza zachowała jednak zimną krew i pozostała wierna zdrowemu rozsądkowi odmawiając udziału w takim pokazie i oświadczając, ze nie ma zamiaru ingerować w kształt i formę spektaklu. Szkoda, że podobnego stanowiska nie zajęła dyrekcja, która wszak w takich sytuacjach powinna murem stać za artystami. Przyjęła projekt do realizacji i powinna co najwyżej monitorować go podczas powstawania spektaklu. Grożąc wręcz zdjęciem „Nieskończonej historii” z afisza, kierownictwo Teatru Nowego posunęło się do granic absurdu. Niebezpieczny byłby taki precedens, który mógłby co najwyżej sprawić, że podobne sytuacje powtarzałyby się w przyszłości także przy innych realizacjach. Sztuka budzi kontrowersje i co więcej, budzić je powinna. Tak inicjuje się dyskusje. Pomijam już fakt, że inteligentna forma dialogu jaki podjęli twórcy „Nieskończonej historii” z publicznością zawsze niesie pewne ryzyko niezrozumienia u części widzów. To oczywiste, ale przecież nie może to skutkować natychmiastową ingerencją w materię dzieła. Czy takie kwestie trzeba wykładać kierownictwu Teatru Nowego? Cała ta sytuacja dziwi zwłaszcza dlatego, że zewsząd, także na stronie Teatru, pada wiele głosów w obronie spektaklu, przede wszystkim ze strony tych, którzy już go widzieli. To o czymś świadczy.

Póki co, odbędą się na pewno zaplanowane na 14 i 15 kwietnia (godz. 18) prezentacje „Nieskończonej historii” i na pewno warto wybrać się na którąś z nich. Z dwóch powodów – aby wyrobić sobie własny osąd i aby wyrazić swoją opinię na temat jakiejkolwiek wymuszonej autocenzury twórców. Jeśli tego nie zrobimy, w przyszłości możemy być karmieni jedynie starannie przyprawioną przez różne „czynniki” papką. „Nieskończona historia” natomiast, paradoksalnie otrzymała kolejną scenę, daleko wykraczającą poza teatralne deski. Ta historia „kończy się” już poza teatrem, w naszej przestrzeni publicznej. I uwaga, my sami jesteśmy aktorami. Show must go on!


Published in: on 11/04/2012 at 10:50 pm  Dodaj komentarz  

Gliwicki Teatr Muzyczny ma tajnych obrońców???

Czy to cenzura?

Dzieją się rzeczy dziwne. Zbyt wiele już widziałem i czytałem, żeby wierzyć w całkowicie wolne media, w nieskrępowaną wolność słowa i różne pokrewne „swobody”. Życie uczy, że wszystko jest relatywne. I jest, choć to stwierdzenie wcale nie oznacza, że mam zamiar się z tym stanem rzeczy pogodzić. Niedawno w sprawie ACTA wychodzili na ulice ludzie, którzy nagle pomyśleli, że oto dokonuje się zamach na część ich obywatelskich swobód. Nie dyskutując o tym, na ile było to aktem świadomym, chciałbym stwierdzić, że na pewno koniecznym. Muszę jednak zwrócić uwagę na coś zupełnie innego – ciche, dyskretne manipulowanie medialnym przekazem, zakulisową próbę wpływania na kształt przekazu medialnego, na rzeczywistą próbę ograniczenia wolności wypowiedzi, jakiej doświadczyłem w dniu poprzednim. Niech skłoni do zastanowienia fakt, że próba ta nie nastąpiła bynajmniej ze strony polityka, władzy itp. Z czyjej? Nie będę formułował oskarżeń, które same cisną się na usta. Czytających namawiam, aby sami spróbowali wyciągnąć wnioski z faktów.
Wczoraj opublikowałem w InfoPosterze swój tekst „Komu przygrywa Kwartet Śląski?, czyli równi i równiejsi w gliwickiej kulturze”
http://infoposter.eu/komu-przygrywa-kwartet-slaski-czyli-rowni-i-rowniejsi-w-gliwickiej-kulturze/
który znalazł się także na moim blogu. Potem zechciałem umieścić go na forum Gliwice gazeta.pl. I wtedy zaczęło się coś, co absolutnie zdarzyć się nie może w mediach w kraju, który szczyci się pewnymi standardami demokracji, na forum było nie było najpoważniejszym w Polsce, przeznaczonym wszakże ponoć dla nieskrępowanego wyrażania poglądów i otwartej społecznej dyskusji. Po kolei jednak…
Ok. 14 umieściłem swój tekst wraz z komentarzem widocznym na screenie, chyba jak najbardziej poprawnym pod każdym względem.

Jakiś czas potem przypomniało mi się nagle, że już zdarzyło się (nie tylko mnie), że zniknęły wątki z tego forum, a mnie samemu zniknął wątek o dziwo także na temat Gliwickiego Teatru Muzycznego. Tak na wszelki wypadek, zrobiłem więc tego screenu. Błogosławione przeczucie, które nie wiadomo skąd się wzięło! Za jakiś czas, ok. 15, wchodzę ja sobie na forum aby sprawdzić, czy czasem kogoś ten niszowy temat nie zainteresował, a tu…

… nie ma wątku i jest komunikat, że „wiadomość nie istnieje, lub została skasowana”. O żeż w mordę! – pomyślałem i natychmiast, eksperymentalnie stworzyłem wątek, w którym wyraziłem w tytule swoje głębokie uczucie do Kubusia Puchatka, a w tekście stwierdzenie „Może tego mi nie skasują?”

Puchatek utrzymał się na samym topie na tyle długo, że znowu spróbowałem umieścić wątek dedykowany GTM, tym razem bez komentarza, aby na wszelki wypadek nie wykonać kolejnej daremnej pracy.

Miałem rację! Poleciał ten wątek, pociągając za sobą nieszczęsnego, bogu ducha winnego Puchatka.

W międzyczasie napisałem do jednego z widniejących na forum „opiekujących się” (znaczy do obu, ale jeden mi odpisał) zapytanie dlaczego poprawne merytorycznie i pod względem przyjętych norm obyczajowych nienaganne wypowiedzi zostają usunięte. Zaraz potem umieściłem też zupełnie idiotyczny wątek „gdzie chcielibyście mieszkać” (ten się ostał, a jakże!). Tuż po tym zaś dostałem od „opiekuna” somepoint210 takiego oto maila:
witam, juz poprawione (wpis przywrocony). pewnie jakis dyzurny z administracji zawodowej przejal sie rola:) dzieki za zwrocenie uwagi, pozdrawiam. somepoint
i… rzeczywiście wątek wrócił.

W tej chwili jednak mnie to nie satysfakcjonuje. Pojawiły się pytania. Postawię je tutaj i nie moja wina, że fakty same sugerują odpowiedzi.
1. Kto w administracji (zawodowej, jak sugeruje somepoint?) jest tak wielkim miłośnikiem Gliwickiego Teatru Muzycznego, że z własnej i nieprzymuszonej woli (???) kasuje takie wątki jak ten?
2. Czy robi to sam, czy konsultuje z „kimś”, „skądś”, które wątki usunąć należy?
3. Kogo i czym tak bardzo uraziłem w GTM lub gdzie indziej, lub jakiej drażliwej kwestii dotknąłem, że ktoś zdecydował o usunięciu tej wypowiedzi?
4. Jak to do pomyślenia jest na forum jednego z najpoważniejszych mediów kraju, które właśnie społecznej dyskusji na takie tematy powinno służyć?
5. Jak możliwa jest rzetelna ocena działalności instytucji w rodzaju GTM, jeśli w ten sposób wpływa się na kształt tego, co do obiegu trafia?
6. Czy naprawdę zdrowe są stosunki na styku instytucje (w tym wypadku kultury) – media?
7. Czy owe stosunki dla uzdrowienia sytuacji nie powinny być monitorowane chociażby przez Wydział Kultury właściwej jednostki samorządowej? A może powinny być wręcz aranżowane poza instytucją? Nie ma tych jednostek wiele w mieście w rodzaju Gliwic. Byłoby na pewno taniej, uczciwiej, efektywniej i merytoryczniej, bo media nie musiałyby z wiadomych względów z taką jednostką uprawiać rodzaju flirtu.
Ze swej strony zapewniam, że udokumentowany opis całej sytuacji dziś jeszcze prześlę do AGORY, która jest właścicielem forum, z żądaniem wyjaśnienia zależności i związków, które spowodowały taką próbę manipulacji. Liczę, że zainteresowane takim wyjaśnieniem będą również władze gliwickiej kultury. Rozważę również prawny aspekt tej sprawy. O efektach poinformuję wszystkich zainteresowanych.

Published in: on 05/04/2012 at 4:53 am  Comments (1)  

Komu przygrywa Kwartet Śląski?, czyli równi i równiejsi w gliwickiej kulturze

Wiele się mówi o konstytucji i finansowaniu kultury, zwłaszcza ostatnio, kiedy widmo spędzającej artystom sen z oczu „Oszczędności” unosi się nad nią, zwłaszcza w jej wydaniu mniej eksponowanym, na poziomie lokalnym, a więc w gestii lokalnych samorządów będącym. Póki co, w Gliwicach nie możemy mówić o czymś w rodzaju załamania finansowania publicznego w tej dziedzinie, być może tylko dlatego, że jak dotąd nie mieliśmy jakichś szczególnych przykładów takiego mecenatu, który przez duże „M” można by było opisywać.

Mamy do czynienia z monopolistą jeśli chodzi o instytucje i z tzw. dotacjami dla organizacji pozarządowych, które na ogół są dość skąpo sączone i często najnormalniej w świecie pozwalają jedynie z trudem zbilansować takie czy inne przedsięwzięcie, nie dając szansy na coś, co artyści nazywają rozwinięciem skrzydeł. Nie o tym jednak dzisiaj, choć uważam i zdania nie zmienię, że kluczem do kulturowego (już nie tylko kulturalnego) ożywienia jest zrewolucjonizowanie podejścia do wspierania kultury przez samorządy z otwarciem kranu z dotacjami na działalność nieinstytucjonalną, amatorską, oddolną mówiąc najkrócej. Dziś chciałem zastanowić się nad przypadkiem, który jest zjawiskiem wyjątkowym nie tylko w skali Gliwic, ale wręcz kraju – przypadkiem Kwartetu Śląskiego. Niestety, nie chodzi mi tu bynajmniej o wyjątkowość artystyczną, choć sam zespół należy do dobrych średniaków, ale o szczególny status jeśli chodzi o publiczne wsparcie. Niech te rozważania staną się również okazją do wysunięcia kilku tez, propozycji i postawienia paru pytań, które jak sądzę paść powinny w kontekście zbliżającej się nieuchronnie rewolucji w gliwickiej kulturze. Świadomie piszę „rewolucji”, bo niestety mamy w naszym mieście do czynienia ze stagnacją tak utrwaloną, że nawet zmiana organizacyjna w takim czy innym przypadku będzie miała znamiona rewolucji.

Kwartet Śląski na swojej artystycznej drodze spotkał anioła. To pewne. Na pierwszy rzut oka trudno ustalić jego tożsamość, bowiem na stronie internetowej Kwartetu widnieje informacja, że mecenasem zespołu jest Samorząd Miasta Gliwice. Sytuacja wyjaśnia się już w tej samej linii, bowiem z prawej strony widnieje logo z informacją, że partnerem Kwartetu jest Gliwicki Teatr Muzyczny. Aniołem owym musi być zatem dyrektor Paweł Gabara. Nie ukrywam, że właśnie to zestawienie wzbudziło moje zainteresowanie. Dlaczego? Odpowiem tyleż szczerze, co bezczelnie – dlatego, że pokrętne ścieżki odpływania kasy z GTM od dawna mnie interesują i wręcz wzbudzają pewien podziw dla kierownictwa. Zainteresowało mnie natychmiast ile wart jest mecenat, o którym informuje wszem i wobec sam Kwartet. Sporo! Od 2005 roku Kwartet Śląski otrzymuje świadczenie, które można chyba określić jako stypendium, w wysokości 80 tys. zł rocznie. Tu uwaga, uzyskałem też informację, że 90 tys., ale sprawdzał tego nie będę, gdyż specjalnego znaczenia to nie ma. Pozostańmy zatem przy 80 tys. Oznacza to, że przez 6 lat nasi instrumentaliści zgarnęli blisko 500 tys. zł. Może ktoś powiedzieć, że za coś szczególnego. Jeśli tak, koniecznie chciałbym wiedzieć, za co? Pytam nie bez kozery, bowiem podobne praktyki nie są w Polsce stosowane nawet przez baaaardzo bogate samorządy. Dodam tu tylko, że jedynym znanym mi przypadkiem czegoś takiego jest status śp. Czesława Miłosza, któremu Kraków coś tam fundował w kwestiach mieszkaniowych. Wisława Szymborska już na takie względy nie zasłużyła. Czym zatem zasłużył Kwartet Śląski na tak szczególny casus? Niech nie mają mi za złe miłośnicy muzyki tego zespołu, to nie jest zamach na niego, ale na system – niczym! Kwartet Śląski nie reprezentuje żadnej jakości nadzwyczajnej, predestynującej go do takiego wyróżnienia. Wydaje mi się zatem, że wśród gładkich słówek i wizjonerskich opowieści, dyrektor Gabara po prostu wkręcił Samorząd w ten mecenat. Jak sądzę ma on nieco ukrytą formę i zapewne wypłacany jest ze środków GTM w ramach otrzymanej dotacji. Pozostaje mi sądzić, że to sam dyrektor ma pretensje do bycia mecenasem, bo jeśli nie, to wypada zapytać, co naprawdę stoi za tą konstrukcją? Nie mnie jednak stawiać takie pytania. Wiem tylko, że jeśli chodzi o mecenat i wizje nie do końca są to cechy, z którymi kierownictwo GTM można kojarzyć. Kilka lat temu był w Polsce i w Gliwicach na moje zaproszenie Sławomir Górzyński, autor świetnie przyjętej powieści „Kompozytor”. Ma ona, zdaniem wielu, znamiona świetnego materiału na scenariusz filmowy i teatralny. Górzyński jest muzykiem, w Gliwicach mamy Teatr Muzyczny – reasumując powstał pomysł stworzenia musicalu. Rozmowa z ówczesnym kierownikiem muzycznym Teatru Tomaszem Biernackim bardzo konstruktywna. Paweł Mykietyn (przedstawiać nie trzeba – uznany w świecie geniusz muzyki współczesnej) proponuje jako kompozytora…. gliwiczanina Aleksandra Nowaka, zapowiadając, że będzie gwiazdą. Nowak się godzi. O planach realizacji pisze Wyborcza, dochodzi do mojego spotkania z dyrektorem Gabarą… Jak zwykle miło, serdecznie, z perspektywami na lata, bo repertuar, bo plany itp. Poczułem, że wracać już nie muszę. Pan dyrektor nie zwietrzył szansy, nie doznał olśnienia. A Aleksander Nowak dwa lata później zadebiutował ze swoją operą w Teatrze Wielkim. Szkoda, z pierwszą formą sceniczną mógłby w swoim rodzinnym mieście. Ta przydługa dygresja służy jedynie temu, aby zasugerować, że może już czas przestać ufać zmysłowi estetycznemu i dobremu smakowi kierownictwa GTM? Nawiasem mówiąc przypomniałem tu Tomasza Biernackiego. Temu bardzo utalentowanemu dyrygentowi, dla mnie murowanemu kandydatowi na kierownika artystycznego GTM, przetrącono karierę dlatego, że miał odwagę protestować przeciwko artystycznej degrengoladzie, czyniąc to bez przebierania w słowach, dopóki w sposób podły nie został nagrany, a życzliwi nie donieśli gdzie trzeba prawdę i nieprawdę. Nie wiem co się z nim dzieje. Mam wyrzuty sumienia – należało bronić go wtedy, gdy został całkowicie sam i odbywał się nad nim samosąd dyrekcji. Być może można coś tu jeszcze naprawić?

Wróćmy do Kwartetu, choć o dygresjach i sugestiach uprzedzałem na początku. Mało grywa w Gliwicach. Nic dziwnego, bowiem nie ma gdzie. Nie posiadamy tak naprawdę przestrzeni koncertowej jak chociażby zabrzańska Filharmonia. Cóż zatem robi Kwartet? Oczywiście okazyjnie zagrać musi w Bajce chociażby, ale głównie znamy go z festiwalu, którego jest gospodarzem i który odbywa się w… Katowicach. Jakoś mało wtedy jest promocji Gliwic, ale w końcu kwartet to śląski. Nie będę się tu długo rozpisywał. Po prostu coś tu mocno nie gra. Bardzo mocno. Te 500 tys. jak najbardziej powinny znaleźć się w puli stypendium. Innego jednak, dla młodych gliwiczan, wschodzących twórców, dla oddolnych, ciekawie rokujących inicjatyw. Żeby aktorzy, którzy pochodzą z Gliwic nie musieli dorabiać po knajpach podczas nauki, żeby ich związać z miastem. Jaki jest sens tak hojnego wspierania średniej klasy zespołu, który już mocno istniej na rynku, wpleciony w muzyczny biznes i który te pieniądze traktuje jak mannę z nieba?

Czy jestem zazdrosny? Oczywiście! Czy to prywata? Tak, bo spłacam wciąż długi z tytułu ostatniej produkcji teatralnej, mimo, że bez żadnych środków mój teatr zdobywa nagrody na festiwalach w Polsce i poza nią i pozwolił na artystyczny start wielu już zawodowym aktorom. Tak, zazdroszczę Kwartetowi takiej pomocy i chętnie bym o nią aplikował w czytelnej, otwartej dla wszystkich formule. Tego typu wsparcie, jeśli nie dotyczy geniuszy skali światowej, których miasto chce za wszelką cenę zatrzymać, nie może odbywać się arbitralnie zwłaszcza jeśli funkcję arbitra pełni w tym przypadku jedna osoba.

Na koniec zapytam cokolwiek złośliwie, bo przypomniało mi się to w związku z Biernackim. Ciągłe tarcia na styku orkiestra – dyrekcja GTM są znaną kwestią. podobnie jak znany jest fakt, że na taki czy inny występ trzeba było za wyższą niż muzycy GTM otrzymują gażę, zatrudniać muzyków (nota bene skrzypków!) z Zabrza. Może zatem w ramach dotacji warto zadbać o własną orkiestrę, żeby można było uniknąć konieczności takich naborów z zewnątrz? Ale cóż, artystyczna kondycja Gliwickiego Teatru Muzycznego od dawna opiera się przede wszystkim na siłach zaciężnych. Doceniam tu jak najbardziej artystów GTM! Jest ich po prostu za mało.

Jeśli coś nie zmieni się szybko, na próchniejących deskach Gliwickiego Teatru Muzycznego, za otrzymane stypendium Kwartet Śląski będzie mógł zagrać Requiem. Czyje? Głosuję za tym Verdiego…

Published in: on 04/04/2012 at 11:17 am  Comments (1)  

Na spektakl do Bielska-Białej!

Miłość w Königshütte” – reż. Ingmar Villqist, Teatr Polski w Bielsku-Białej

Premiera spektaklu opartego na niezrealizowanym scenariuszu filmowym Ingmara Villqista w jego reżyserii odbyła się w Teatrze Polskim 31 marca. Tuż po niej rozpoczęła się dyskusja, która niestety najczęściej pomija to, co stanowi o wartości artystycznej spektaklu, a koncentruje się raczej na problemach stosunków narodowościowych na Śląsku i tego wszystkiego co dzieje się w tej kwestii ostatnio. Dziś konsekwentnie będę omijał ten temat.
Zainteresowanych takim kontekstem sztuki (bardzo ważnym!) odsyłam do polemicznej względem Henryki Wach-Malickiej recenzji https://darjez.wordpress.com/2012/04/02/kiedy-sztuka-przemawia/
Sztuka opowiada o pierwszych latach po zakończeniu wojny i niezwykle skomplikowanych relacjach panujących wtedy na Śląsku. Obóz w Świętochłowicach, w którym dochodziło do bestialstw popełnianych na Ślązakach, wzajemna niechęć ludzi mieszkających tu od pokoleń i przyjezdnych, zagubienie tych drugich w obcym, niezrozumiałym świecie – kocioł! I w tym kotle historii próbuje znaleźć sobie miejsce miłość. Miłość skaleczona przez wojnę, miłość bez szans, uczucie bez namiętności, którego cień zaledwie pojawił się między Hansem Schneiderem, rdzennym Ślązakiem, desperacko próbującym ocalić godność człowieka w świecie, w którym prawie ją unicestwiono i Marzeną Daniszewską, nauczycielką, która przyjechała na Śląsk z nakazem pracy. Ta miłość – niemiłość jest właśnie tym właściwym okienkiem, który zostawił nam Villqist dla wglądu w świat przenicowany i wypalony. Ta miłość – niemiłość ma wszystkie cechy, które nie pozwalają nam w nią wierzyć. Dlatego właśnie to ona najbardziej świadczy przeciwko wojnie i temu, co ludzie zrobili sobie nawzajem przy jej okazji. Oryginalne to spojrzenie, nienachalne, raczej sugerowane i być może dlatego przez niektórych niedostrzeżone. A szkoda, bo warto tę subtelną konstrukcję Villqista przejrzeć.

Reżyser i aktorzy stanęli przed nie lada wyzwaniem. Przede wszystkim niełatwo przenosi się na scenę to, co przeznaczone było na potrzeby filmu. Wyzwaniem dla Ingmara Villqista stało się przede wszystkim tempo. Było ono niezbędne jeśli chciał pomieścić w spektaklu wszystkie niuanse, które zamierzył. To tempo dla niektórych recenzentów jest dużym mankamentem. Twierdzą, że aktorzy wchodzili i wychodzili po wyrecytowaniu kilku kwestii, że spektakl miał charakter wiecu, czy też okolicznościowej akademii. To co najmniej duże uproszczenie. W żadnym razie nie przeszkadzała mi przyjęta przez reżysera koncepcja. Tempo w następowaniu po sobie wydarzeń wręcz potęgowało wrażenie niepokoju, niepewności i chwiejności rzeczywistości, którą oglądam.
Aktorzy. Można powiedzieć, że sami poniekąd znaleźli się w okolicznościach niekomfortowych. Dlaczego? To oczywiste. Villqist prowadził ich, wręcz purystycznie nie pozwalając epatować nadmiarem środków. To dlatego Artur Święs wykreował człowieka irytującego swoim pogodzeniem ze wszystkim co los mu niesie, to dlatego Marzena Daniszewska Anny Guzik irytuje swoim zachowaniem. Tajemnicą sukcesu obu kreacji jest ich surowość, bardzo płytka emocjonalnie relacja między nimi jest taka jak i miłość, czy raczej jej iluzja, której doświadczyli. Uważam tę relację za jeden z większych sukcesów reżysera i aktorów. Villqist bowiem pokazał ją tak delikatnie, że mogli ją utopić w nadmiarze nadprodukowanych „emocji”. Tymczasem pokazali nam poranioną, kaleką miłość rozpiętą miedzy skrajnymi i mocnymi manifestacjami z jednej strony prawie mesjanistycznego poświęcenia Schneidera, które jest wszak tylko alibi dla jego bezradności, a z drugiej irytującego, roszczeniowego i pełnego histerii stosunku Marzeny Daniszewskiej do świata, którego nawet nie próbuje poznać. I to, co pokazali nam Święs i Guzik jest jak najbardziej adekwatne do tego, co mieli opowiedzieć. Zapewniam, że nie każda aktorska para potrafiłaby tego dokonać.
Chciałbym jeszcze wspomnieć o trójce aktorów. Przede wszystkim Tomasz Lorek. Rola rosyjskiego oficera Kiereńskiego była naprawdę znakomita! Grażyna Bułka i Kazimierz Czapla, jako Państwo Bainerowie byli prawdziwie przejmujący. Zatrzymam się jednak przy Grażynie Bułce. To, co pokazała w scenie, w której kąpie skatowaną Elwirę jest tym, o co w teatrze najtrudniej. Potrafiła bowiem sprawić, że widza ogarnia wzruszenie wręcz dławiące, które jednak nie mija, poddane potem „trzeźwej refleksji”. Trwa. I to już jest mistrzostwo, które zresztą u tej Czarodziejski Śląskiej Sceny wcale nie dziwi.
Na koniec słów kilka o stronie wizualnej spektaklu. Subiektywnie muszę stwierdzić, że o ile jak najbardziej odpowiadał mi rodzaj wielkiego podestu zastosowany przez Villqista, o tyle przerysowany, a w zasadzie zbyt zdetalizowany był ten bifyj z tyłu, te obrazki na ścianie. Stół z dwoma krzesłami jakoś bardziej korespondowałby z tym co poza domowym ogniskiem. Niby rozumiem intencję pokazania czegoś stałego, ciepłego – śląskiego domu, ale…
Zupełnie natomiast nie broni się całkowicie trywialna scena z parą kochanków w lesie, nagle rozdzieloną przez patrol MO. Oj… to prawdziwa łata na materii tego spektaklu! Parka rodem z sentymentalnej opowiastki, ona z koszykiem w ręku, on z aparatem fotograficznym. Pląsają, dotykają się i nagle…. groza! Znaczy, miała być groza po pojawieniu się MO, była cokolwiek farsowa, oderwana od reszty etiudka. Wyrzucić! Jeśli zaś przy mankamentach – razi jeszcze troszkę prześpiewany początek. Za długo trochę tej opery na wejściu i wyjściu, za dużo „las szumi”, za dużo tych dźwięków. Te cięcia mogą być o tyle cenne, że czas w tym spektaklu jest bezcenny. Co oszczędzi się na blichtrze można dołożyć w emocje.
Samo zakończenie chciałbym jeszcze omówić. Przeniesione do Nieba, w którym spotykają się bohaterowie. Niektórzy twierdzą, że naiwne. Tak, jest naiwne, ale tą prawdziwą naiwnością, śląską, podszytą mistycyzmem i głęboką religijnością. To takie położenie ręki na czole. Było mi potrzebne po tym spektaklu.
Nie będę całości oceniał w żadnych kategoriach ogólnych. Będę bardzo subiektywny i konkretny. To był jeden z najlepszych spektakli, jakie oglądałem od wielu lat. Mimo mankamentów, mimo drobiazgów, które wszak będę tym samym, co drobny ubytek w cennym arrasie. To przede wszystkim spektakl ważny. Trzeba go obejrzeć i wyrobić sobie zdanie. Turystyka teatralna do Bielska-Białej niech stanie się faktem. Mamy bardzo blisko

Published in: on 03/04/2012 at 12:00 pm  Dodaj komentarz  

Kiedy sztuka przemawia…

… budzą się recenzenci, którzy usiłują przekonać, że niczego nie słyszą. „Miłość w Königshütte” zagrana została póki, co dwa razy (premiera 31 marca w Teatrze Polskim w Bielsku Białej), a już wybrzmiała jako głos mocny i donośny. I przebudziła się Henryka Wach-Malicka z Dziennika Zachodniego:

http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/544339,z-notatnika-recenzentki-milosc-w-koenigshuette-czyli,id,t.html#komentarze

Że spała, przekonuje mnie cokolwiek zaskakujące stwierdzenie „Bohaterowie Miłości w Koenigshuette, już przeniesieni we współczesne czasy…” Cóż, przeniesieni zostali, że napiszę dosłownie, do Nieba. Bowiem to tam, dzieje się akcja finału i trzeba było chyba naprawdę myśleć o pisaniu recenzji, żeby tego nie dostrzec. Będzie zatem wyjątkowo – recenzja recenzji.
Martwi mnie, że tak mocno tendencyjnie odnosząc się do spektaklu, Wach – Malicka, niejako żabim skokiem, przenosi dyskusję w pozaartystyczne konteksty. Oczywiście recenzja sprawia wrażenie jakby merytorycznie dotykała wszelkich mankamentów (zdaniem recenzentki) inscenizacji. Zajmę się więc nimi po kolei.


Sztuka zdaniem Wach-Malickiej napisana jest bez najmniejszego poszanowania reguł dramaturgii. Jakich? Pomijam fakt, że w pierwowzorze była przecież scenariuszem filmowym, ale chcę się po prostu zapytać, jakie to odstępstwa od tych reguł stały się dla autorki recenzji przeszkodą w percepcji spektaklu? A… tłumaczy dalej: „Nie może być inaczej, jeśli postacie są do bólu schematyczne i jednowymiarowe, a w dodatku, mimo pozorów dialogu, nie ma między nimi żadnej interakcji”. Cóż, a ja właśnie chciałem pochwalić Artura Święsa za bardzo oszczędne i niezwykle sugestywne właśnie w tym przedstawieniu aktorstwo. „Trudno mi też zrozumieć, dlaczego tak doświadczony i utalentowany aktor, jak Artur Święs, ogranicza się w roli Schneidera do kilku chwytów – spojrzenia w okolice I balkonu i smutnego szmeru głosu” – zastanawia się dalej Wach-Malicka. Ja z kolei bałem się tego, co mógłby zrobić Święs z tą rolą. A mógłby po prostu zasypać nas całym asortymentem aktorskich środków i chwytów pod publikę. Zdyscyplinowany, by nie powiedzieć ascetyczny w środkach, stworzył postać człowieka, którego poznaliśmy już wypalonym, po frontowej traumie, godzącego się, ale tak dosłownie godzącego się na wszystko, co los może mu jeszcze zgotować. „Postacie są do bólu schematyczne i jednowymiarowe, a w dodatku, mimo pozorów dialogu, nie ma między nimi żadnej interakcji. Żadnego iskrzenia, kłótni, namiętności (niekoniecznie erotycznej), żadnej amplitudy uczuć, życia po prostu nie ma żadnego”. Cała tragedia tej miłości, Pani Henryko, z pełną świadomością znakomitego dramaturga potraktowanej, tkwi w niezdolności do niej obojga bohaterów. Wypalony, trzymający się jak ostatniej szansy etycznej konieczności ratowania drugiego człowieka za wszelką cenę Schneider (Święc) przyjmuje tę miłość jako cudowny dar, ale w głębi ducha nie wierzy, że może ona istnieć w świecie, jaki zna. Próbuje w ten sposób ożywić, zagospodarować od nowa zgliszcza, które w nim pozostały. Marzena Daniszewska (Anna Guzik) do bólu prawdziwie przedstawia kobietę, która przyjechała na Śląsk z głębokim poczuciem krzywdy. Przy tym wszystkim najwyraźniej bezradną, szukającą akceptacji, wyśnionej, naiwnie pojmowanej miłości. Schneider jej takiego uczucia nie da – musi się go sam od nowa uczyć. Marzena natomiast nie da mu na to czasu. Chce żyć i czuć teraz. Chce kwitnąć. To przeradza się w egzaltację, w nieumiejętność odróżnienia tego, co prawdziwe od mirażu. Schneidera chwyta się w obcym i wrogim świecie, bo on najbardziej pasuje do jej wyobrażeń. Nie mają szans. Brak prawdziwego dialogu między nimi z tego wynika, że Schneider przyjmując tę miłość sam w nią nie wierzy i na jej obumieranie godzi się jak na wszystko wokół. Jego tragedią jest całkowite pogodzenie się z losem. Przecież nawet o to, co dla niego drogie, co pozwala mu zachować człowieczeństwo, o ludzkie życie, doktor Schneider nie walczy, on po prostu stara się je ocalić, a to wielka różnica. A Marzena Daniszewska? Miota się między skrajnymi reakcjami, wykazuje wszelkie cechy osobowości histerycznej. Zagubiona coraz bardziej dochodzi do momentu, w którym pojawia się agresja i nienawiść do świata, który obwinia za to, że jest nieszczęśliwa. Właśnie dlatego jest postacią tragiczną, a nie jak Pani pisze „wyłącznie wredną, głupią i sprzedajną” i przeciwstawioną w ten sposób wyłącznie dobremu Ślązakowi. Bo Schneider nie jest wyłącznie dobry! Irytuje mnie jego bezwolność (dobra?) jego pogodzenie się z losem (dobre?), nieumiejętność zadbania o żonę (dobra?). Schneider jest na pewno bohaterem dobrym w sensie etycznym, ale czy naprawdę jest dobrym człowiekiem? A może jego poświęcenie jest jednocześnie jego alibi? I to jest dramaturgia, Pani Henryko, to jest konflikt o wymiarze antycznym. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy wyszli z wojny zmiażdżeni i odczłowieczeni. Z człowieczeństwa jednemu z nich została idea, która go definiuje, a drugiej tęsknota za wartościami, na które świat, w którym przyszło jej żyć dopiero musi przygotować miejsce. Co my wiemy o tych miłościach? O namiętnościach, którym przyszło formować świat, który przestał istnieć dosłownie na oczach tych ludzi? Można się zgadzać lub nie z tak pojętym przez Villqista tragizmem miłości, ale z całą pewnością aktorzy stanęli na wysokości zadania. To, co Pani uważa za schematyzm jest istotą ich tragizmu. Ich tragedia nazywa się niemożność. To dlatego nie będzie między nimi dialogu, nie będzie namiętności, będą słowa i gesty jak z teatru lalek.
Rażą Panią „gorolskie ciule”, sformułowanie, które padło raz z ust Bainera w jak najbardziej realistycznym kontekście. Tak się po prostu mówiło i mówi, czasem nawet bez specjalnego ładunku niechęci. Musiało się mówić gorzej wtedy, kiedy działo się to wszystko, co jest tłem spektaklu. Proszę zwrócić uwagę na wszystkie słowa Anny Guzik w jej kreacji. Może zaneguje Pani tę głęboką niechęć, by nie powiedzieć nienawiść do Ślązaków u osób przyjezdnych? Moja rodzina przyjechała na Śląsk ze Lwowa. W latach osiemdziesiątych moja babcia, której mówiłem, że poznałem dziewczynę, zapytała „ale to nie jakaś szwabka?” Niech to będzie komentarzem. „Gorolskie ciule”, które słyszałem nie sprawiły, że poczułem się urażony. Nie odebrałem tego, jako manifestacji poglądów autora na kwestie narodowościowe. Zaryzykuję twierdzenie, że manipuluje Pani treścią i próbuje podgrzać dyskusję, odwrócić jej kontekst, zwrócić uwagę na takie czy inne sformułowanie. To typowe, kiedy człowiek głuchnie, kiedy wypiera to, co widzi i słyszy. Bo na ogarniające widza podczas spektaklu narastające wzruszenie, na postępującą z minuty na minutę wewnętrzną koncentrację można wybierając się na „Miłość w Königshütte” znaleźć tylko jedną receptę – uprzedzenie. Można oglądać ten spektakl i cały czas utwierdzać się w przekonaniu, że Villqist kłamie. Można i Pani tak zrobiła.
Ironizując gratuluje Pani autorowi i reżyserowi zrozumienia zawiłości śląskich problemów narodowościowych. On je rozumie doskonale, Pani nie. Pisze Pani, że spektakl jest w konwencji bieli i czerni. Ależ uproszczenie! Oczywiście, dobro i zło są nierelatywne. Ale dlaczego przeoczyła Pani fakt, że w tym spektaklu nie ma absolutnego zła, przedstawionego bez kontekstu? To Pani odebrała postać Daniszewskiej jako złą, głupią i co tam jeszcze. Czy taka jest rzeczywiście? Nawet epizodyczny tak naprawdę zastępca komendanta obozu ubek Zalewski jest ofiarą. Kiedy pokazuje wytatuowany obozowy numer, kiedy krzyczy, że to za Auschwitz, za Treblinkę, że to słuszne, nie jest bynajmniej wcieleniem zła. Jest kolejną tragiczną postacią, którą zrodziła wojna. Takie ujęcie tematu pozwala dopiero pojąć, czym jest wojna oczami Vilqista i jak daleko w przyszłość ciągną się jej skutki. Na Śląsk nie tyle spadła wojna, co jej skutki. To w tym spektaklu jest wręcz namacalne.
Jeszcze o reakcji publiczności nazajutrz po premierze. Doskonała. Nie było owacji na stojąco, ale to dlatego, że ja sam również nie miałem odwagi się podnieść. Byłoby to dla mnie jakieś takie trywialne. Więc razem ze wszystkimi długo, mocno waliłem w dłonie. Aktorzy, wzruszeni, wychodzili kilka razy. Kiedy wyszedłem widziałem młodą dziewczynę tulącą wzruszoną babcię. Słyszałem rozmowy prowadzone ściszonym głosem, sam odczuwałem ostrożne budzenie się do rzeczywistości. To był bardzo dobry spektakl. Mocny i ważny głos. Ważny przede wszystkim dlatego, że w końcu padł.
Co do samej inscenizacji… Wrócę do tego jeszcze, tym razem w recenzji spektaklu.

Published in: on 02/04/2012 at 12:06 pm  Comments (1)